Kraj

Garnizon Morąg z Patriotami

Patrioty w Morągu

Jedna z wyrzutni rakiet Patriot na terenie jednostki w Morągu Jedna z wyrzutni rakiet Patriot na terenie jednostki w Morągu Stanisław Ciok / Polityka
Nad jezioro Skiertąg zjadą amerykańskie rakiety Patriot i prawdziwe amerykańskie wojsko. Jego forpoczta stawiła się w mieście pod koniec maja: ok. 100 żołnierzy i bateria wyrzutni – na razie bez pocisków i tylko na miesiąc.

Aleja Wojska Polskiego, prowadząca do siedziby 16 Batalionu Zmechanizowanego (dawniej JW 1475) w Morągu, to droga do wymarłego miasta. Koszary zaczynają się od skrzyżowania z ul. Krasińskiego i ciągną przez dobry kilometr, aż do ośrodka jeździeckiego Amador, należącego do emerytowanego starszego sierżanta sztabowego. Sierżant zza płotu jednostkę ma jak na dłoni, spogląda tęsknie: – Pamiętam czasy, kiedy wojsko używało koni do wożenia armat.

Koszarowy parkan skrywa duchy przeszłości. Można za nim dostrzec szeregi garaży, w których nie ma wozów bojowych, czołgów ani armat. Kilkupiętrowe szare budynki, do których żywa dusza ani nie wchodzi, ani nie wychodzi. Plac apelowy, na którym nikt do apelu nie staje. Opustoszałe uliczki. Było kino Grenada (w dawnej stajni), był fryzjer, była kantyna oficerska – już nie są potrzebne. Klub Garnizonowy stoi jak kiedyś, ale garnizonu brak. Hotel dla wojskowych, zwany dla niepoznaki internatem, już nie działa, bo nie ma chętnych do zamieszkania. Przy głównej bramie zamiast żołnierzy wartę trzymają ochroniarze z firmy G4S.

Jeszcze niedawno poważnie rozważano likwidację jednostki 1475, bo jaki sens ma utrzymywanie położonych na 230 ha koszar, obliczonych na prawie 3 tys. chłopa, setki pojazdów i tysiące ton ciężkiego sprzętu, skoro ostał się jedynie batalion w sile 120 wojaków? Samorządowcy z Morąga protestowali, bo jak dalej żyć bez armii, skoro wojsko było tu od zawsze i zrosło się z miastem w jeden organizm. – W 1998 r. ukradziono nam marzenia o powiecie morąskim, sprzedano nas Ostródzie – mówi burmistrz Tadeusz Sobierajski. – Utrata jednostki byłaby równie bolesna, bo armia to nie tylko rakiety, ale też mieszkania, podatki za grunty, miejsca pracy i nobilitacja dla miasta.

Ale nie z powodu protestów batalion przetrwał. W 2008 r. Polska zawarła z USA umowę, na mocy której ma w kraju nad Wisłą stacjonować wchodząca w skład US Army bateria przeciwlotniczego zestawu rakietowego Patriot. Brano pod uwagę dwie lokalizacje: jednostka wojsk rakietowych w Wesołej pod Warszawą i właśnie Morąg. Wreszcie zdecydowano: Patrioty staną w Morągu.

Kto obserwuje wyrzutnie

Aleją Wojska Polskiego przemieszczają się ciężkie pojazdy, ale wożą ziarno, nie rakiety, a ich celem nie są koszary. Skręcają do Wipaszu (wytwórnia pasz rolniczych) dokładnie vis-ŕ-vis jednostki. Ze szpiegowskiej perspektywy wysokie elewatory Wipaszu to świetne punkty obserwacyjne – widać z nich całe koszary. – Kto obserwuje, sam może być obserwowany – filozoficznie zauważa pan Andrzej, dzisiaj ochroniarz w mundurze firmy G4S, wczoraj podoficer w JW 1475. Jest przekonany, że z powodu baterii Patriot w Morągu toczy się odwieczna gra światowych wywiadów i kontrwywiadów. – Jako stary rakietowiec wiem, co mówię!

Służył w dywizjonie rakiet taktycznych. Rakiety Patriot, chociaż nie są ostatnim krzykiem techniki, przy tych, które obsługiwał podczas służby, są jak Mercedes wobec Seicento. Powstały ponad 30 lat temu, ale wielokrotnie modernizowane (ostatnio w 2003 r.) spełniają wymogi współczesnego pola bitwy. Służą do zwalczania m.in. rakiet balistycznych. Bateria, którą zgodnie z umową Amerykanie przysyłają do Polski, otoczona była ścisłą kontrolą kontrwywiadowczą, dopóki nie odtajniono niektórych szczegółów technicznych podczas uroczystej prezentacji wyrzutni rakiet po ich przybyciu do Morąga.

Ale panu Andrzejowi embargo na informacje nie przeszkadzało, aby na bieżąco analizować możliwości bojowe broni zza oceanu. Swoją wiedzę opierał na publikacjach „Nowej Techniki Wojskowej”, specjalistycznego miesięcznika. Wyczytał, że jeśli do Morąga przyjedzie wersja PAC-3, to na jednej wyrzutni można zamontować 16 rakiet, a na baterię przypadają cztery wyrzutnie. Baterię będzie obsługiwać pluton techniczny, składający się z sekcji dowodzenia, sekcji obsługi pojazdów kołowych oraz sekcji obsługi sprzętu przeciwlotniczego. A także dwa plutony ogniowe, sekcje kierowania ogniem i dowodzenia, sekcja łączności, grupa zaopatrzenia i medyczna. To powoduje, że obsługa baterii jest samowystarczalna. – Pewnie nawet kucharza własnego przywiozą – przewidywał słusznie pan Andrzej.

Minister obrony narodowej Bogdan Klich potwierdził, że Amerykanów jest około stu. Wyraził nadzieję, że ich pobyt rozrusza gospodarczo Morąg. Dodał, że kiedy w tym mieście było więcej wojska, Morąg tętnił życiem, a teraz czas płynie tu wolniej.

Niewątpliwie czas płynie wolniej dla pułkownika Tadeusza Sobkowiaka, twórcy i jednego z ostatnich dowódców morąskiej 16 Brygady Zmechanizowanej, którą uformowano w 1994 r. Jest dzisiaj dyrektorem Miejskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej. Słowem, ogrzewa miasto. W mundurze można go zobaczyć jedynie na fotografii w izbie pamięci w koszarach. Do 1997 r. wojsko było całym jego życiem. Skończył dwie uczelnie wojskowe (w Poznaniu i Moskwie), potem wędrował po całym kraju. Służył w Słupsku (dywizjon desantowy), w Czarnem (czołgi), w Braniewie (dywizja zmechanizowana). Do Morąga trafił po rozformowaniu stacjonujących tu pułków z zadaniem stworzenia nowej brygady. – Udało się, jednostka powstała, dostała nawet własny sztandar i imię hetmana Koniecpolskiego – wspomina. – Dwa lata później odszedłem do cywila. Brygada przetrwała jeszcze 10 lat. Nie istnieje już żadna z jednostek, w których służyłem.

Dzisiaj płk Sobkowiak organizuje przetargi na zakup węgla i – podobnie jak cały Morąg – liczy, że US Army przywróci miastu dawną świetność. – Nawet Murzyni mają być, jeden już tu się nawet kręcił – mówi bywalec pubu Fox. Kelnerka z restauracji Adria (w porze obiadowej ani jednego klienta) wierzy w przybyszy: – Polubią polską kuchnię.

Miasto w ostatnich latach zubożało. W pobliskich Kretowinach nad jeziorem Narie powstaje kurort, nowe ośrodki, przystanie, prywatne wille. W Morągu budownictwo zamarło, a młodzież ucieka w świat. – Niektórzy mówią Morąg koło Kretowin – martwi się burmistrz Sobierajski.

Wraz z amerykańskimi żołnierzami do Morąga powrócą mundury, a to przypomni dawną świetność. Mundury znikły nie tylko z powody braku armii. W czasach, kiedy w koszarach stacjonowały potężne siły: wojska rakietowe, pułk artylerii i pułk zmechanizowany, w sumie ponad 2,5 tys. żołnierzy z poboru, podoficerów i oficerów, zdarzały się nieporozumienia na linii wojskowi–cywile. Żołnierze na przepustkach ostro pili, a potem szukali zwady z miejscowymi albo na odwrót. Wydano więc rozkaz, że poza jednostką wojsko ma nie szargać munduru: wolny czas wyłącznie w cywilnych ubraniach.

Morąg, liczący wtedy ok. 12 tys. mieszkańców, żył przy armii i z armii. W mieście było 20 przedszkoli i 15 żłobków, działały fabryki sklejek, obuwia sportowego i zakłady krawieckie Igła. – Wojsko zaopatrywało się u miejscowych dostawców – wspomina zastępca dowódcy 16 Batalionu major Sławomir Gwiazda.

Nawet drogi zimą odśnieżali – zapamiętała Irena Szkup, mieszkanka pobliskiej wsi Antoninów. – Dużo się widziało. Nocami rakiety wozili na poligon, raz nie wyrobili na zakręcie i zaryli w rowie. Gdy piechota szła na ćwiczenia, trasa wiodła obok zabudowań Szkupów. – Mamusia użalała się nad żołnierzykami, że tacy wymęczeni. Jajecznicy nasmażyła i dawaj ich karmić.

Na internetowych forach byłych morąskich żołnierzy rezerwiści, ze zrozumiałym sentymentem, wspominają ucieczki na lewiznę. Szło się przez pola do wioski N., bo tam czekały rarytasy – bimber mocny jak spirytus, literek na dzisiejsze ceny niedrogi, wytwórca brał 10 zł.

Bażanty na polowaniu

Najwięcej uciechy miasto Morąg miało ze studentów głównie z Uniwersytetu Warszawskiego. W ramach zajęć wojskowych ściągano ich na dwa letnie miesiące na obozy szkoleniowe w jednostkach liniowych. Od 1973 r. zasady się zmieniły. Powstały Szkoły Oficerów Rezerwy (SOR). Do jednostek w Morągu przyjeżdżali na półroczną tzw. praktykę dowódczą, po sześciu miesiącach wojskowej służby w systemie koszarowym, świeżo upieczeni absolwenci cywilnych wyższych uczelni. Podchorążych tych nazywano bażantami (z powodu charakterystycznych naszywek na pagonach). Wnosili intelektualny ferment i powiew wielkiego świata. W latach 80. SOR zastąpiono trzymiesięcznymi SPR (szkołami podchorążych rezerwy).

Dopiero po latach sierżanci zajmujący się szkoleniem studentów dowiadywali się, co wyrosło z nieporadnych studencików. – Spotykamy się w gronie starej kadry, wspominamy dawne czasy – mówi Karol Gregorowicz, były komendant wojskowej straży pożarnej. – Ja opowiadam o pożarach, a Józek, który szkolił studentów, o politykach i artystach, którzy wyszli spod jego ręki.

Wśród polityków, których szkolił sierżant Józef, byli m.in. bracia Kaczyńscy. Wśród artystów Wojciech Młynarski. – Nie wiadomo, czy zapamiętali, na czym polega obsługa broni, ale zasady musztry mieli wykute na blachę – twierdzi były sierżant.

Z Morąga pamiętam przede wszystkim dziewczyny – ujawnia znany dziennikarz (ze zrozumiałych względów zastrzega anonimowość). – Umawialiśmy się z nimi przy składzie desek, obok bocznicy kolejowej, takie poręczne miejsce spotkań, chociaż te deski były twarde. Wtedy to nam jednak wcale nie przeszkadzało. Dziewczynom z Morąga zapewne imponowały flirty ze studentami. – Mówiliśmy o tych panienkach, że polują na bażanty – opowiada były chorąży z wojsk rakietowych. – Ale to raczej bażanty na nie polowały.

Dzięki studentom, którzy krócej czy dłużej zabawili w morąskiej jednostce, miasto zyskało mołojecką sławę. Ale kiedy Morąg popadł w tarapaty, rozformowywano kolejne jednostki wojskowe, padały miejscowe fabryki i okoliczne pegeery, a bezrobocie dwukrotnie przekraczało średnią krajową, studencka legenda na nic się zdała.

Teraz żołnierzy studentów zastąpią amerykańscy chłopcy z obsługi baterii Patriot. Na murach pojawiły się ogłoszenia kilku szkół języka angielskiego. Bez wątpienia Morąg wietrzy w pobycie Amerykanów niezły biznes, a miejscowi w przyspieszonym tempie wkuwają angielskie słówka.

Co ujrzą Amerykanie

W ścisłej konspiracji trwały ostatnie przygotowania do przyjęcia gości. W koszarowych budynkach wyremontowano ogrzewanie. W łazienkach pojawiły się nowe kafelki i baterie nad umywalkami. Wyremontowano stołówkę. Odnowiono wojskową kaplicę, gdzie na nowych podopiecznych czeka kapelan 16 Batalionu podpułkownik Jerzy Suchecki (drugi po dowódcy najwyższy stopniem oficer jednostki). Amerykanie dokonali inspekcji, spodobało im się.

Stare poniemieckie koszary przetrwały prawie 80 lat w niezłym stanie. We wrześniu 1939 r. stacjonujące tu oddziały Wehrmachtu wyruszyły na Mławę. Tam starły się z polską 20 Dywizją Piechoty. Tradycje tej dywizji przejęła 20 Bartoszycka Brygada Zmechanizowana, pod której dowództwo podlega 16 Batalion Zmechanizowany zlokalizowany w Morągu. Historia zakręciła koło. A teraz dokonała dodatkowego piruetu, bo w poniemieckich budynkach zamieszkają amerykańscy żołnierze.

Nie wiemy, czy ziszczą się nadzieje mieszkańców Morąga, że Amerykanie ożywią ospałe miasto i dadzą miejscowym zarobić. Niewątpliwie, kiedy ruszą zwiedzać okolice, zachwycą się armatami zdobiącymi rynek. Być może zdziwią się obeliskiem z napisem „XX-lecie PRL”, bo nie znają skomplikowanej historii kraju, do którego rzucił ich rozkaz. Zapewne nie zrozumieliby też wpisu w jednej ze starych ksiąg pamiątkowych, rozłożonych w izbie pamięci jednostki wojskowej: „Dla uczczenia 1000-lecia Państwa Polskiego zrealizowano: Rok 1966 – bez kar i wykroczeń dyscyplinarnych”. Na terenie koszar nie dostrzegą już propagandowych haseł o potędze Układu Warszawskiego, te znikły 20 lat temu. Teraz Amerykanów ucieszy zapewne plansza z hasłem na nowe czasy: „NATO gwarancją pokoju!”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

W ciągu roku wymarło nam miasto

W pandemicznych śmierciach Polska pobiła rekordy. W ciągu roku wymarło nam małe miasto wojewódzkie.

Paweł Reszka
06.05.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną