Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Kraj

Doradcy prezydenta. Ciekawa drużyna

Ich wielu, czyli kogo słucha prezydent Komorowski

Prezydent i jego doradcy. Od lewej: Jerzy Osiatyński, Tadeusz Mazowiecki, Roman Kuźniar, Jan Lityński oraz Tomasz Nałęcz Prezydent i jego doradcy. Od lewej: Jerzy Osiatyński, Tadeusz Mazowiecki, Roman Kuźniar, Jan Lityński oraz Tomasz Nałęcz Kuba Atys / Agencja Gazeta
Jedni mówią, że to Arka. Inni, że seminarium albo Parszywa Dwunastka. A prawda o doradcach w pałacu może być całkiem inna.
Bronisław Komorowski i jego przyboczni - Jaromir Sokołowski (z lewej) oraz Jerzy Smoliński (z prawej). Obaj współpracowali z nim jeszcze w SejmieSeweryn Sołtys/Fotorzepa Bronisław Komorowski i jego przyboczni - Jaromir Sokołowski (z lewej) oraz Jerzy Smoliński (z prawej). Obaj współpracowali z nim jeszcze w Sejmie

W porównaniu z premierem prezydent mało musi. Dzięki pięcioletniej kadencji ma dużo swobody. Buduje, jak chce. Więc z tego, jak buduje, można czytać intencje, zamierzenia, dalej sięgające plany. To są jego osobiste znaki. A nie wypadkowe doraźnych konieczności. Dlatego warto odnotować te znaki, które Bronisław Komorowski daje, zaludniając swoją kancelarię. Zwłaszcza że są one mocne i nieoczekiwane.

Komorowski był politykiem Platformy Obywatelskiej. To oczywiste i powszechnie wiadome. Podobnie jak to, że PO stworzyli dysydenci z Unii Wolności. Że byli to głównie liberałowie, neoliberałowie i liberalni konserwatyści. Że ich milczącym patronem był Leszek Balcerowicz, który milczał, bo wcześniej został prezesem NBP. Że PO była raczej eurosceptyczna i bliska amerykańskim neokonserwatystom. Wreszcie, że to z Platformy wyszła (przejęta później przez PiS) idea IV RP, która zakwestionowała dorobek III RP i zasługi jej twórców.

Do tego znanego wszystkim starego wizerunku Platformy trudno jest dopasować rząd Tuska i jego politykę. O tym też sporo się już mówi. Ale rząd, sprawowanie władzy, decyzje, słowa, propozycje premiera i ministrów są wypadkową różnych kompromisów, których opinia publiczna często nie dostrzega i nie rozumie. Z prezydentem rzecz ma się inaczej. Prezydent nie musi się nieustannie liczyć z wynikiem głosowań na najbliższym posiedzeniu Sejmu, nie musi wciąż robić małych targów, codziennie kupować czegoś za coś. Zwłaszcza nowy prezydent, który meblując swoją kancelarię, ma przed sobą pięcioletnią kadencję.

Jeśli więc prezydenckie nominacje tworzą system znaków, to ich wymowa jest nadto czytelna. Wśród sześciu etatowych doradców trzech to osoby wywodzące się z samego jądra UW, najmocniej, jak to możliwe, symbolizujące tę część elit politycznych, przeciwko której powstała PO, przeciw której swoją tożsamość budował PiS i która była czarnym charakterem narracji IV RP. Gdyby ktoś chciał za pomocą personalnych znaków ogłosić klęskę i koniec IV RP, nie mógłby tego zrobić bardziej wyraziście, niż wprowadzając do Pałacu Prezydenckiego Trzech Muszkieterów – historycznych liderów UW reprezentujących jej trzy polityczne tradycje – Tadeusza Mazowieckiego, Jana Lityńskiego i Henryka Wujca.

Trzej Muszkieterowie UW

Tadeusz Mazowiecki (ur. 1927) – pierwszy niekomunistyczny premier po II wojnie, ostatni premier PRL i pierwszy premier III RP (za jego rządów nazwę Polska Rzeczpospolita Ludowa zastąpiła w konstytucji nazwa Rzeczpospolita Polska), a wcześniej współtwórca Klubu Inteligencji Katolickiej (KIK), w sierpniu 1980 r. lider doradców strajkującej Stoczni, doradca Solidarności i główny opozycyjny negocjator rozmów Okrągłego Stołu – w otoczeniu marszałka Komorowskiego pojawił się już w kwietniu 2010 r., krótko po objęciu przez niego funkcji tymczasowej Głowy Państwa. Symbolicznie był to hołd złożony przez marszałka Sejmu twórcom III RP, lżonym i pomawianym przez twórców IV RP. Ale dla Komorowskiego ważniejszy był zapewne wymiar praktyczny. Postawiony w bezprecedensowej sytuacji, będąc jednocześnie marszałkiem Sejmu, osobą sprawującą funkcję Głowy Państwa i kandydatem PO na urząd prezydenta, Komorowski potrzebował merytorycznego i emocjonalnego oparcia w zaufanym, doświadczonym, wyważonym, przenikliwym i bezinteresownym doradcy. Nikt nie łączył tych cech lepiej niż Mazowiecki.

A ważne było też to, że początki działalności publicznej i kariery politycznej Komorowskiego wiązały go mocno z Mazowieckim – patronem kikowskiej młodzieży i mentorem młodego pokolenia umiarkowanej, patriotycznej, a zarazem antynacjonalistycznej katolickiej prawicy. Było dość naturalne, że – w zapewne najtrudniejszej chwili politycznej kariery – Komorowski poprosił swego mentora o wsparcie i że je otrzymał.

Wejście Mazowieckiego do Pałacu Prezydenckiego nie było już takie oczywiste. Sam Mazowiecki się wahał. Zapewne nie dlatego, żeby nie chciał Komorowskiego wesprzeć, ale raczej dlatego, że nie chciał już pełnić oficjalnych funkcji. Ostatecznie o przyjęciu roli etatowego doradcy prezydenta zdecydowały względy praktyczne.

Faktycznie Mazowiecki jest kimś znacznie więcej niż jednym z sześciu etatowych doradców. Jest Pierwszym Doradcą. Może nawet kimś w rodzaju coacha, czyli partnera w myśleniu, analizowaniu, rozumieniu i budowaniu możliwych scenariuszy. Kto Mazowieckiego trochę zna, ten wie, że nie jest to człowiek, który będzie forsował podsuwane przez siebie rozwiązania. Ale jego – bliski temperamentowi samego prezydenta – powściągliwy, zarazem ideowy i pragmatyczny styl politycznego myślenia bez wątpienia odbija się już na kształcie prezydentury.

W odróżnieniu od refleksyjnego byłego premiera Henryk Wujec i Jan Lityński byli podporami KOR, podziemnej Solidarności i UW głównie ze względu na niespożytą energię, odwagę, dynamizm i niebywałe kompetencje organizacyjne.

Henryk Wujec (ur. 1940), doradca prezydenta do spraw społecznych, był logistycznym mózgiem najważniejszych przedsięwzięć peerelowskiej opozycji – od KOR po obrady Okrągłego Stołu i organizację kampanii wyborczej 1989 r. – oraz kolejnych politycznych emanacji środowiska, któremu w III RP przewodził Bronisław Geremek. Był m.in. sekretarzem Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie i Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. W rządzie Jerzego Buzka został z ramienia UW wiceministrem rolnictwa. Potem był motorem dialogu polsko-ukraińskiego.

Jan Lityński (ur. 1946), doradca do spraw kontaktów ze środowiskami społecznymi i partiami politycznymi, należy obok Adama Michnika do najstarszej gwardii peerelowskiej opozycji laickiej, wywodzącej się z grupy tzw. marcowych komandosów. Za organizowanie protestów został w 1968 r. skazany na 2,5 roku więzienia, ale do końca PRL działał w korowskiej opozycji, m.in. redagując podziemne pismo „Robotnik”, doradzając górniczej Solidarności i współkierując jej podziemną strukturą w latach 80. W III RP przeszedł całą drogę swego środowiska – od Okrągłego Stołu, Komitetu Obywatelskiego i OKP, przez ROAD i Unię Demokratyczną, po Unię Wolności oraz LiD, z ramienia której w 2007 r. bezskutecznie kandydował do Sejmu.

Rok temu wydawało się, że Trzej Muszkieterowie są już na solidnie wypracowanej politycznej emeryturze. Dziś zdają się być nie tylko istotną częścią procesu normalizowania i odbudowywania zerwanej przez IV RP ciągłości w polskiej polityce, ale też ważnym elementem tworzonego przez prezydenta zaplecza intelektualnego.

Harcownicy

Nie mniej znaczące jest pojawienie się w bezpośredniej bliskości prezydenta grupy osób, niemających może tak silnej politycznej tożsamości, ale wnoszących do polityki istotne punkty widzenia, które w IV RP zostały zmarginalizowane. Ich pojawienie się w najbliższym otoczeniu prezydenta wydaje się czymś więcej niż symbolem. Można w nich widzieć raczej swego rodzaju znak, że prezydent nie zamierza iść pozornie oczywistymi, wyślizganymi od lat koleinami polskiej polityki i że będzie szukał raczej odpowiedzi innowacyjnych niż tylko bezpiecznych, wypróbowanych i powszechnie uznanych, chociaż oczywiście praktyka to dopiero pokaże. Takich silnych znaków jest w pałacu kilka. Wśród etatowych doradców mocnym znakiem jest prof. Roman Kuźniar – spośród polskich dyplomatów i ekspertów spraw międzynarodowych najbardziej prominentny i nonkonformistyczny krytyk akcesu RP do neokonserwatywnej polityki zagranicznej Ameryki za czasów George’a W. Busha.

W 2002 r., kiedy udział Polski w wojnie irackiej był przedmiotem szerokiego konsensu niemal wszystkich sił politycznych, ekspertów i mediów, Kuźniar protestował i podał się do dymisji z prestiżowego stanowiska dyrektora Departamentu Strategii i Planowania MSZ. Postawiło go to na przeciwnym biegunie nie tylko wobec rządzącego wówczas SLD, ale też wobec kierującego dziś polską dyplomacją Radka Sikorskiego. Pięć lat później za krytyczne stanowisko wobec polityki minister Anny Fotygi został odwołany z funkcji dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, na które powołał go minister Stefan Meller. Kuźniar (obok min. Adama Rottfelda) należy do bardzo nielicznej grupy dyplomatów i znawców spraw międzynarodowych, którzy nawet w okresie największego naporu IV RP zachowali zdrowy sceptycyzm wobec mody na neokonserwatyzm, wiary w specjalne relacje z Ameryką i „kultu twardości”.

W sprawach obronnych i międzynarodowych podobne do Kuźniara poglądy wyrażał wielokrotnie szef BBN gen. Stanisław Koziej, dość powszechnie uważany za najwybitniejszego intelektualistę w mundurze i najlepiej wykształconego polskiego stratega. Koziej nie zajmował się wprost dyplomacją, ale niejednokrotnie krytycznie oceniał zarówno sposób prowadzenia i wyznaczone przez polityków cele wojen w Iraku i Afganistanie, jak i relacje między sojusznikami i przygotowanie polskich kontyngentów. Przede wszystkim zaś podważał sens usprawiedliwiającego obie wojny Busha pojęcia „wojna z terroryzmem”.

Wśród prezydenckich ministrów do grupy harcowników należy też niewątpliwie zajmująca się sprawami społecznymi minister Irena Wóycicka. W PRL związana była z środowiskiem KIK i KOR, współzakładała i redagowała podziemnego „Robotnika”, doradzała Solidarności. W III RP związana była ze środowiskiem UW, była doradcą Jacka Kuronia jako ministra pracy i wiceministrem pracy w latach 1991–94. Z punktu widzenia dzisiejszych dylematów i sporów ważniejsze jest jednak to, że od początku należała do nielicznej (także w UW) grupy fundamentalnych krytyków pomysłu stworzenia OFE. Przestrzegała przed skutkami ich wprowadzenia dla równowagi budżetu i finansów ZUS, krytykowała ich niską efektywność. Ze swoimi poglądami nie mogła się jednak przebić we własnym środowisku (zdominowanym przez koncepcje Leszka Balcerowicza) ani w debacie publicznej.

Wóycicka może liczyć na istotne wsparcie społecznego doradcy prezydenta prof. Jerzego Osiatyńskiego, doradcy pierwszej Solidarności, uczestnika Okrągłego Stołu, posła, ministra-szefa Centralnego Urzędu Planowania w rządzie Mazowieckiego i ministra finansów w rządzie Hanny Suchockiej (1992–93 – wprowadził PIT), związanego ze środowiskiem UW, a ostatnio przewodniczącego Rady Naukowej Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN.

Osiatyński jest uznanym w środowisku akademickim najbardziej prominentnym przedstawicielem przeżywającej światowy renesans ekonomii keynesowskiej w Polsce. Gdy wybuchł kryzys, opowiadał się więc za planem stymulacyjnym i raczej zwiększaniem niż ograniczaniem wydatków oraz deficytu. Rząd Tuska z nim polemizował i wybrał inną drogę, ale w rezultacie deficyt okazał się większy, niż proponował Osiatyński. Tyle że wzrost zadłużenia był wymuszony, a więc w większym stopniu chaotyczny niż zaplanowany. Podobnie jak Wóycicka, Osiatyński miał przez lata problem z przebiciem się do zdominowanej przez współpracowników Leszka Balcerowicza debaty publicznej.

Wśród doradców społecznych przeciwwagę dla Osiatyńskiego stanowi neoliberalny ekonomista i menedżer Jerzy Pruski (odwołany przez PO autor nieudanej próby prywatyzacji PKO BP), jeden z wiernych współpracowników Leszka Balcerowicza. W pół drogi między nimi jest Jarosław Neneman – wiceminister finansów w rządach Marka Belki i Kazimierza Marcinkiewicza.

Podobnie jak Wóycicka minister Olgierd Dziekoński – były dwukrotny wiceprezydent Warszawy, w kancelarii Komorowskiego odpowiedzialny za kontakty z samorządami i nowelizację prawa samorządowego – przez lata nie mógł się przebić ze swoim sprzeciwem wobec radosnej twórczości legislacyjnej stopniowo demontującej ład urbanistyczny i system planowania przestrzennego. Poglądy Dziekońskiego są radykalnie sprzeczne z kierunkiem zapowiadanych przez PO zmian, mających polegać na wprowadzeniu zasady: na swoim każdy robi, co chce. Dziekoński ma z kolei oparcie w dwóch ważnych społecznych doradcach prezydenta – współtwórcach reformy samorządowej, profesorach Jerzym RegulskimMichale Kuleszy.

Do grupy merytorycznych harcowników należy też prof. Maciej Żylicz – światowej klasy biolog, tu występujący raczej jako lider innowacyjnego myślenia o roli, organizacji i finansowaniu nauki w Polsce. Gdyby PO lepiej rozumiała rolę nauki w rozwoju i rządzące nią mechanizmy, apolityczny i powszechnie szanowany Żylicz z pewnością zostałby ministrem. Ponieważ zwyciężyło tradycyjne podejście menedżerskie, na czele resortu stanęła Barbara Kudrycka – politycznie zaangażowana założycielka prywatnej uczelni w Białymstoku.

Kurierzy i kwatermistrzowie

Muszkieterowie i harcownicy tworzą pod okiem prezydenta tygiel myślenia w dużym stopniu alternatywnego wobec dominujących nurtów. Ale Bronisław Komorowski nie jest w opozycji. Ani wobec rządu, ani wobec partii, z której się wywodzi, ani wobec innych formacji i instytucji. Prezydent ma łączyć – nie dzielić. Od tego ma fachowców: ministra Sławomira Nowaka – kontakt do PO, i etatowego doradcę prof. Tomasza Nałęcza – kontakt do lewicy. Powinien jeszcze być kontakt do prawicy, ale nie wiadomo, czy będzie. Po pierwsze, trudno kogoś takiego wymyślić. Po drugie, dotychczasowe doświadczenia są raczej zniechęcające, bo istniejący kurierzy działają nieszczególnie. Od objęcia funkcji w kancelarii żaden z nich nie ma za dobrych notowań w środowisku, z którym powinien łączyć. Obaj zajęli się więc raczej mediami. Nałęcz, który nieoczekiwanie dla wielu stał się istotnym partnerem prezydenta w myśleniu o polityce nie tylko historycznej, jest zawsze i wszędzie. Nowak skupia się raczej na budowaniu wizerunku prezydenta niż własnej pozycji.

Od mediów kancelaria ma jeszcze dwóch ważnych urzędników. Etatowego doradcę Jerzego Smolińskiego – byłego wojskowego, rzecznika ministra obrony i marszałka Komorowskiego (zwolnionego po sensacjach związanych ze składaniem wieńca na grobie Anny Walentynowicz), który zajmuje się monitorowaniem mediów, oraz dyrektora gabinetu Pawła Lisiewicza, absolwenta London School of Economics, eksperta od komunikacji społecznej. Obaj są jednak raczej zawodowymi biurokratami niż współtwórcami prezydenckiej agendy politycznej.

Podobnie jak Jacek Michałowski – trzymający najważniejsze sznurki minister i szef kancelarii, wywodzący się z peerelowskiej opozycji zawodowy urzędnik, który po wyborach 1989 r. współtworzył Kancelarię Senatu, a potem m.in. prowadził Kancelarię Premiera za Jerzego Buzka. Formalnie do tej grupy należy też min. Jaromir Sokołowski, 40-letni były dyplomata (m.in. w Berlinie), odpowiedzialny za działkę, którą potocznie nazywa się prezydenckim biurem podróży. Zwłaszcza gdy chodzi o sprawy niemieckie, ego ministra – o którym w kancelarii mówi się, że jest równie wielkie, jak jego dwumetrowa postura – sprawia, że ustalenie planu podróży czy wizyty staje się elementem twardej dyplomatycznej gry.

Wśród prezydenckich ministrów jest jeszcze dwóch wybitnych biurokratów schowanych przed opinią publiczną – prezydencki prawnik Krzysztof Łaszkiewicz i faktyczny zastępca Michałowskiego, administrator kancelarii – Dariusz Młotkiewicz.

Pół roku po wyborach Bronisław Komorowski ma wokół siebie z grubsza skompletowaną prezydencką drużynę. Jej skład jest intrygujący. Bo jest to nie tylko drużyna wyraźnie niepartyjna, ale też w dużym stopniu odległa od programu, a w jeszcze większym od wizerunku PO i od poglądów dominujących w debacie publicznej. Dlaczego tak się stało? Każda nominacja ma swój indywidualny klucz – merytoryczny, praktyczny, biograficzny. Każda może w jakimś stopniu być dziełem przypadku.

Ale jest nieprawdopodobne, by dziełem przypadku była kompozycja i cała konstrukcja. A one sugerują, że prezydent nie jest usatysfakcjonowany odpowiedziami, jakich polska polityka oraz jego własna partia udzielają na stojące przed krajem wyzwania. I że chce brać udział w poszukiwaniu nowych.

Polityka 01.2011 (2789) z dnia 07.01.2011; Ludzie roku 2011 - Kraj; s. 44
Oryginalny tytuł tekstu: "Doradcy prezydenta. Ciekawa drużyna"
Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną