Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Kraj

Powrót talibanu

Wojenne gry prezesa

Jarosław Kaczyński przed Centralną Biblioteką Wojskową. 28 lipca 2010 roku Jarosław Kaczyński przed Centralną Biblioteką Wojskową. 28 lipca 2010 roku Andrzej Stawiński / Reporter
Jarosław Kaczyński obarcza moralną odpowiedzialnością Tuska za śmierć prezydenta. Niemal mówi wprost: zabili mi brata. Bucha oskarżeniami jakby dopiero teraz mógł wykrzyczeć swój ból.

Jarosław Kaczyński udzielił zaskakujących wywiadów pełnych insynuacji i przeinaczeń, swobodnej interpretacji historii. Do swojej wizji przeszłości włączył tylko to, co mu akurat pasuje.

Z wywiadów dowiedziałem się, jak silne negatywne emocje żywi on tylko wobec PO i Tuska – z nimi podjął bój śmiertelny, ale dowiedziałem się też, co gorsza, że żadna formacja polityczna w istocie nie nadaje się do koalicji z jego ugrupowaniem.

Prezes uwierzył podszeptom swoich twardogłowych, rozumując chyba, że gdyby tym tropem poszedł w czasie kampanii wyborczej, wybory by z pewnością wygrał i teraz czekałby na zaprzysiężenie w Sejmie. Obawiam się, że się gorzko myli. Ale te wywiady i powrót dawnej urażonej miny prezesa, dotkniętego w osobistej i narodowej godności, wskazują na dwa istotne zjawiska, zasadnicze dla przyszłości jego partii.

Pierwsze naukowo nazywa się niską instytucjonalizacją partii. Ugrupowaniem rządzą nie instytucje, reguły, struktury, w miarę racjonalne mechanizmy wyłaniania liderów, debaty programowe, lecz osoba szefa. PiS bez Kaczyńskiego istnieć na razie nie może. Trwać po jego odejściu też nie będzie, bo partia ma sporo chętnych do kierowania i zarządzania, ale każdy wybór jest tożsamy z namaszczeniem.

Kaczyński w tej sytuacji rozstrzyga o wszystkim: kto będzie kandydował, z jakiego miejsca i kto będzie kierował lokalnymi strukturami partii. Decyduje, kto znajdzie zatrudnienie w telewizji publicznej i czyja rekomendacja jest aktualnie ważna. Nic dziwnego, że w otoczeniu Kaczyńskiego panuje atmosfera dworu – różni goście stają na baczność i wykonują wszelkie polecenia swego przywódcy. Prezes ma władzę cezara i kieruje się prostą zasadą – rządź i dziel. Albo dokładniej – rządź podzieloną partią.

White power i "muzealnicy"

PiS jest formacją podzieloną czy, lepiej, złożoną z bardzo wielu czasem ciekawych indywidualności. Paradoksalnie, wbrew opiniom wielu prostych obserwatorów sceny politycznej partia Kaczyńskiego zdaje się być bardziej zróżnicowana niż partia Tuska. Są w PiS zwolennicy white power, są genetyczni patrioci, jest grupa „muzealników”, są młodsi posłowie, którzy uchodzą za niebezpiecznych liberałów, są jakieś mydłki znikąd, jest grupa białostocka z najgorszym z możliwych ministrem rolnictwa Krzysztofem Jurgielem. Jest to formacja niejednorodna, złożona z bardzo wielu osób, z których większość nie jest publicznie znana. W tej partii jest wiele postaci, ale mało kto może być pewien swej pozycji, bo przy większych konfliktach zawsze pada sakramentalne ostrzeżenie: bo nie trafisz na listy w przyszłych wyborach.

Kaczyński wie, że ta partia jest podzielona i wcale nie narzuca jej sztampowego zachowania i jednobrzmiących reakcji. Na zewnątrz, w mediach, konflikty i spory nie są obecne, ale daje się je dobrze wyczuć. Mając kilka frakcji, prezes odsuwa i zbliża do siebie jednych lub drugich. W tym sensie nikt nie posiada zapewnionej, trwałej pozycji (no, może poza Adamem Lipińskim).

Gra na różne frakcje, czy raczej koterie, sprawia – albo odzwierciedla – pewien stan nierównowagi w partii. Raz pierwszeństwo zyskują twardzi, zwani też złośliwie kudłatymi, kiedy indziej, jak w wyborach ostatnich – umiarkowani. Niektórzy powiadają, że spór między tymi dwiema frakcjami jest jak ze świata muzułmańskiego: taliban prowadzi świętą wojnę z resztą świata. Za tym podziałem idą dość poważne różnice nie tyle poglądów merytorycznych, ile stylu działania. Ilustrują to świetnie ostatnie wydarzenia.

Część działaczy PiS, wspierana przez prezesa, rozpętała wojnę o krzyż pod Pałacem Prezydenckim z jasnym przesłaniem: ten, kto zabiera krzyż, jest w istocie politykiem antykatolickim, czytaj w podtekście: antypolskim („pokaże, kim jest” – mówi prezes). Taliban skorzystał z okazji do politycznej awantury nie tyle dla obrony symbolu wiary chrześcijan, co po to, by wyrazić swoją nienawiść wobec politycznego wroga, poniżyć go w opinii elektoratu maryjnego. Oglądając ostatnimi dniami telewizyjne na ten temat dyskusje, odnosiłem wrażenie, że powrócił samobójczy ton wściekłości, oburzenia moralnego.

Obarczanie z kolei winą Tuska i Sikorskiego za zabójstwo brata i dogadywanie się z Moskalami przywołuje grę w poczucie winy. Interpretacja jest tak konstruowana, by zawsze był ktoś winny, ktoś o złych intencjach. Polityka jest odkrywaniem winnego i demaskowaniem złych zamysłów. Duch tropicielski i podejrzliwość nigdy nie mogą być uśpione. Cokolwiek się dzieje, a w szczególności nie po myśli PiS, musi ukrywać odpowiedzialnego winnego.

Taliban szykuje arkę

Słowo „wina”, kluczowe w języku PiS, musi być widoczne jak piętno Kaina, ciężkie jak grzech kardynalny. Uważam tego rodzaju psychologiczną postawę za mało przekonującą. Albo dokładniej – przekonuje ona do złych emocji i dzielenia ludzi, generuje niechęć, rozdrażnia, imputuje odpowiedzialność tam, gdzie jej jawnie nie ma, ale niczego nie tworzy. Zamyka PiS w wieży obronnej. Ten język, który w PiS często powracał, wydawało się, że ze spokojną, pojednawczą kampanią wyborczą, już odszedł na zawsze.

Tymczasem taliban czekał na swoją okazję. Program tej grupy wydaje się zastanawiająco prosty. Szykuje arkę przetrwania drużynie wodza we wrogim otoczeniu, triumf moralny ma zastąpić zwycięstwo wyborcze i polityczne myślenie. Jarosław Kaczyński zdaje się dziś taliban wspierać, ale równie dobrze za pół roku, może nawet wcześniej, powróci do języka świeżo zakończonej kampanii wyborczej. Działa zasada wahadła.

PiS nie ma jakiegoś programu jawnie różnego od PO – w kwestiach merytorycznych można mówić o odmiennych akcentach, a nie istotnych różnicach (może poza kwestią prywatyzacji) – natomiast chce się dzielić w małych, nieistotnych, za to irytujących i bardzo drażniących kwestiach, uchodzących za tożsamościowe.

Od kiedy Kaczyński zrezygnował ze swojej wizji historii, w której postkomuna odgrywała zasadniczą rolę, a zło, układy i korupcję przypisano całemu establishmentowi III Rzeczpospolitej, stosunek do historii nie dzieli już PiS i PO. PiS wydaje się nieco bardziej lewicowe, ale w chwilach trudniejszych lubi powoływać się na liberalne dokonania rządu Kaczyńskiego i reformy systemu podatkowego oraz niedokończoną, przerwaną wyborami w 2007 r., pracę nad reformą finansów publicznych.

PiS na sztywno

Spektrum ideowe PiS jest równie szerokie jak spektrum Platformy. Może być partią lewicy, konserwatywnych liberałów, katolików, prawicy narodowej i rozumnych Europejczyków. Nie musi się bać zarzutu, że jest antymodernizacyjne. Dwa lata rządzenia tego rodzaju zarzuty podważyło. Jednak o tożsamości partii decydują nie tylko hasła czy szkice programowe, ale elektoraty i to, co one widzą w partiach (i jej liderach).

Dlatego łatwiej było Kaczyńskiemu zająć tak dobre miejsce w wyborach plebiscytowych. O wiele trudniej będzie się odnaleźć w wyborach parlamentarnych i jeszcze trudniej w samorządowych. Z dwóch co najmniej powodów. Od 2007 r. decydujące dla rezultatu wyborów było poparcie w wielkich miastach, wcześniej decydowała wieś. Miasta są aktywniejsze w wyborach. A teraz liczba głosów na Kaczyńskiego w wielkich i średnich miastach była o kilkanaście procent niższa niż w 2005 r. Wielkie miasta nie akceptują propozycji PiS nie tyle jako opcji ideowej, ile jako modelu estetyki politycznej.

Polityka jest dzisiaj coraz bardziej kwestią smaku, wrażliwości na język, styl bycia, na symbole, pewien rodzaj nieudawanej szczerości. Mam wrażenie, że tego aktorzy polityczni PiS nie rozumieją, tkwiąc w studiach telewizyjnych sztywno, w równie sztywnych słowach i sztywnych garniturach. Miasta tej ostrej retoryki moralnego oburzenia i moralnych krucjat nie przyjmują. Mało kto chce patrzeć na obrażone miny przedszkolaków w garniturach i garsonkach. PiS przegra – jak można obecnie sądzić – w wyborach samorządowych. Trudno mi wskazać miasto rangi Poznania czy Krakowa, gdzie mogliby z powodzeniem rywalizować o prezydenturę.

Podobnie mało zrozumienia dla języka PiS jest w młodym pokoleniu. Niewielu młodych przyjmuje kod oficjalności PiS. Wokół PiS znów narasta przekonanie, że głosowanie na nich jest obciachem. To ważne słowo, bo czegoś się nie robi, czegoś się nie mówi z żadnego innego powodu poza tym, że nie jest to OK. To kwestia wrażliwości. Niczego innego.

Koalicjanta nie widać

Pozostaje jeszcze pytanie o koalicjanta. O skutkach wyborów 2005 r. nie decydowały głosy wyborcze – różnica na korzyść PiS była śladowa – ale zdolność tworzenia koalicji. PO, odmawiając współpracy z PiS (a PiS z PO), wepchnęła partię Kaczyńskiego w koalicję niesmaku i klęski. To ich wykończyło i odebrało wiarygodność. Gdyby nawet w 2011 r. PiS wygrało wybory, nie ma, na razie, z kim współtworzyć rządu. Platformę uważa za partię namiestników szatana. Z nimi współpraca jest trwale wykluczona. Z SLD – wedle obecnych ustaleń Kaczyńskiego – nie chce się dogadywać. PSL pewnie nie przejdzie progu wyborczego.

Jak miałoby PiS rządzić? Nie sposób na to odpowiedzieć, tym bardziej że o przyszłości, czyli o koalicji rządowej, będzie – wiele na to wskazuje – decydować formacja Napieralskiego, nawet jeśli zbierze około 10 proc. głosów. Sam Napieralski ma obecnie dwóch silnych wrogów. Pierwszy jest wewnątrz szeroko pojętego obozu lewicy. Skrzydło Kwaśniewskiego (Kalisz, Olejniczak) chce się przyłączyć do obozu zwycięskiego i zyskać jakieś udziały w rządzeniu. Bycie w opozycji jest wykańczające dla każdej partii. Drugim przeciwnikiem jest sam obóz PO, któremu łatwiej jest przejąć znaczną część wyborców lewicy i wspólnie pożartować z Kaliszem na temat parytetów czy metody in vitro.

PO może, z pomocą otoczenia Aleksandra Kwaśniewskiego, uczynić z SLD de facto swoją partią pomocniczą. Oznaczałoby to samolikwidację lewicy. Albo inaczej, ujmując rzecz w języku idei, Kwaśniewski i jego otoczenie stawiają na jakiś rodzaj nowoczesnej, liberalnej lewicy. Napieralski śmiało mógłby więc poszukiwać odmiennej formuły lewicowości.

SLD w sojuszu z PiS paradoksalnie łatwiej byłoby zachować swoją odmienność i wyrazistość, ale zarazem tworzyć rodzaj szerokiej lewicy przyszłej Polski. Tego rodzaju lewica jest potrzebna i ma swoich wyborców. Wszelako prezes Kaczyński mniej uwagi poświęca przyszłej koalicji, niewielkie znaczenie przypisuje politycznemu centrum. Pilnuje twardej prawej ściany i powraca do niej jak do bezpiecznej przystani. Właśnie teraz znowu się o nią oparł.

Paweł Śpiewak historyk idei, kierownik Zakładu Historii Myśli Społecznej w Instytucie Socjologicznym UW, wykładowca Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Członek kolegium „Przeglądu Politycznego”.

Polityka 30.2010 (2766) z dnia 24.07.2010; Ogląd i pogląd; s. 18
Oryginalny tytuł tekstu: "Powrót talibanu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną