Kraj

Pięć lat Po Czwartej

Dlaczego wymyśliłem IV RP

Plakat PiS z 2006 roku Plakat PiS z 2006 roku Włodzimierz Wasyluk / Reporter
W 2005 r. Polacy wybrali zmianę. Część projektu zmian była zawarta w idei IV RP, jednak uległ on zawłaszczeniu przez jedną partię.

Konflikt polityczny został zredukowany do kolejnej wojny na górze. PiS i prawica prezentowały się jako kontrelity, a krytykowane dawne grupy hegemoniczne uznały, że jest to atak zarówno na nie, jak również na wartości, jakie deklarują. Ekipa moralnej sanacji wprowadziła przy tym autodestrukcyjny język podejrzliwości, prostactwa, konfliktu, w istocie kwestionując cele, jakie sobie stawiała. Jednak nie w tym rzecz. Bo wszak chodzi nie tylko o to, kto będzie rządził, ale o to, jak partie diagnozują stan społeczeństwa i państwa, jakie zadania stawiają, na jakich grupach chcą się oprzeć, jakim językiem zmianę nazywają.

W imię korekty systemu

Pomysł sprzed ponad pięciu lat zwany IV RP krył i kryje moim zdaniem ważną i do pewnego stopnia aktualną diagnozę stanu państwa. Przez tych kilka kolejnych lat partie niewiele uczyniły dla zmiany standardów rządzenia, warunków funkcjonowania biznesu. Nic nie zrobiono dla poprawy jakości demokracji. Pozostały natomiast inwektywy i połajanki antypisowskich propagandzistów, którymi zastąpiono rozmowę o zmianie społecznej.

Przed 2005 r. obserwatorzy życia społecznego dostrzegali szereg niepokojących zjawisk. Uderzały rosnące nierówności społeczne i poważny wzrost bezrobocia. Liczne regiony ulegały marginalizacji i kolejne pokolenia tam mieszkające nie miały dużych szans awansu edukacyjnego i społecznego. Nierówności są oczywiste w gospodarkach rynkowych. Problemem był poziom usprawiedliwionych i dopuszczalnych różnic.

Wiele wówczas mówiono o zatrzymanej i zaniechanej transformacji. Wielkie reformy okazały się niewypałem (reforma wojewódzka), a inne zatrzymano. Nie doszło do reformy finansów publicznych. Widoczne było i jest, że źle działa system sprawiedliwości. Zgrozę budził mocno uznaniowy polski system podatkowy. Tych przykładów wadliwych rozwiązań było zbyt wiele. Niedokończona transformacja oznaczała nie tylko usankcjonowanie stanu tymczasowego w wielu obszarach naszego życia, ale również fakt, że kluczową pozycję we władzy przejmowały klasy transferowe, grupy kierujące państwem zainteresowane utrzymaniem nieczytelnego prawodawstwa i rozmytego rozkładu interesów.

Ten stan niepokoju społecznego z lat 2003–05 – odnotowywały sondaże, wskazując na niską ocenę jakości polskiej demokracji i jakości działania służb państwowych – wzmacniał model rządzenia Polską przez ekipy Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego. Nastąpił podział kraju na partyjne baronie, w których nominaci partyjni uzyskiwali daleko idącą autonomię. Skutkiem był szybki przyrost korupcji, samowoli, podejmowano błędne decyzje. Eseldowski establishment tworzyli dawni funkcjonariusze PRL, byli oficerowie komunistycznych służb specjalnych. W aferze Rywina ten stan rzeczy został po części odsłonięty. W toku parlamentarnego śledztwa ujawniono mechanizmy podejmowania decyzji i manipulowania ustawami. Kolejna komisja, tak zwana orlenowska, ukazała całkiem potężną drugą ekonomię, działającą na styku lewych pieniędzy i politycznych powiązań. Inny poziom bezprawia odsłania tragedia rodziny Olewników.

W tej sytuacji hasło IV RP nie mogło być czymś zaskakującym. Istotna korekta systemu była potrzebna. Tym bardziej gdy wejście do Unii Europejskiej stało się faktem, impuls zmian okazał się potężny i wymagał elastycznych, nowoczesnych struktur instytucjonalnych.

Sierpniowy punkt odniesienia

Kilkanaście lat przemian wymagało poważnej oceny, a ocena poważna nie może być nigdy bezkrytyczna. Konieczna była korekta systemu ze względu na wiele niespełnionych celów i ideałów: większej otwartości i demokratyzacji systemu politycznego, rządu prawa, sprawnego i sprawiedliwego państwa. Było i jest nadal o co się spierać. Nie chodzi wszak w tym wszystkim o nazwę, o to, czy ta korekta ma nazywać się IV Rzeczpospolitą, nową Rzeczpospolitą. Chodzi i chodziło też o to, by przede wszystkim powrócić do ideałów solidarnościowych i etosu solidarnościowego z okresu jego narodzin.

Pierwszym więc pytaniem o znaczeniu nie tylko symbolicznym była kwestia narodzin i początku nowego państwa. Zarówno „Gazeta Wyborcza”, jak i wiele innych pism tygodniowych (w tym POLITYKA), również SLD za właściwy początek III RP uznawały Okrągły Stół i porozumienie elit, demokratycznie uprawomocnione dopiero po dwóch długich i bardzo intensywnych latach. Pierwsze wybory parlamentarne w 1991 r. pokazały jednak, gdzie większość Polaków szuka swojego języka i jaki wspiera styl rządzenia w Polsce. Tylko dla pewnej części wyborców porozumienie elit Okrągłego Stołu było trafnym i miarodajnym rozwiązaniem. Nie miało ono silnego wsparcia społecznego.

Kolejne lata, szczególnie 2005 r., przyniosły liczne obchody porozumień sierpniowych. Budowano odmienną wizję pamięci i tym samym odkrywano inny system wartości, w którym było miejsce na wolności obywatelskie, tolerancję, kompromis, zasadę sprawiedliwości społecznej, patriotyzm, ale z pewnością niewiele zostawało na zasadę dogadywania się odgórnego elit, jako sposobu rozwiązywania problemów politycznych.

Wspominając wtedy Sierpień i „czas karnawału” myślałem o tym, czy dokonujące się zmiany zgodne są z oczekiwaniami strajkujących i wielomilionowego związku. To był i pozostał mój punkt odniesienia w sferze aksjologicznej. Pytałem nie tylko o zgodność ideałów Sierpnia z zachodzącymi zmianami, ale również zastanawiałem się, kiedy zaczęto porzucać tradycję solidarnościową. A tradycji tej nie cenili nie tylko ludzie lewicy, ale również politycy powołujący się na Solidarność i swój w niej udział.

Istotą rzeczy było wskazanie aktu założycielskiego nowego państwa. Ja wybieram 1980 r. Miało to znaczenie nie tylko symboliczne, ale i polityczne. Z punktu widzenia biografii narodu i biografii jednostkowych ważne było dla mnie, kto gdzie się znalazł wtedy, w okresie stanu wojennego, czy popierał, czy sprzeciwiał się dyktaturze wojskowej. Po latach okazywało się w praktyce rządów, że największym frajerstwem było wspieranie ówczesnego niezależnego związku, opozycji. Było coś niesprawiedliwego – ale użyłbym jeszcze słowa „nieprzyzwoitego” – w polityce władz państwa demokratycznego. Uderzało małe zainteresowanie ochroną osób niegdyś represjonowanych. Oni płacili cenę idealizmu oraz, jak się okazało, iluzji, bo zyski częściej pobierali dawni funkcjonariusze partii i Służb Bezpieczeństwa.

 

Cztery kotwice IV RP

Istota pomysłu IV RP – a nie był to ani projekt szczegółowy, ani też partyjny (został przejęty przez jedną partię) – sprowadzał się wówczas do czterech istotnych kwestii.

Po pierwsze: pamięć. Wydaje mi się, i z tym przekonaniem pozostaję, że nie wolno nam zapomnieć o historii ostatniego półwiecza i że jej poznanie jest konieczne. Cieszę się, że wiele w tym kierunku robi Instytut Pamięci Narodowej. Wieszanie psów na IPN jest modne pośród warszawskiej inteligencji, ale nie świadczy to o niej dobrze. Powinniśmy znać procesy społeczne, jakie się wtedy dokonywały. Kto i jak podejmował strategiczne dla Polski decyzje. Jak ZSRR był obecny w kierowaniu państwem, a w szczególności siłami zbrojnymi przygotowywanymi do wojny światowej. (Bardzo miarodajny jest obecny stosunek do pułkownika Kuklińskiego i sekretarza Jaruzelskiego). Mamy prawo wiedzieć, kto skąd się wywodził. Mamy prawo znać biografie osób publicznych. A wiedza ta wymaga znajomości archiwów akt Służb Bezpieczeństwa. Nie sposób poznać sposobu funkcjonowania ustroju totalitarnego czy posttotalitarnego bez dokładnego rozpoznania jego mechanizmów działania. Ustrój to nie tylko mechanizmy, reguły, ale to byli konkretni ludzie, którzy w nim pracowali, którzy korzystali z informacji, którzy współpracowali dla własnych korzyści. Nie widzę najmniejszej racji w tym, by takich badań nie podejmować, chyba że chcemy, jak proponował Michnik w 1992 r., zamurować archiwa i udawać, że PRL nie istniał.

Problem pamięci i tym samym lustracji, pewnej choćby dekomunizacji, wszedł w życie w Niemczech. Był skutecznie realizowany w Czechach. Nie mogę pojąć, dlaczego w Polsce, w której akurat ruch niepodległościowy przed 1989 r. był najsilniejszy, tyle energii byli dysydenci i byli komuniści włożyli w to, by zohydzić badania historyczne. Problem pamięci to też kwestia przywrócenia w publicznym istnieniu obecności wielu działaczy, żołnierzy z czasów wojny i powojnia. Polityka orderowa Kwaśniewskiego służyła jego grupie społecznej, polityka jego następcy wydawała mi się bardziej otwarta i przypominała osoby zapomniane, jak generała Elżbietę Zawacką czy rotmistrza Witolda Pileckiego.

Druga kwestia: państwo. Nie ulegało dla mnie wątpliwości (jak dla wielu innych osób, szczególnie wiele uczyłem się na seminarium Fundacji Ius et Lex, polecam jej wydawnictwa), że zarówno model prawa, zresztą powszechnie z różnych stron krytykowany, jak i właściwości organizacyjne instytucji nie służyły dobrze obywatelom ani biznesowi. Miarą jest zawsze stan polskiej infrastruktury, która ulega bardzo powolnej przemianie z wykluczeniem wielkiej części regionów Polski, oraz stan opieki zdrowotnej. Mam poczucie, że system był nieefektywny i źle zarządzany. Źle zarządzany, co oznaczało, że liczba błędnych i zaskarżanych zasadnie decyzji była olbrzymia. Był marnotrawny. Źle funkcjonował, ponieważ państwo i podległe mu przedsiębiorstwa należały do łupu wyborczego i wiadomo było, że każda zmiana rządów, koalicji oznaczała olbrzymią i bezsensowną rewolucję personalną w całym kraju.

Partokracja była de facto (i jest) formą organizacji polskiego państwa. Mętne i sprzeczne prawo plus „kultura znajomości” tworzyły przychylny klimat dla korupcji i rozdawania zasobów państwa swoim. Przy czym wiele osób wyjątkowo niepokoił zbyt bliski styk polityki i biznesu. Był to jak najgorszy sygnał dla wolnego rynku. Dojścia miało niewielu biznesmenów, natomiast większości pozostawał wyczerpujący marsz przez instytucje. Efektem tego jest bardzo odległa pozycja Polski we wszystkich rankingach konkurencyjności i przyjazności państwa dla biznesu.

Kwestia trzecia: jakość demokracji. Na łamach „ResPubliki Nowej” w 2003 r. ogłosiłem artykuł o dwóch sferach politycznych: jawnej i niejawnej. Można było wtedy (i teraz) odnieść wrażenie, że parlament jest swoistego rodzaju teatrem dla maluczkich, a rzeczywiste decyzje zapadają poza kontrolą i wiedzą społeczną i są to decyzje oligarchii polityczno-biznesowych. Niepokoją dwie sprawy. Ten model demokracji budzi u obywateli nieufność do idei i praktyki demokracji, co potwierdza słaba partycypacja Polaków w wyborach i nasz wyjątkowo mały udział w życiu obywatelskim. Wreszcie polityka tak uprawiana nie tylko pogłębia alienację obywateli, ale też wspiera cyniczną postawę od połowy lat 90., coraz silniej w nas zakorzenioną. Cynizm staje się podstawą uprawiania polityki rządowej, przenosi się do instytucji publicznych, kościelnych, samorządów.

Sprawa czwarta: polityka zagraniczna. Nie ulegało wątpliwości, że jak nigdy w historii Polska ma prawo czuć się częścią Europy, cieszyć się bezpieczeństwem, korzystać ze współpracy międzynarodowej. Ale zarazem im bardziej byliśmy w środku gry, w środku instytucji, tym więcej wymagała ta sytuacja od Polski aktywności i pomysłów, jak wykorzystać swoją pozycję i status. Cel pierwszy, czyli przynależność do wielkich instytucji, został osiągnięty, zaczynał się okres energicznych starań o pozycję w ich obrębie Polskich interesów.

PiS jak lustracja

Wiele się stało po 2005 r., ale problemy w większej części pozostały te same. Natomiast w pamięci utrwaliło się przekonanie, że początek IV RP zaczął się wraz ze zwycięstwem wyborczym PiS. To zwycięstwo okazało się słabe i wątpliwej jakości. Ekipa braci Kaczyńskich zmuszona okolicznościami, ale i lękiem przed przedterminowymi wyborami wiosną 2006 r. weszła w najgorszą z możliwych dla siebie koalicji. Ich styl rządzenia i język wywołały polaryzację polityczną i, jak to zwykle z populistycznymi ruchami bywa, obudził w niespotykanej skali obawy i protesty społeczne. Dużo pisowcy robili dla ukrócenia korupcji, ale też ich skandaliczne działania doprowadziły do śmierci Barbary Blidy i poważnych problemów związanych z transplantacjami. W niewielkim lub zgoła żadnym stopniu nie usprawniono organizacji państwa. Nie weszły – o ile mi wiadomo – żadne istotne projekty zmian instytucjonalnych (wyłączywszy obniżkę podatków).

Najpełniej ich rządy ilustruje los ustawy lustracyjnej. Przyjęta początkowo przez zdecydowaną większość parlamentarną (w tym PO), została tak poprawiona przez urzędników i posłów pana prezydenta, że nadawała się tylko do kosza. Była nie tylko zła, ale i niegodziwa. Lustrację, za którą prawica tyle gardłowała, sama na własne życzenie zniszczyła. Bo z nimi tak już było: liderzy PiS nieustannie wyrządzali sobie krzywdę i do dzisiaj uparcie tego nie rozumieją. Mówili o nowym otwarciu w polskiej polityce, o IV RP, ale ugrzęźli w intrygach, kłótniach i prymitywnej wersji politycznego realizmu.

Paweł Śpiewak - historyk idei, kierownik Zakładu Historii Myśli Społecznej w Instytucie Socjologicznym UW, wykładowca Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Członek kolegium „Przeglądu Politycznego”. Określany przez Jarosława Kaczyńskiego jako twórca pojęcia IV RP.

Polityka 26.2010 (2762) z dnia 26.06.2010; Ogląd i pogląd; s. 18
Oryginalny tytuł tekstu: "Pięć lat Po Czwartej"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Dekolonizacja Pacyfiku trwa. Jest nowe nowe państwo

20 lat po zakończeniu wojny domowej Bougainville 98 proc. uczestników referendum opowiedziało się za niepodległością. Na razie jednak trudno być optymistą, co do przyszłości tego niewielkiego kraju.

Dominik Sipiński
11.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną