Kraj

Kobieta pracująca

Kim jest Ewa Kopacz

Ewa Kopacz Ewa Kopacz Leszek Zych / Polityka
Ewa Kopacz uchodziła za najtwardszą osobę w rządzie. Ale widać, że jest bardzo emocjonalna.

Artykuł został opublikowany w POLITYCE w lipcu 2010 r.>>>

Nie jest proste nie mieć wątpliwości – mówi Ewa Kopacz. – Nauczyłam się jednak, że jeśli zdobyłam całą dostępną wiedzę, biorę oddech i podejmuję decyzję.

Na przykład decyzja, że Polska jako jedyny kraj w Europie nie zakupi szczepionek przeciwko grypie AH1/N1, okazała się słuszna. Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy w przyjętej 25 czerwca 2010 r. rezolucji wiele miejsca poświęca polskiej minister zdrowia, która jako jedyna oceniła sytuację racjonalnie. Wzięła pod uwagę dostępną wiedzę, że wirus wydaje się mniej zjadliwy niż zwykła grypa, oraz fakt, że szczepionki przebadano na dużo mniejszej liczbie osób, niż zakładają standardy. A także to, że umowy, które koncerny dają do podpisania rządom, są wyjątkowo niekorzystne dla tych państw. Że to rodzaj szantażu.

Po ogłoszeniu, że nie podpisze, przestała wyłączać telewizor. Śledziła rozwój wydarzeń w gabinecie ciemnym od dymu. Na pasku nowa informacja o diagnozie, więc brała za słuchawkę. Uff, ulga, pacjent jest w stanie stabilnym. Albo grypa nie była bezpośrednią przyczyną jego zgonu. To była zresztą katorżnicza sekwencja. Rozwód, zaraz potem śmierć taty, protesty ratowników, szczepionki, Smoleńsk, wybory...

Pani od leczenia

Zaczęła dużo palić w pierwszej pracy – lekarza w Chlewiskach pod Szydłowcem. Była świeżo po studiach, na zastępstwie za pediatrę. A niebawem także i za internistkę, która poszła na zwolnienie. I tak została jedynym lekarzem w okolicy.

Byli pacjenci tworzą dziś jej najwierniejszy fanklub. Kogokolwiek zapytać w Szydłowcu, Orońsku czy Chlewiskach, mówi o Kopacz jak o lokalnej ikonie. Ten pamięta, że przez całą drogę z Szydłowca do Radomia, 30 km, robiła masaż serca. Tamten, że kupiła mu leki za własne pieniądze, gdy nie miał. Sąsiedzi z bloku w Szydłowcu pamiętają kolejki stojące na klatce schodowej przed jej drzwiami.

Ludzie ufali jej. Zwierzali się żonie prokuratora z tego, czego przed policją by nie powtórzyli. Przyjaciele dodają też jednak, że Ewa Kopacz ma tendencje, żeby wychodzić z roli. Narzucać się z pomocą. Jak wtedy, gdy przyszła do niej tamta matka dwóch dorosłych córek z płaczem, że jest w ciąży, a boi się rodzić w późnym wieku. To Ewa Kopacz przekonała kobietę, żeby nie usuwać. Mówiła: damy radę, i własnym samochodem woziła na badania. W Wigilię tamta kobieta zmarła w wyniku komplikacji po cesarskim cięciu. A ona, co dziś przyznaje, została z ogromnym poczuciem winy.

Przez cały ten czas miała jeszcze jeden etat. Nocami jeździła do wypadków i zbrodni: śpi, a tu telefon i zaraz radiowóz pod domem. Opowiada: została lekarzem sądowym, bo w niewielkim miasteczku, jakim jest Szydłowiec, nikt inny nie chciał wziąć tej roboty. Lecz był i drugi powód: zawsze ją to pociągało. Za parę lat psychologowie, z którymi będzie pracować przy identyfikacji zwłok ofiar w Smoleńsku, nazwą to naukowym slangiem: jest typem niskoreaktywnym. Ludzi o takiej konstrukcji nie porusza to, co innych wytrąca z równowagi. Tacy też szybciej i łatwiej podejmują decyzje. Czasami nawet pochopnie. A jeśli nie potrafią dobrze o siebie zadbać, szybciej i łatwiej dopadają ich udary albo zawały.

Pani od polityki

Nim Ewa Kopacz dostanie fotel w ministerstwie, urodzi jeszcze córkę, zrobi drugą specjalizację w jednym ze szpitali w Warszawie, wygra konkurs na szefową ośrodka zdrowia i będzie go prowadzić w Szydłowcu przez sześć lat. Jej mąż zostanie szefem prokuratury w Skarżysku-Kamiennej i kupią drugi samochód.

30 czerwca 1998 r. osiem minut po 22.00 pod drugim samochodem wybuchnie bomba. Ci, którzy ją podłożyli, musieli obserwować domowników: akurat trwały mistrzostwa w piłce nożnej, prokurator codziennie pięć po 22.00, po meczu, odprowadzał auto na parking. Tego dnia były jednak rzuty karne i Marek Kopacz posiedział przed telewizorem parę minut dłużej. To zdecydowało, że przeżył.

Wybuch nikogo nie zranił, uszkodził tylko kilka sąsiednich samochodów. Widząc przez okno, że płonie ich samochód, a mąż chodzi w kółko od drzwi do okna, nie mogła przypomnieć sobie numeru telefonu do straży. Ale następnego dnia wsiadła do swojego samochodu i pojechała do pracy jak zwykle. Szybka analiza: wysiądzie, to już zawsze będzie się bać. Po dwóch tygodniach wygasło im prawo do policyjnej ochrony. Sprawców ataku nigdy nie udało się ująć.

Każde z nich – przyszła minister i jej mąż – znalazło inny sposób, by się uporać z własnymi emocjami. Ona pracuje jeszcze więcej i bardziej pilnuje córki. Poza tym – bierze się za to, co, jak jej się wydaje, ma realny wpływ na rzeczywistość, czyli lokalną politykę. Wcześniej w 10 kobiet, przyjaciółek, na typowej dla lat 90. fali obywatelskiego organizowania się, założyły Konfederację Kobiet. Z częścią z nich zaczęła działać w klubie Unii Wolności w Szydłowcu. – Tak jakby trudności wyzwalały w niej dodatkową energię – opowiada Jolanta Kozłowska, która za parę lat przejmie po Ewie Kopacz część obowiązków w partii. Przyszła minister startuje do sejmiku i wygrywa. Z czasem zostaje szefową struktur wojewódzkich.

Tymczasem jej mąż, kiedyś aktywny, idealistyczny prokurator, nie może wyjść z depresyjnych nastrojów. Frustruje go, że sprawców zamachu na jego życie nie udaje się ująć. Gdy powoduje wypadek samochodowy, ucieka z miejsca zdarzenia i musi odejść z prokuratury. Żona próbuje mu wtedy pokazać, że można mimo wszystko wykrzesać z siebie energię i żyć dalej. Namawia, żeby startował do Sejmu. Po kilku tygodniach morderczej kampanii, którą prowadzą wspólnie, Marek Kopacz jest drugi. – Miał kilka tysięcy głosów. Ale do Sejmu wszedł tylko pierwszy z listy – opowiada Ewa Kopacz. – Staliśmy potem w kącie na spotkaniu ze szczęśliwym zwycięzcą i nikt nie podszedł, żeby nam podziękować. Pomyślałam, że gdybym sama weszła do poważnej polityki, to pamiętałabym, by każdemu powiedzieć to dziękuję.

Rok później z mężem wciąż nie jest dobrze. Ewa Kopacz deklaruje: sama mu udowodni, że jak się chce, to wszystko można. Startuje w wyborach do Sejmu i wygrywa. Z czasem, gdy ona będzie już wysoko w partii, jej mąż zostaje wiceszefem przychodni w Szydłowcu, tej samej, której wcześniej szefowała ona.

Pani do roboty

W klubie ją lubią. Jest ciepłą, komunikatywną osobą, która nikogo nie zostawi bez pomocy, a czasem nawet się z tą pomocą narzuca. Chodzą do jej pokoju jak do swojego lekarza rodzinnego: grypa, kleszcz, kolano stłuczone. Jej pozycja w partii gwałtownie rośnie, gdy zaprzyjaźnia się z Donaldem Tuskiem.

Kiedy przed gabinetem ówczesnego premiera Jarosława Kaczyńskiego rozkładają się z namiotami strajkujące pielęgniarki, jedzie do nich i jest we wszystkich telewizjach. Mówi o swoich koncepcjach na poprawę sytuacji. Żeby ze szpitali uczynić spółki prawa handlowego. Niebawem zostaje ministrem. Zdaniem współpracowników – ministrem pracoholiczką.

Dziennikarze mają z nią jednak duży problem. Opowiadając o reformie służby zdrowia, gładko, mimochodem przechodzi do opowieści o egzaminach córki. Zbyt dużo uwagi poświęca szczegółom. Jeszcze się nie nauczyła, jak obsługiwać czas i jak mówić.

Koledzy partyjni też mają z nią problem. Bo jest niezależna. Gdy w Sejmie pojawia się temat in vitro, wbrew własnemu klubowi ogłasza, że jest gotowa do jego refundacji. Gdy do mediów wycieka informacja, że żaden z polskich szpitali nie chce wykonać legalnej aborcji 14-letniej Agacie z Lublina, wyznacza taki szpital. A co gorsza, opowiada na przykład dziennikarzom obrazowo, jak sobie radzi ze stresem. A więc: że wrzuca wszystkie ciuchy do wanny, staje nad tym praniem, trze z całej siły i płacze. Większość kolegów nigdy by czegoś takiego nie powiedziała komuś z mikrofonem, z troski o powagę swojego wizerunku.

Wśród pracowników w ministerstwie, którzy w początkowej fazie uważają się za jej przyjaciół albo nawet wyznawców, przybywa złamanych serc. Mówią: nie stanie w obronie, jeśli jest to politycznie nazbyt ryzykowane. Opowiadają o przypadku byłego rzecznika prasowego, akurat w środku wojny szczepionkowej oskarżonego o niejasne kontakty z firmami farmaceutycznymi, mimo że rzecznik miał bardzo konkretne argumenty na swoją obronę.

Co więcej, podejmuje kontrowersyjne decyzje obsadowe. Na szefa gabinetu politycznego bierze chłopaka z Szydłowca, który prywatnie jest synem przełożonego jej męża. Bardziej życzliwi mówią, że to kwestia syndromu oblężonej twierdzy: bywa skrajnie nieufna, na takiej funkcji chciała mieć kogoś, komu wierzy. Mniej życzliwi, że to szerszy problem. Że Ewa Kopacz ma dobre serce. Łatwo ją wzruszyć, i wtedy zrobi wszystko, by człowiekowi pomóc. Nawet zaciągając prywatne zobowiązania.

Przeciwnicy polityczni narzekają tymczasem, że brakuje takich, którzy mogliby kompetentnie krytykować w mediach jej decyzje i rozliczać z działań. Z byłych ministrów zdrowia został właściwie tylko Marek Balicki, bo cała reszta pozaplątywana jest w ciągnące się od lat procesy albo niejasne oskarżenia.

A i minister Balicki nie jest już tak skory do publicznego zabierania głosu, odkąd przegrał konflikt o szczepionki. Mówią: błędy uchodzą jej więc bezkarnie, a kapitał zbija Ewa Kopacz na efektownych politycznie gestach. Jak ten wyjazd do Rosji. Profesor Religa też identyfikował osobiście zwłoki, kiedy runęła hala w Katowicach.

Pani od Smoleńska

Do Rosji poleciała już 11 kwietnia 2010 r. Zanim się zastanowiła, zgłosiła się na ochotnika. W jedną noc zorganizowała ekipę: psychologowie, patomorfologowie, technicy kryminalistyczni, ratownicy. Wsiedli do samolotu.

Ale nie sądziła, że to będzie aż tak. Że po raz pierwszy zobaczy ciała przyjaciół, a nie obcych ludzi. Rodziny prosiły, by włożyć do trumny jakieś osobiste rzeczy, więc wkładała. Na przykład list – obrazek od dziecka. Po którym całkiem się rozkleiła. Ludzie, z którymi tam pracowała, mówią, że zobaczyli kobietę tytaniczną.

Smoleńsk wciąż jej się śni. Wszyscy psychologowie przeszli po tym doświadczeniu trwającą miesiąc superwizję. Ona nie. Nie pomyślała o sobie, nie znalazła czasu. Po powrocie ze Smoleńska, a przed wyborami i okrągłym stołem w sprawie służby zdrowia, wzięła za to jeden wolny weekend. Zabrała mamę i pojechały nad morze.

Zza pleców zaatakował je jakiś człowiek i zaczął się z nimi szarpać. Krzyczał coś o spisku i o tym, że przez takich jak ona ziemia smoleńska pochłonęła prawdziwych patriotów.

Parę dni później w rodzinnym Szydłowcu znów ją ktoś złapał za rękę. I znów był barczysty, wysoki, na oko trzydziestolatek. Dopytywał, czy go pamięta: małego Sebastianka, którego wiozła do Radomia na sygnale. Że jak ją teraz widzi w telewizji, to się o nią martwi. Gdyby zdecydowała się wrócić do zawodu, zapisze do niej wszystkie swoje dzieci.

Ale Ewa Kopacz zostaje w ministerstwie. Ma szansę być najdłużej w historii urzędującym ministrem na tym stanowisku. Brakuje jej jeszcze roku.

Polityka 28.2010 (2764) z dnia 10.07.2010; Kraj; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Kobieta pracująca"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Czy wiesz, skąd pochodzi to, co nosisz?

Firmy odzieżowe (i nie tylko) lubią zapewniać, że są społecznie odpowiedzialne. Pora im powiedzieć: sprawdzam. Zwłaszcza w czasach pandemii.

Jędrzej Dudkiewicz
28.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną