Kraj

Powrót posłów (na Wiejską)

Sejm ożywa po wakacjach

Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
W ostatnim roku pracy Sejm ma uchwalić około 40 ważnych ustaw, m.in. reformujących służbę zdrowia, podwyższających VAT i refundujących zabiegi in vitro. To będzie ważny test dla PO marzącej o utrzymaniu władzy po przyszłorocznych wyborach.

Po rekordowo długich, 40 – dniowych wakacjach, posłowie po raz pierwszy zasiądą dziś w sali posiedzeń Sejmu, która podczas ich nieobecności przeszła gruntowny lifting (w oczy rzuca się nowa flaga i lśniące bielą godło, w uszy – lepsza akustyka). Żaden z parlamentarzystów nie ma chyba wątpliwości, czyj głos będzie brzmiał w niej najdonośniej – PO wchodzi na ostatnią przedwyborczą prostą. Zapowiada, że zrobi wszystko, aby przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi nie dać się dogonić – lub co gorsza wyprzedzić - konkurencji.

Konkurencja im to jak na razie ułatwia. PiS zastygł wokół tematu żałoby posmoleńskiej, i wygląda na to, że na razie stracił zdolność uprawiania poważnej polityki. SLD coraz częściej puszcza oko do PO i skupiają się wyłącznie na sprawach światopoglądowych. Zaś PSL przez niskie notowania przestaje się liczyć jako ważna siła polityczna. Słabość opozycji nie oznacza jednak, że PO może spokojnie odliczać dni do wyborów. Musi najpierw zawalczyć o własną wiarygodność.

40 ustaw, cztery pakiety

Obiecując w wyborach 2007 roku „reformatorskie przyspieszenie” Platforma mocno rozbudziła apetyty, które szybko zaczęła studzić, gdy kilka jej sztandarowych ustaw (m.in. reformujących służbę zdrowia) zawetował prezydent Kaczyński. Jednak tłumaczenie się „hamulcowym Kaczyńskim” tylko po części było prawdziwe. W paru kwestiach istniał opór w samej koalicji - głównie w PSL (KRUS, zmiany w konstytucji), ale też w PO (in vitro, likwidacja przywilejów górniczych). Mimo to Platforma głosiła, że gdy wreszcie odsunie Lecha Kaczyńskiego od władzy, wróci do zawieszonych reform. Wynik lipcowych wyborów sprawił, że ze wszystkich stron natychmiast padło gromkie „sprawdzam”.

Liderzy PO zareagowali szybko. Jeszcze w wyborczy wieczór, po zwycięstwie Bronisława Komorowskiego nad Jarosławem Kaczyńskim, premier Tusk - dopingowany przez prezydenta i rosnącego w siłę Grzegorza Schetynę - zapowiedział ofensywę legislacyjną, której efektem miała być realizacja kilku niedotrzymanych dotąd obietnic. Powstał nawet specjalny zespół złożony z posłów PO i przedstawicieli rządu, którzy analizowali ustawy zawetowane przez prezydenta Kaczyńskiego pod kątem ich ponownego wykorzystania.

Efekt tych prac to ponad 40 projektów ustaw, którymi mają zająć się posłowie po wakacjach „Przygotowywane dokumenty tworzą pięć pakietów: konsolidacji finansów publicznych, deregulacyjny, zdrowotny, społeczno-cywilizacyjny oraz powodziowy. Planuje się, że większość spośród kilkudziesięciu projektowanych ustaw zostanie przyjęta przez rząd do końca listopada 2010 roku” – czytamy na stronie Kancelarii Premiera w komunikacie opublikowanym 16 września tego roku.

Liczba projektów robi wrażenie, ale po uważnej lekturze widać, że tych naprawdę istotnych jest znacznie mniej. Są tam też pewne braki.

Wyższy VAT, więcej żłobków

Przede wszystkim zabrakło tych projektów, co do których nie ma zgody w koalicji. Nie będzie więc na razie reformy KRUS, raczej można zapomnieć o zmianach w emeryturach mundurowych (choć w komunikacie jest o tym jeszcze mowa), zmianach konstytucji (ograniczenie liczby posłów i senatorów oraz uprawnień prezydenta). Nie będzie też likwidacji przywilejów górniczych.

Ale nawet jeśli Platformie uda się przepchnąć większość z zaplanowanych ustaw, to - biorąc pod uwagę rosnącą temperaturę kampanii wyborczej - osiągnięcie takie mimo wszystko warte będzie pochwały.

Na pierwszy ogień pójdą ustawy z pakietu finansowego. Jeszcze w środę Sejm wysłucha sprawozdania komisji finansów publicznych o rządowym projekcie zmian w ustawie o podatku VAT, który przewiduje jego podwyżkę. W tym pakiecie jest też ustawa wprowadzająca tzw. regułę wydatkową, która ma ograniczyć wzrost wydatków budżetowych do maksymalnie jednego punktu procentowego powyżej inflacji. Oraz ustawa pozwalająca na wykorzystanie środków z kont agencji i funduszy (utrzymywanych z budżetu) na zakup rządowych obligacji.  

W tym samym mniej więcej czasie Sejm ma uchwalić ustawy społeczne. Chodzi o przyjęte niedawno przez rząd ustawy o żłobkach rodzinnych i opiece zastępczej (pierwsza ułatwia zakładanie żłobków, druga – adopcję oraz premiuje rodziny zastępcze kosztem domów dziecka). W tym pakiecie znalazła się również ustawa reformująca szkolnictwo wyższe (choć w tym przypadku zmiany są raczej kosmetyczne – niewielkie ułatwienia w awansie młodych naukowców oraz tworzenie uprzywilejowanych centrów nauki) oraz zapowiadana w kampanii prezydenckiej 50-procentowa ulga dla studentów na przejazdy koleją (jej wprowadzenie zostanie rozłożone na kilkanaście miesięcy). 

Później przyjdzie pora na kluczowy pakiet – zdrowotny.

Szpitale na spółki

Najważniejsza jest w nim ustawa pozwalająca na przekształcanie szpitali w spółki (ale już nie obligatoryjne, jak w poprzedniej wersji, zawetowanej przez Lecha Kaczyńskiego). Rząd chciałby też zlikwidować staż podyplomowy lekarzy, co ma pomóc zapełnić przychodnie specjalistami, których tak bardzo teraz brakuje.

Wreszcie będzie pakiet deregulacyjny. Znajdzie się w nim m.in. ustawa zastępująca zaświadczenia oświadczeniami. Będą też przepisy, dzięki którym dokumenty i informacje z Krajowego Rejestru Sądowego zostaną udostępnione w internecie, a faktury elektroniczne, nawet bez podpisu elektronicznego, staną się takim samym dokumentem jak papierowe. Będzie też można w ciągu doby zarejestrować w sieci spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Wbrew zapowiedziom, nie będzie likwidacji Numeru Identyfikacji Podatkowej.

Bój o in vitro

Zmiany pakietowe powinny przejść bez większych trudności. Zagadką jest natomiast to, co stanie się z inną od dawna zapowiadaną, a do tej pory nie wdrożoną obietnicą PO, czyli ustawą regulującą w naszym prawie procedurę zapłodnienia in vitro.

Marszałek Sejmu Grzegorz Schetyna zapowiedział niedawno, że w ramach „rozmrażania” odziedziczonej po Bronisławie Komorowskim „zamrażarki”, wszystkie projekty ustaw dotyczące in vitro prześle do prac w komisji. Chodzi głównie o propozycje posłów PO: Małgorzaty Kidawy–Błońskiej i Jarosława Gowina. Pierwszy dopuszcza przechowywanie niewykorzystanych do zapłodnienia zarodków, drugi nie. Oba przewidują refundowanie sztucznego zapłodnienia z NFZ, tyle że projekt Gowina przyznaje to prawo jedynie małżeństwom i w szczególnych przypadkach samotnym kobietom. Zaś Kidawy – Błońskiej także parom żyjącym w konkubinacie.

Projekty miały być rozpatrywane jeszcze w ubiegłym roku, jednak ze względu na ostry podział, jaki wywołują w Platformie, władze partii zdecydowały się odłożyć tę sprawę na czas po wyborach prezydenckich.

Gdy wydawało się, że sprawa jest w miarę wyjaśniona, do akcji wkroczyli premier i minister zdrowia Ewa Kopacz. – Na jednym z ostatnich posiedzeń zespołu parlamentarno–rządowego, w którym zasiada Kopacz, minister wyciągnęła nieznany nikomu projekt ustawy o in vitro, zdaje się jeszcze SLD-owski. To od razu wzbudziło protest Gowina – mówi polityk Platformy.

Choć do końca nie wiadomo, jakie propozycje chcą zgłosić Tusk z Kopacz (premier w wywiadzie dla „Wprost” mówił o propozycji kompromisowej wobec projektów Gowina i Kidawy – Błońskiej), to z konserwatywnego skrzydła PO już dobiegają gniewne pomruki. – Próba przeforsowania zgody na zamrażanie zarodków nadliczbowych wywoła wojnę na noże – mówi jeden z platformianych konserwatystów.

Niektórzy z posłów PO interpretują tę sytuację jako kolejną odsłonę rywalizacji między Donaldem Tuskiem a Grzegorzem Schetyną inni – jako próbę arbitrażu ze strony premiera. Tak czy owak obaj muszą uważać, by in vitro nie okazało się iskrą, która podpali podzieloną w kwestiach światopoglądowych Platformę. Dziś to jednak mało prawdopodobne – zapatrzeni w sondaże liderzy PO raczej nie pozwolą na to, by jakikolwiek spór wewnętrzny utrudnił, czy wręcz uniemożliwił im powtórne sięgnięcie po władzę. 

 

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Urok małych liczb. Najlepsze polskie apartamentowce

Zamiast balkonów na długość stopy i niedoświetlonych parapetów są szerokie tarasy i wielkie okna, zamiast anonimowości – przestrzenie, które sprzyjają spotkaniom z sąsiadami. Najlepsze polskie apartamentowce mają mało mieszkań, wyjątkową architekturę i położenie. Niestety, kameralne wciąż znaczy rzadkie i ekskluzywne.

Marta Polny
28.09.2021
Reklama