Gniewczyna – drugie Jedwabne

Letnisko w domu śmierci
Rzeszowski oddział IPN wszczął śledztwo w sprawie mordu dokonanego w Gniewczynie na Żydach w 1942 roku. Przyczynkiem od tego stał się opublikowany w grudniu 2010 roku przez POLITYKĘ artykuł Cezarego Łazarewicza.
Tadeusz Markiel swoją opowieścią chciał przywrócić pamięć o pomordowanych.
Cezary Łazarewicz/Polityka

Tadeusz Markiel swoją opowieścią chciał przywrócić pamięć o pomordowanych.

Tekst ukazał się w POLITYCE w grudniu 2010 r.

We wsi Gniewczyna wystawiono właśnie na sprzedaż działkę letniskową. Cena jest atrakcyjna, a działka ma bogatą historię. W 1942 r. miejscowi strażacy zagnali tam swoich żydowskich sąsiadów, torturowali ich i gwałcili, a potem wydali Niemcom.

By opowiedzieć całą prawdę, 81-letni Tadeusz Markiel czekał prawie 70 lat. Zdecydował się ją spisać pewnej bezsennej nocy trzy lata temu: – Zrozumiałem, że jeśli nie opowiem o domu śmierci, nikt inny tego nie zrobi. Razem ze mną odejdzie prawda i wszystko pójdzie w zapomnienie.

Wszystko, co wydarzyło się w domu śmierci, zostało wyparte z pamięci mieszkańców wsi Gniewczyna na Podkarpaciu. Nikt nie chce poznać imion ofiar, ich nazwisk ani wiedzieć, gdzie mieszkali i czym się zajmowali. Nikt nie opłakuje ich śmierci i nie szuka grobów. – Byłem pewien, że z obawy przed zemstą nikt prawdy nie powie – mówi Tadeusz Markiel. Przez lata sam trząsł się ze strachu. Bał się o córki, drewniany dom, samochód. Bo w wiosce wciąż żyli uczestnicy tamtych wydarzeń, potem ich synowie, a teraz i wnuki. Czy chcieliby usłyszeć prawdę o swych dziadkach? I jakby na nią zareagowali? – Zacząłem przełamywać powoli strach, widząc polskiego prezydenta w mycce na głowie przy spalonej stodole w Jedwabnem – wspomina Markiel. – Nie zależy mi już na niczym, pomyślałem. Chcę tylko wypełnić testament, który przekazały mi tamte dzieci, patrząc mi w oczy tuż przed swoją śmiercią.

Tylko na filmach idący na śmierć odgrażają się swoim prześladowcom. W rzeczywistości śmierci towarzyszy cisza. Żadnego wołania o pomoc, żadnego krzyku. Nawet dzieci w obliczu śmierci kamienieją ze strachu.

Obserwatorowi pozostają w pamięci najdrobniejsze szczegóły. Pamięta się opadające połatane kalesony Lejby Trinczera i wystające z nich sznurki plączące się wokół jego bosych stóp. Pamięta sąsiadów, którzy wypychają przed dom Lejbę, jego żonę Szanglę i trójkę ich dzieci. Lejba, który widzi karabiny, próbuje własnym ciałem zasłonić rodzinę, ale żandarm końcem lufy pokazuje, by położył się twarzą do ziemi. Więc Lejba robi krok do przodu, ale żandarm zmienia zdanie i lufą pokazuje na dzieci.

Pierwszy idzie najstarszy syn Trinczerów. Bez sprzeciwu klęka, pochyla się do przodu i podpierając rękami, przywiera buzią do udeptanego podwórka. Huk jest niewielki, jakby ktoś strzelił z kapiszona. A potem na jasnych włosach chłopczyka zaczyna rosnąć rubinowa plama.

Teraz twarze Lejby i Szangli robią się popielate z przerażenia. Potem obok chłopczyka kładzie się kolejno jego młodszy brat (znów słychać kapiszon) i najmłodsza siostra (kolejny kapiszon).

Tyle 68 lat temu ze swej kryjówki zobaczył 12-letni Tadeusz Markiel, zanim uciekł, nie oglądając pozostałych 15 egzekucji. – Panika zalała mi wtedy umysł – mówi. Kto oglądał wszystko z drugiej strony domu, tak jak 10-letni Janek Zamorski, widział dwa okna, studnię i kawałek podwórka. W dużym oknie stali dorośli, w małym – dzieci. Stali bez ruchu, w milczeniu i ciągle ich ubywało.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj