Kraj

Czas samotnych wodzów

Oni rządzą polskimi partiami

Grzegorz Napieralski, czyli pierwsze skrzypce w SLD. Grzegorz Napieralski, czyli pierwsze skrzypce w SLD. Adam Chełstowski / Forum
Bardzo źle znoszą krytykę, usuwają niepokornych kolegów. W praktyce jednoosobowo decydują o listach wyborczych. Na czele największych partii w Polsce – w końcu podstawowych komórek demokracji – stoją nie tyle szefowie, co wodzowie.
Donald Tusk, czyli samiec alfa w Platformie.Maciej Biedrzycki/Forum Donald Tusk, czyli samiec alfa w Platformie.
Jarosław Kaczyński - PiS to on.Adam Chełstowski/Forum Jarosław Kaczyński - PiS to on.
Robert KrasowskiRadosław Pasterski/Fotorzepa Robert Krasowski

Artykuł w wersji audio

Diagnoza, że szefowie PiS i PO despotycznie rządzą swoimi partiami, ma dziś status oczywistości. Jednak fakt ten opisywany jest najczęściej w kategoriach psychologicznych jako wyraz charakterologicznych potrzeb Kaczyńskiego i Tuska. Zapewne jest w tym jakaś prawda, Kaczyński zawsze był despotyczny, zaś Tusk po porażce w 2005 r. przeszedł przemianę, która uczyniła brutalność dominantą jego charakteru.

Jednak wodzostwo w polskiej polityce pojawiło się nie wskutek psychologicznych okoliczności, ale jako polityczna konieczność. Jako odpowiedź na solidarnościową anarchię lat 90., na upokorzenie utratą władzy na rzecz postkomunistów, na wstyd z powodu prawicowej kultury politycznej, której symbolem stał się konwent św. Katarzyny. Kaczyński i Tusk zbudowali dokładnie takie partie, jakich cała polska prawica przez lata pragnęła. Partie zdyscyplinowane, dające prawicy stabilną władzę.

Cofnijmy się do początku lat 90., kiedy co drugi były działacz opozycyjny czuł się narodowym liderem i zakładał własną partię. W Sejmie pierwszej kadencji, wybranym w 1991 r., znalazło się ponad 30 partii. To były czasy, gdy swoją liberalną partię miał Tusk, swoją miał Mazowiecki, a jeszcze inną miał Korwin-Mikke, solidarnościowi chłopi partii mieli dwie, a chadecy trzy. Antykomunizm był tak różnorodny, że jeden nurt reprezentował Kaczyński, drugi Olszewski, trzeci Parys, a czwarty Macierewicz. Wszystkie te partie nie tylko się zaciekle zwalczały, ale też nieustannie rozpadały, dzieląc na coraz mniejsze. Nawet drobna różnica poglądów była powodem do rozłamu. To była epoka, w której rząd Olszewskiego, oparty na pięciu partiach, nadal był mniejszościowy i negocjował poparcie z tzw. koalicją trzech, bo dopiero wsparcie ośmiu formacji dawało stabilną większość.

Rzeź założycielska

Dwa lata później całe to pospolite ruszenie poszło do wyborów oddzielnie, nic dziwnego, że większość głosów została zmarnowana, a SLD i PSL, mając zaledwie 35 proc. poparcia, przejęły pełnię władzy. To był wielki wstrząs, po którym solidarnościowi politycy zrozumieli, że mogą odzyskać władzę jedynie przez powrót do dawnej jedności. Partie zaczęły się łączyć, powstała Unia Wolności, powstała prawicowa koalicja AWS, ale nowe organizmy jedynie wchłonęły w siebie starą anarchię. Dawni liderzy nie potrafili nawyknąć do dyscypliny, nowe formacje szybko stały się miejscem wojny wszystkich ze wszystkimi. Po kilku latach z Unii i AWS zostały polityczne strzępy.

Pod koniec lat 90. stało się jasne, że podstawowy problem polityczny solidarnościowego obozu ma charakter organizacyjny. Że jego zmorą nie jest zły program, nie są idee, nie są ludzie, ale struktura. Brak sprawnej instytucji. Brak partii opartej na realnej, a nie sztucznej jedności. Wtedy właśnie w głowach Kaczyńskiego i Tuska zrodziła się świadomość, że tzw. zjednoczenie obozu solidarnościowego wymaga zniszczenia całej tej solidarnościowej magmy, a w szczególności eksterminacji jej historycznych liderów. Geremka, Mazowieckiego, Chrzanowskiego, Krzaklewskiego, Olszewskiego, Halla, a także tych wszystkich pomniejszych watażków o dziś już zapomnianych nazwiskach. Łączenie się obozu solidarnościowego stało się bezceremonialną procedurą wyrywania dawnym liderom ich środowisk. Rzadko decydowano się na ryzyko brania na pokład bardziej wyrazistych osobowości, a jeśli już, to bez zaplecza, bez własnych szabel, aby wymusić pełną lojalność wobec nowej partii. W ten sposób tamtą rzeź przeżyli Rokita i Komorowski, a z drugiej strony Sikorski i Jurek.

Moralista powie, że cyniczny chłód tamtej selekcji jest grzechem pierworodnym, który zaciążył na PiS oraz na PO. Jednak tylko dzięki tej brutalności Kaczyński i Tusk byli w stanie stawić czoło SLD, a potem zmieść tę formację ze sceny w wyborach 2005 r. Tylko dzięki tej bezwzględności mogli zbudować potężne partie, w dodatku o niezłym ludzkim potencjale. W 2005 r. w Platformie lojalnie dla Tuska pracowali Rokita, Komorowski, Gronkiewicz-Waltz, Olechowski, Schetyna, Piskorski, Buzek. Z kolei Kaczyński miał pod swoją komendą Jurka, Dorna, Borusewicza, Ujazdowskiego, Gilowską, Religę czy Marcinkiewicza.

Jak wiadomo, bogactwo to trwało krótko nie tylko dlatego, że wycinanie konkurentów z dawnej konieczności stało się dla Kaczyńskiego i Tuska naturalnym zabiegiem higienicznym, dyscyplinującym partię, a im samym dostarczającym – co tu dużo kryć – coraz większej przyjemności. Włączył się też czynnik poważniejszy: doświadczenie upadku SLD.

Kopiowanie kanclerza

Mało kto zdaje sobie sprawę, jak ważny w modelowaniu praktyki politycznej prawicy był SLD. Jak wielkim wzorem formacyjnym byli postkomuniści. Publicznie lżeni, w głębi duszy byli obiektem rosnącej fascynacji i podziwu. Formacja, która przed 1989 r. zrujnowała polską gospodarkę, zaledwie po czterech latach wraca do władzy, przejmuje państwo, mało robi, a ludzie ją kochają. Ta zagadka fascynowała solidarnościowych polityków; publicznie mówili o cynizmie postkomunistów, aby potem ukradkiem ich działania kopiować. To od nich prawica nauczyła się spinu, to od nich uczyła się gry z mediami, to od nich wreszcie uczyła się organizacji życia partyjnego.

Najważniejszym wzorem był oczywiście Leszek Miller, rzeczywisty twórca potęgi SLD. Kwaśniewski był raczej charyzmatycznym patronem, który w 1990 r. potrafił skupić wokół siebie szeroką grupę utalentowanych polityków. Ale zapłacił za to wysoką cenę, stworzył formację wielonurtową, nie tak anarchiczną jak obóz solidarnościowy, jednak ciągle zbyt mało skłonną do dyscypliny i zespołowej gry. Liczne konflikty, jakie towarzyszyły rządom Pawlaka, Oleksego i Cimoszewicza, pokazały Millerowi, że nad SLD unosi się ten sam duch radosnego indywidualizmu, który zniszczył Solidarność.

Przejąwszy partię, zaczął ten indywidualizm pacyfikować. Jego zadanie było równie trudne jak to, które za chwilę stanie przed Kaczyńskim i Tuskiem. SLD był długą ławką polityków przekonanych o swojej wyjątkowości. Był tam Oleksy, Janik, Szmajdziński, Borowski, Kaczmarek, Rosati, Jaskiernia, Wiatr, Siemiątkowski, Sierakowska, Belka, Kołodko. Jakby tego było mało, za sznurki w partii starali się pociągać stojący obok Kwaśniewski i Cimoszewicz, obaj traktujący SLD jak swoje boisko. Miller kilkoma ostrymi ruchami to zmienił, realna władza przeszła w ręce jego i lokalnych baronów lojalnych wobec szefa. Dawnym gwiazdom pozostawił swobodę występowania w mediach, bez wpływu na linię partii. Z Kwaśniewskim poszedł na czołowe starcie i twardo odwołując się do pezetpeerowskiej dumy stał się wkrótce wyłącznym panem eseldowskiej duszy.

Kulminacyjnym momentem było ogłoszenie przez Millera, na długo przed wyborami, że jeśli jego partia wygra, on zostanie premierem. Tego wcześniej w polskiej polityce nie było. To było jak koronacja Napoleona, który wyjął z rąk biskupa koronę i sam założył sobie na głowę. Miller oznajmiał, że odtąd on podejmuje decyzje, a nie rady starców rządzące dotąd polskimi partiami. Szef SLD jako pierwszy wprowadzał do polskiej polityki realne przywództwo.

Skutki były od razu widoczne. Nigdy dotąd nie było tak sprawnej opozycji. Miller narzucił partii jedną spójną linię i jeden ostry, demagogiczny język, którym punktowano realne i urojone porażki premiera Buzka. Uciszono liberałów, którzy gotowi byli chwalić reformatorski dorobek rządu. Chwilę potem słupki poparcia Sojuszu zaczęły bić rekordy, na rok przez kampanią wyborczą SLD wybory już wygrał. Ten styl Millera stał się dla prawicy kanonem. Tusk i Kaczyński niczego nie wymyślili, oni tylko skopiowali sławnego lewicowego kanclerza.

Właściciel i menedżer

Aż przyszła afera Rywina i okazało się, że nawet ten mistrz popełnił błędy. Opinia publiczna przeżywała aferę z moralnym oburzeniem, jednak dla prawicowych liderów prawdziwym przeżyciem było tempo kruszenia się imperium Millera. Sypało się jak domek z kart. W kilkanaście miesięcy pozornie perfekcyjna partyjna struktura zdradziła swojego lidera, odebrała mu władzę, podzieliła się na frakcje, które rzuciły się sobie do gardła, niszcząc spore wówczas szanse na wyjście z afery względnie nieporanionym.

To pokazało Tuskowi i Kaczyńskiemu, że Miller był zbyt liberalny, że w budowie sprawnej partii zatrzymał się w pół drogi, zostawił w niej ziarna rozpadu. Więc Tusk i Kaczyński wzięli się za tę drugą połowę pracy, za pacyfikowanie w swoich partiach potencjalnych zagrożeń, za eksterminację wszystkich podmiotowych postaci. I trudno temu działaniu odmówić politycznej racjonalności, realny test polityczny, jakim była afera hazardowa, dowiódł, że skoszarowana Platforma Tuska jest o niebo lepiej dostosowana do realiów politycznego kryzysu niż Sojusz Millera.

Obie prawicowe partie przeprowadziły w polskiej polityce prawdziwą rewolucję. Dawniej partie miały liderów, teraz liderzy mają partie. Jarosław Kaczyński nie jest już przywódcą partyjnym, jest raczej właścicielem partii, który swojej własności używa wedle osobistych potrzeb. Dzisiaj jego pragnieniem jest zemsta za brata, więc druga co do wielkości polska partia stała się narzędziem rodzinnej wendety. Partia nie ma już programu, nie ma własnych celów politycznych, autonomicznych wobec woli lidera. Nie ma też prawa oceniać lidera, rozliczać go ze skuteczności. Gdy Kaczyński przegrywa wybory prezydenckie, partia obcina głowy tych, którzy prowadzili mu kampanię. Gdyby Kaczyńskiemu przydarzyła się afera Rywina, partia stałaby za nim murem, a on mógłby nią rządzić nawet z więzienia.

W Platformie jest podobnie, choć Tusk jest nie tyle właścicielem partii, co raczej jej despotycznym menedżerem, który zawarł niepisany kontrakt z ugrupowaniem, że dopóki zapewnia jej sukcesy, może w niej robić wszystko. Tyle że z czasem owo „wszystko” jest przez Tuska coraz szerzej rozumiane. Kiedyś w tej puli były pomniejsze decyzje personalne, teraz są wszystkie kiedyś należały do nich ruchy taktyczne, teraz strategiczne; kiedyś były w niej głównie kwestie bieżące, teraz nawet najgłębsza tożsamość Platformy. Partia stała się wolą jednej osoby.

Zmienił się także sposób ujawniania tej woli. Dawniej Tusk rządził dyskretnie, starał się ubierać swoje decyzje w kostium partyjnej demokracji. Teraz Tusk postępuje odwrotnie, ostentacyjnie podkreśla swoją podmiotowość i jej brak po stronie partii. Od dłuższego czasu wszystkie ważne decyzje reżyserowane są tak, by na oczach całej Polski zaskoczyć własną partię. Usunięcie z rządu Schetyny, odsunięcie Nowaka, rezygnacja ze startu w wyborach prezydenckich, pomysł prawyborów – strategiczne decyzje były podejmowane w taki sposób, aby opinia publiczna widziała zdumienie na twarzach liderów Platformy.

Tusk wykreował się na sfinksa wobec własnego zaplecza, aby w ten sposób wzmocnić swoją pozycję, aby jednoosobowy styl rządzenia uczynić jasnym dla wszystkich, ostentacyjnym zwyczajem. I dopiął swego. Nikt się dziś nie pyta, czy Tusk ma prawo pozbyć się Schetyny, a tylko czy zechce się go pozbyć. Jego prawo do każdej decyzji zostało zalegalizowane. Starannie celebrowany spektakl pełnej dominacji nad partią doprowadził do monarchizacji pozycji Tuska, przekonania Polaków, że Platforma to on.

Mechanika polityki

Cena za wzmocnienie liderów jest jednak wysoka. Scena polityczna stała się żałośnie uboga, zaludniają ją niemal wyłącznie drugo- i trzeciorzędne postaci. Donald Tusk jest pierwszym premierem, który mógł mieć znacznie lepszy rząd, ale świadomie tego nie chciał. Sejmowa reprezentacja Platformy to również nie jest dream team, ale z premedytacją komponowany festiwal ludzkich niedostatków. Posłowie PO przypominają elitę inteligenckiej partii mniej więcej tak, jak Tomczykiewicz przypomina Geremka. O jakości ludzkiego materiału w PiS nie ma sensu nawet wspominać.

Ciekawe jest to, że opinia publiczna akceptuje to postępowanie. Po latach niestabilnej polityki Polacy gardzą słabymi politykami i rozpadającymi się partiami. Znakiem epoki jest choćby dzisiejsza publicystyka: w latach 90. była ona natrętnie moralistyczna, dziś dyskusja publiczna jest zimna i techniczna. Jej standardem jest chłodne ujawnianie mechaniki politycznej gry. Jeśli Tusk usunie z partii Schetynę, analizować się będzie nie to, czy postąpił uczciwie, ale czy rozegrał sprawę zręcznie. Po latach egzaltowanej polityki cyniczny, ale za to skuteczny profesjonalizm wydaje się ewidentnym postępem. Zwłaszcza że ofiary tej praktyki nie budzą w nikim litości, działacze partyjni powszechnie postrzegani są jako ludzie stworzeni do noszenia liberii.

Jednak ta zimna, pozornie racjonalna logika gubi polityczną istotę problemu. Bo nie chodzi przecież o krzywdę, jaką liderzy wyrządzają partyjnym kolegom, ale o krzywdę, jaką wyrządzają sobie i prowadzonej przez siebie polityce. Przez to, że partie zostały zniszczone, woli Tuska i Kaczyńskiego nic już nie ogranicza, co sprawia, że ich działania stają się ekspresją osobistych namiętności i kaprysów. Niepilnowani przez partię, przez jej program, przez depczącego po piętach konkurenta, redukują się do tego, co w nich jest małe, do dziwactw, do lęków, urazów, obsesji, poczucia wielkości. A polska polityka staje się zakładnikiem tych prywatnych potrzeb i emocji.

Obaj politycy działają dzisiaj grubo poniżej swoich możliwości. A przecież pacyfikowali swoje partie po to, by te możliwości powiększyć. Gdzie tkwił błąd? Otóż nie zrozumieli, że bez oddechu partii na plecach nie będą mieli powodu, by z tych możliwości skorzystać.

Robert Krasowski – konserwatywny publicysta i wydawca, absolwent filozofii UW. Założyciel i naczelny „Dziennika”, współtwórca weekendowego dodatku „Europa”. Współzałożyciel warszawskiego Klubu Krytyki Politycznej i współwłaściciel Wydawnictwa Czerwone i Czarne.

 

Polityka 08.2011 (2795) z dnia 19.02.2011; Ogląd i pogląd; s. 23
Oryginalny tytuł tekstu: "Czas samotnych wodzów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Szamani i inni szatani. Polska religijność zabobonna

Magiczna, zabobonna religijność staje się coraz bardziej powszechna w polskim Kościele. A pandemia jeszcze nasiliła te tendencje.

Joanna Podgórska
21.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną