Kraj

Mecenas rodzinny

Role mecenasa Rogalskiego

Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Rafał Rogalski – pełnomocnik pięciu rodzin w postępowaniu dotyczącym katastrofy smoleńskiej – wciąż wychodzi poza rolę adwokata. Zawsze chciał być prokuratorem. I właściwie nim jest.

Mecenas Rogalski bardzo często pojawia się w mediach: komentuje, że w jego poczuciu wykluczenie zamachu byłoby pochopne, ubolewa, że ciało prezydenta przeszło w Rosji sekcję w jakiejś obskurnej budzie, zapowiada, że nie pozwoli szargać pamięci ofiar kalumniami, krytykuje gwiazdy adwokatury za obrażanie ofiar stawianiem niegodnych pytań. Ostrzega, że Rosjanie być może coś knują, skoro pytają rodziny ofiar o wysokość ewentualnych odszkodowań. Staje się swego rodzaju celebrytą. Jest w „Naszym Dzienniku” i „Gazecie Wyborczej”. W „Rzeczpospolitej” i „Super Expressie”. U Moniki Olejnik i u Jana Pospieszalskiego. Co chwila w TVN24. Na ulicy ludzie już go rozpoznają.

Formalnie jest pełnomocnikiem rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej: Lecha i Marii Kaczyńskich, Przemysława Gosiewskiego, Krzysztofa Putry, Janiny Fetlińskiej, Aleksandry Natalli-Świat. W toczącym się śledztwie rodziny mają status pokrzywdzonych. Pełnomocnik przejmuje pełnię przysługujących im praw – może składać wnioski dowodowe, domagać się udziału w czynnościach prokuratorów. W procesie staje się oskarżycielem posiłkowym.

Pasja

Pierwszą w życiu sprawę poprowadził niewiele ponad 2 lata temu. Został obrońcą rodziny oskarżonej o korumpowanie słynnego doktora G. – oni, jak to jest w sprawach korupcyjnych, też byli oskarżeni. Do dziś ściga dr G. z niespotykaną w prawniczym świecie determinacją. Wymyśla sposoby, aby tchnąć nowe życie w przegraną już sprawę o uśmiercanie pacjentów. Reanimuje sprawę maltretowania żony przez doktora, w co nie wierzył nawet prokurator. Walczy o odebranie kardiochirurgowi prawa do wykonywania zawodu, znajduje kolejne rzekome ofiary. Dla idei, jak powiada. Pro publico bono.

Nie ukrywa: będąc prokuratorem, czułby się bardziej na swoim miejscu. Już w podstawówce, zaczytując się „Panem Samochodzikiem” i innymi kryminałami dla młodzieży, odkrył, że sprawiedliwość zaczyna się w prokuraturze. Rola policji, sędziego, a zwłaszcza adwokata jest więc wtórna. A on zawsze był zacięty, lubił tropić nieścisłości i stawiać hipotezy.

Znajomi z rodzinnej Nysy pamiętają, jak zaglądał na zebrania Forum Młodych w kościele św. Jakuba, doprowadzając księży do rozpaczy. Bóg ze Starego Testamentu – mówił – morduje, jest krwawy i okrutny. A Bóg z Nowego Testamentu – łagodny, miłosierny. „Więc to nie może być ten sam Bóg – prawda? No, udowodnijcie”. Był w tamtym czasie religijny, ale bez przesady.

Decyzję, że zostanie prokuratorem, podjął w siódmej klasie podstawówki. Zostawił klarnet i fortepian, na których – pamiętają w mieście – ćwiczył z imponującym uporem, zostawił pasje medyczne oraz historyczne. Opowiada: korepetytor przedstawił mu testy dla kandydatów na studia prawnicze z poprzednich lat i z różnych uczelni. Testy z Uniwersytetu Warszawskiego wydały mu się najbardziej zwarte, trudne, ale logiczne. A on chciał studiować na najlepszym uniwersytecie.

Nie poczuł się swobodnie w nowym mieście. Ale nie miało to większego znaczenia, ciężko pracował. Zaczął jeszcze psychologię, żeby lepiej rozumieć świadków, przestępców i ofiary.

Prof. Tadeusz Tomaszewski dostrzegł jego pracę magisterską o pamięci świadków – była taka, mówi, jaka się zdarza rzadko. Wnikliwa, syntetyczna i ze świetnie zebraną literaturą. Zaproponował doktorat. – Robiłem już wtedy aplikację prokuratorską – opowiada Rogalski. – Brnąc przez tony akt, zauważyłem, że w sprawach, w których chodzi o wypadki drogowe, zeznania mężczyzn są często podważane, bo mylą oni kolory samochodów.

Zrobił pionierskie badania na ten temat. Miały mu posłużyć za kanwę doktoratu. Tuż przed obroną miał jeszcze zdać egzamin kończący staż prokuratorski. Termin wyznaczono na jesień.

Punkt zwrotny

Kaszlał już od wiosny. Wciąż czuł się osłabiony. Badania kazali mu powtarzać kilka razy. Nowotwór. Miał 30 lat, było lato 2006 r.

Opowiada, że pierwsze, co wtedy poczuł, to upór. Że choćby nie wiadomo, co się działo, podejdzie jesienią do egzaminu na prokuratora. – Mając to kruche życie w rękach, zdałem sobie sprawę, jak zwodnicze jest poczucie, że ma się czas na wszystko – opowiada. – Bardzo chciałem zdążyć jeszcze poczuć, że moje życie coś znaczy.

Przez całe wakacje szpital, wyniszczająca chemioterapia. Na egzamin poszedł słaby, bezwolny, bez włosów. Poczuł satysfakcję, widząc, że paru zdrowych, zdolnych nie dotarło, a on jest. Jedną z ocen cząstkowych, jakie dostał, była czwórka. Opowiada: odpowiedź była celująca. W normalnych warunkach pewnie by się wykłócał. Skończył z trzecią lokatą. O co do dziś ma żal, pamięta nazwisko tamtego wykładowcy od czwórki.

Mijały miesiące, przechodził kolejne chemioterapie. Po roku już wiedział, że największym wysiłkiem woli nie da rady na 8.30 stawiać się w prokuraturze. W życie akurat weszło prawo, zwane Lex Gosiewski: zniesienie stażów adwokackich i radcowskich dla osób już po aplikacjach prokuratorskich bądź sędziowskich. Za parę lat to prawo się zresztą zmieni i już nie będzie tak łatwo. – Wpisałem się – powiada. – Zakładając, że gdy tylko poczuję się lepiej, zawieszę to radcostwo i złożę wniosek o przyjęcie do prokuratury.

Ale lepiej nie było. Między cyklami chemioterapii prowadził zajęcia dla studentów na uniwersytecie. Jesienią 2007 r. poszedł przypadkiem na jakąś prawniczą imprezę. Towarzystwo dyskutowało o sprawie doktora G., którego parę miesięcy wcześniej aresztowano i właśnie wypuszczono. Rafał Rogalski obserwował sprawę od dawna, ale, powiada, bardziej jako pacjent. W towarzystwie błysnął paroma pomysłami, jak by niebanalnie poprowadzić taki proces. Wśród dyskutantów był mec. Grzegorz Ksepko z sopockiej kancelarii, z którą zaprzyjaźniony był ówczesny prezydent Lech Kaczyński. Poprosił młodego zdolnego o numer telefonu. A potem o współpracę.

 

Mistrz

W listopadzie 2007 r., korzystając z tego samego Lex Gosiewski, radca prawny Rogalski wpisał się na listę adwokatów. W lutym 2008 r. składał już wnioski dowodowe w sprawie doktora G. Rodzice Rogalskiego wspominają: przyjechał do Nysy podekscytowany, obłożył się podręcznikami medycyny z jednej strony, a kopiami akt z drugiej. Chodził na długie konsultacje do kolegi lekarza, żeby wiedzieć wszystko o budowie serca. Wymyślił, żeby opinii lekarskich szukać za granicą, bo w Polsce jest przecież solidarność korporacji, lecz zdobyta za granicą opinia też przemawiała na korzyść lekarza.

Rogalski o napisanie ekspertyzy poprosił więc prof. Zbigniewa Religę, ministra zdrowia tego samego rządu, w którym ministrem sprawiedliwości był Zbigniew Ziobro. Lekarza tej samej specjalności co dr G., konkurent, którego Religa zwalczał przez całe życie, irracjonalnie wierząc, że ten jest najczarniejszą owcą w zawodzie.

Przyjaciele doktora G. wierzą, że adwokat nęka lekarza z wyrachowania, z politycznego cwaniactwa. Ale przyczyna tej determinacji może mieć też inny charakter. Może Rogalski uwierzył, że bierze na siebie wypełnienie ostatniej woli starego lekarza-mistrza? Wspomina: on i Religa spotkali się jak człowiek z człowiekiem, obaj w objęciach tej samej śmiertelnej choroby. Imponowała mu otwartość ze strony profesora-ikony. Usłyszał: on, Religa swoją walkę już przegrywa. Nie może zrozumieć, jak inny lekarz mógł tak lekko szastać czymś tak bezcennym jak życie. Trzeba walczyć o prawdę, przekonywał. Adwokat wciąż odwiedza jego grób.

Wróg

A potem doszła jeszcze ambicja. Rogalski opowiadał rodzicom rozdrażniony, że w każdym kolejnym procesie starał się spojrzeć panu G. w oczy, a ten wzroku unikał. A to spojrzenie dałoby mu satysfakcję, przecież – mówił – racja jest po mojej stronie.

Gdy z paska w telewizji dowiedział się o umorzeniu sprawy uśmiercenia pacjentów, zadzwonił do prokuratora i krzyczał. Wciąż się denerwuje, gdy wspomina tamten dzień: „my wiemy, jak doszło do umorzenia tej sprawy, za czyim staraniem i za co; my wiemy, kto wchodził do ministerstwa i kiedy”. Opowiada: wiedział, że już tylko rzecznik praw obywatelskich (bliski braciom Kaczyńskim) jest w stanie mu pomóc, składając kasację. Jednocześnie wydaje się jednak szczerze zdziwiony, że ktoś może go nazwać prokuratorem politycznym.

Gdy patrzeć na kolejne ruchy Rogalskiego, to jawi on się jako sprawny, cyniczny gracz. W osobistym kontakcie dojmujące jest jednak wrażenie, że to osobowość bardziej skomplikowana i dziwna. Sprawia wrażenie człowieka zaskakująco ufnego: zaczyna zwykle prawniczo-polityczną nowomową, ale gdy go poprosić, żeby powiedział coś jak człowiek – to też powie. O kolegach, życiu, o świecie, sobie – impulsywnie, bez większych zahamowań. Tak, jakby ktoś przełączył guzik. Najwyżej wszystko to wykreśli potem przy autoryzacji.

W sensie zawodowym – można powiedzieć – nad wiek dojrzały: z determinacją dąży od punktu a do punktu b. Ale też prawo przekłada się na jego wizję świata: zrobisz a, wyniknie b. Jakby nie dostrzegał innych konsekwencji swoich poczynań. Jakby emocjonalnie i społecznie pozostawał na poziomie nastolatka. Klasowy prymus, poszukujący uznania w oczach aktualnego mistrza. Nie ma partnerki, jego przyjaciół nie sposób odnaleźć; wciąż wydaje się najmocniej związany z opiekuńczymi rodzicami.

Przyjaciele

Politycy PiS zaczęli się odzywać do Rafała Rogalskiego jakoś w połowie procesu doktora G. Przemysław Gosiewski, Arkadiusz Mularczyk, Lech Kaczyński, a w końcu i Jarosław. Opowiada z przekonaniem: nie widział w tych politykach zacietrzewienia, zaciętości. Zwłaszcza prezydent i premier byli bardzo ludzcy. On, młody adwokat, który się krępował, więc prezydent starał się go rozbawić, a premier ośmielić. Poczuł z nimi więź. A może nawet zyskał poczucie, że gdzieś przynależy, choć sam mówi tyle: odpowiadają mu te same wartości i pryncypia. W imieniu Lecha Kaczyńskiego wziął sprawy o zniesławienie przez Stefana Niesiołowskiego i Janusza Palikota. Wziął też oczywiście katastrofę smoleńską. Zgodził się chętnie, a pośredniczyli między nim a niektórymi rodzinami posłowie Arkadiusz Mularczyk oraz Beata Kempa. Dzwonił też już do Beaty Gosiewskiej, wdowy po Przemysławie, z pytaniem, czy „nie trzeba zająć się tym Palikotem?”.

Koledzy

Tymczasem do samorządu adwokackiego przychodzą koledzy mecenasa po fachu: Rogalski narusza dobre obyczaje, łamie zasady etyki. Adwokat nie powinien reklamować się jak towar, wykorzystywać w sprawie media, kierować się sympatiami i emocjami. Powiadają o nim: produkt uboczny reformy Gosiewskiego. Gdy jednak zaczyna się mówić o sądzie koleżeńskim, ktoś zaraz wyciąga argument, że sprawa jest polityczna, a adwokatura nie miesza się do polityki. (Choć miesza się do polityki Rogalski, otwarcie atakuje rządy Polski i Rosji, właśnie złożył wniosek do prokuratury o przesłuchanie ministra Klicha).

Mecenas konstatuje smutno: jeśli zrobią mu w końcu jakiś proces dyscyplinarny, to tylko w myśl zasady: pokażcie mi człowieka, a paragraf znajdziemy. Gdyby przed sądem koleżeńskim stanął i przegrał, to prawdopodobnie nie mógłby już nigdy zostać prokuratorem. Tam wymagana jest bowiem nienaganna postawa etyczna oraz neutralność polityczna.

Na uniwersytet też trudno byłoby mu wrócić. Koledzy naukowcy patrzą na jego nową rolę ze zdziwieniem. On – jak zwykle – jest zdziwiony, że coś się jego kolegom nie podoba.

 

Polityka 31.2010 (2767) z dnia 31.07.2010; Temat tygodnia; s. 15
Oryginalny tytuł tekstu: "Mecenas rodzinny"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Emeryci na psychotropach

Potrafią wyłudzać recepty, tłumaczyć, że od leków, które nie uzależniają, mają alergię. I dlatego muszą brać psychotropy. A psychiatrzy przyznają: rekordziści potrafią brać je przez kilka lat.

Katarzyna Kaczorowska
26.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną