Polska prezydencja - do biegu, gotowi, start?

Dokąd poprowadzimy
Za niecały rok Polska przejmie dowodzenie w Unii Europejskiej. Opinia publiczna odniesie się do tego jak do organizacji Euro 2012: ludzie będą chcieli widzieć, czy Polska dała radę i zyskała pochwały partnerów.
Angelika Bentin/PantherMedia

Będzie to pod względem politycznym i organizacyjnym największa operacja, jaką kiedykolwiek przeprowadził nasz rząd. Jak jesteśmy przygotowani? Dla prezydencji pracuje 1200 osób praktycznie ze wszystkich resortów. Trzeba m.in. zorganizować około 150 sesji ministerialnych, roboczych i eksperckich w wielu miastach w całej Polsce oraz wielkie imprezy, jak Europejskie Dni Rozwoju (6 tys. gości; niestety, akurat to stoi pod znakiem zapytania ze względów budżetowych). Toczą się przygotowania do szczytów z krajami spoza UE. MSZ prowadzi mnóstwo szkoleń i warsztatów.

Politycznie rzecz jest bardziej skomplikowana. Możemy mieć tysiąc własnych ambitnych pomysłów na prezydencję, ale zrealizujemy je tylko wtedy, kiedy jednocześnie zajmiemy się największymi kłopotami innych. – Dziś Bruksela nie ma głowy do niczego poza kryzysem gospodarczym i zmianami strukturalnymi, bez których Europa nie zachowa pozycji liczącego się w świecie partnera. To konsumuje 90 proc. czasu aparatu obsługującego Unię – mówi wysoki urzędnik Rady Europy Marek Grela. Dominującym tematem w Unii – i w 2011 r., i dalej – będzie więc budowa nowego modelu wzrostu gospodarczego, bardziej zrównoważonego, odpowiedzialnego i stabilnego. Nikt nie ucieknie przed tym tematem, nawet polska „zielona wyspa”.

Polska na razie szykuje dla Unii zestaw własnych priorytetów „na dobrą pogodę”:

Partnerstwo Wschodnie, pierwsza pełnokrwista polska (a ściślej polsko-szwedzka) inicjatywa polityczna w UE. Słyszymy, że premier Donald Tusk przywiązuje do tego dużą wagę i polecił zająć się sprawą z wyjątkową energią. Projekt może natrafić na rafę: bo nie wystarczy stwarzać dobrego wrażenia na rozlicznych konferencjach, trzeba konkretów, projektów, pomysłów, a z nimi gorzej.

Wspólna polityka energetyczna

To koncepcja bliska Jerzemu Buzkowi, który zaproponował tworzenie prawdziwego rynku energii w Europie: tak by każdy mógł kupić gaz czy prąd elektryczny podobnie jak samochody czy pomarańcze. Na przeszkodzie stoją i brak połączeń między krajami (sławne interkonektory i sieci przesyłowe), i silna pozycja wielkich graczy, którzy zazdrośnie strzegą swego kawałka tortu. Jak Polska może forsować ten punkt swojej agendy? Może sama da przykład i zbuduje interkonektory dla siebie? Może też przekonywać Europę do inwestowania w czysty węgiel i gaz łupkowy, który budzi w Brukseli wiele negatywnych emocji.

Europejska armia

To raczej hasło, gdyż partnerzy zawsze bali się utraty suwerenności w tej drażliwej sprawie. Wszyscy mówią, że utrzymywanie 10 tys. czołgów i 2 mln ludzi pod bronią jest przeżytkiem z czasów zimnej wojny i krzyczącym marnotrawstwem (bo współczesne zagrożenia zmieniły charakter: terroryzm, pandemie, wyciekanie arsenałów, operacje w takich krajach jak Afganistan). Ale trudno uzyskać zielone światło dla racjonalizacji. Polska chciałaby przynajmniej ustanowienia europejskiej kwatery dowódczej dla operacji, które Unia prowadzi w świecie (misja w Kongu, ściganie piratów koło wybrzeża Somali, niewielka misja w Gruzji). Chcemy też wzmocnienia Europejskiej Agencji Obrony, która zajmuje się ujednolicaniem uzbrojenia europejskich armii, żeby było taniej, ale nie może przełamać interesów poszczególnych potentatów – producentów narodowych.

Pieniądze

To punkt obowiązkowy: Unia realizuje teraz budżet na lata 2007–13, z którego skorzystamy najwięcej w Europie, inkasując 67 mld euro na czysto. Właśnie w 2011 r. muszą ruszyć rozmowy o nowym budżecie na lata 2014–20 i tu zaczynają się strome schody. Pieniędzy jest mniej, bo wszyscy zaciskają pasa. Co więcej, Europa chce je przeznaczyć na przyszłościowe gałęzie gospodarki – nowe technologie i ochronę klimatu. A my chcemy tego samego co dotąd: pieniędzy na drogi, oczyszczalnie ścieków i dotacji dla rolniów.

Komisarz Janusz Lewandowski dał w sierpniu sygnał do dyskusji, proponując, by Unia miała „własne” pieniądze, to znaczy, aby unijny budżet finansować także z nowego podatku europejskiego, na przykład od transakcji bankowych. Berlin, Paryż i Londyn szybko propozycję odrzuciły, ale temat zaczął funkcjonować.

Prezydencja to nie jest właściwy czas do promowania własnych interesów narodowych. – Trzeba zachować bezstronność i organizować prace wszystkich 27 partnerów – przypomina Grela. W pierwszej kolejności chodzi o uporządkowanie finansów publicznych i okiełznanie problemu zadłużenia, czyli życia ponad stan. Na nogi trzeba postawić wspólną walutę euro. Wszyscy wiedzą, że jedyną alternatywą dla bliższej integracji może być odejście od euro, co byłoby katastrofalnym ciosem dla UE. Straciłby każdy, w tym Niemcy. Aby tchnąć życie w euro, potrzeba odważnych decyzji. Część z nich jest już rozważana. Na pewno państwa UE będą dużo uważniej przyglądać się sobie nawzajem. Niektórzy chcą, aby niesubordynację budżetową karać sankcjami. Z drugiej strony, dążenie do uporządkowania finansów jest tak silne, że najprawdopodobniej każdy na swój sposób zarzuci „fiskalną kotwicę” i mechanizmy odgórne nie będą potrzebne.

Polska do tej pory skupiała swoją uwagę na tym, aby „pociąg nam nie odjechał”. Broniliśmy się przed Europą dwóch prędkości. Premier Tusk włożył mnóstwo pracy w to, aby najważniejsze decyzje ekonomiczne podejmowano w Unii w pełnym składzie, a nie tylko w gronie państw euro. Żeby jednak takie podejście partnerów wymusić, trzeba samemu mieć mocną ofertę i solidne parametry gospodarcze. W tym roku rynki finansowe patrzą już nie tyle na wzrost gospodarczy w poszczególnych krajach, jak w roku ubiegłym, ile na poziom deficytu budżetowego. W tej kategorii – niestety – nie jesteśmy żadną „zieloną wyspą”. Z deficytem ponad 7-proc. znajdujemy się w połowie stawki. Musimy jak najszybciej dowieść, że bliżej nam do rygoru fiskalnego Europy północnej niż życia ponad stan na europejskim południu.

Drugim członem strategii gospodarczej powinien być powrót do źródeł, a więc wyciśnięcie tego co można z jednolitego rynku, gdzie nadal mamy tysiące barier i absurdalnych ograniczeń; na wielu obszarach jednolity rynek ledwo funkcjonuje. Farba, którą pomalowano lotnisko Heathrow w Londynie, nie uzyskuje polskiego atestu i nie może być w Polsce sprzedawana, bo polskie służby nie radzą sobie z tłumaczeniem angielskiej specyfikacji. Polskie firmy chcą zatrudnić hiszpańskich inżynierów, ale nie mogą, bo w ramach korporacyjnych reguł wymagana jest w Polsce znajomość przez inżynierów języka polskiego, co oczywiście nie ma zbyt głębokiego sensu, bo tak jak lekarze muszą się komunikować z pacjentami po polsku, nie ma powodu, aby ten sam wymóg dotyczył większości innych grup zawodowych.

Niemcy w przyszłym roku znoszą ograniczenia w przepływie polskich pracowników. To dobrze, ale trzeba wręcz rewolucji w dziedzinie mobilności siły roboczej. Na przykład w Katalonii jest dzisiaj 4,5 tys. wolnych miejsc pracy dla wykwalifikowanych pracowników, ale nie ma skąd wziąć chętnych. W Europie dużą barierą dla mobilności jest nie tylko język, ale trudności w transferze uprawnień socjalnych i emerytalnych. Niby granice stoją otworem, ale ludzie są przywiązani do ziemi przez system zabezpieczenia społecznego.

Ekonomiści apelują o zwiększenie innowacyjności, bez której nie może być mowy o powrocie na ścieżkę wzrostu. Innowacyjność kwitnie tylko w dobrych warunkach, bo jest zjawiskiem kulturowym. Amerykanie mają rację, wspierając od lat małe i średnie firmy innowacyjne. To właśnie one stały na przykład za przełomem technologicznym, który pozwala na wydobycie gazu łupkowego.

Trzeba zmian w edukacji. Większa autonomia uczelni, większa konkurencyjność to recepty, o których zwykle słyszymy. Może jednak potrzeba flagowego projektu stworzenia uczelni na miarę światowej konkurencji?

Poza programem pozostaje narracja, czyli jak politycy powinni opowiadać Unię, jak ją tłumaczyć Europejczykom. Do tej pory Unia Europejska próbowała inspirować manią wielkości. Chyba trzeba dzisiaj Europę sprowadzić na ziemię. Bardzo często okazuje się, że Unia po prostu nie jest i nie będzie Matką Teresą, która wie, jak pomóc wszystkim obywatelom. Tymczasem populizm atakuje. Tea Party w Stanach Zjednoczonych zadziwia łatwością, z jaką szerzy spiskowe teorie i zniekształca rzeczywistość. Czy UE jest bardziej odporna na populizm? Sama z siebie niekoniecznie.

UE była dosyć odległa Europejczykom w poprzednich dekadach. Dopiero teraz coraz więcej obywateli zdaje sobie sprawę z tego, że wpływa w zasadniczy sposób na ich życie. Jeszcze rok temu protestowano przeciwko globalizacji, a dzisiaj nikt nie protestuje, bo zrozumiano, że globalizację można jedynie współkształtować, ale nie można jej powstrzymać. Świadomość, że problemów nie da się rozwiązać na poziomie narodowym, jest silna i wzrasta.

Co, kto będzie motorem napędowym Unii? Zmiana stosunku Niemiec do projektu europejskiego to jedno z największych wyzwań dla dzisiejszej UE. Berlin uważa, że jest pod niesprawiedliwym ostrzałem ze strony partnerów i mediów za swoją rolę w kryzysie strefy euro, w którym broni jedynie wcześniejszych ustaleń, stabilności i interesów podatników. Niemniej nie ulega wątpliwości, że Niemcy są w defensywie.

Trwa otwarta dyskusja między Francją i Niemcami, co należy zrobić. Niemcy popierają wprowadzenie twardej dyscypliny i sankcji za nieprzestrzeganie reguł gry. Francja optuje w większym stopniu za transferami ze strony bogatszych do biedniejszych członków strefy euro (np. poprzez euroobligacje, co automatycznie obniżałoby koszty zadłużenia dla państw uboższych). Konstytucyjny wymóg zrównoważonego budżetu w Niemczech oznacza jednak, że w Europie rozjechały się doktryny ekonomiczne, co może być bardzo kłopotliwe. Jak Polska może pomóc w uzgadnianiu stanowisk?

Ostatnie pytanie: czy Europa może wskrzesić jakiś nowy wielki wspólny projekt, czy ma się zadowolić mniejszymi sukcesami. Tych ostatnich jest sporo. Przykładem z własnego podwórka jest Agencja Granic Zewnętrznych UE Frontex, która ma swoją siedzibę w Warszawie. Zaczynała pięć lat temu od zera. Jej szef Fin Ilkka Laitinen pożyczał pracownikom prywatnego laptopa. Dzisiaj Frontex prowadzi na Morzu Śródziemnym największą na świecie morską operację poszukiwawczą.

***

Co robicie baco, jak mocie cas? – pada pytanie w jednej z ulubionych anegdot księdza Tischnera. – Siedze i myśle. – A jak ni mocie casu? – A to ino siedze. Tak trochę wygląda dzisiaj Europa. Do nas – jako europejskiej prezydencji – należy, aby porozmawiać z bacą, by ten więcej myślał, a mniej siedział.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną