Kraj

Technikum Duchowlane

Kościół odpycha inteligentów

Dziś doskonale widać, że wydziały teologiczne przerodziły się w „technika duchowlane”, gdzie o żadnej wolności myśli nie ma mowy. Dziś doskonale widać, że wydziały teologiczne przerodziły się w „technika duchowlane”, gdzie o żadnej wolności myśli nie ma mowy. Mirosław Gryń / Polityka
Kościół w Polsce doprowadził do sytuacji, w której ludzie kultury, intelektualiści, mający metafizyczny słuch, skazani zostali na dramatyczny wybór: „albo Kościół, albo Bóg”.
Świątynie pustoszeją, ponieważ wierni z coraz większym trudem znoszą niechlujną liturgię.Design Pics/PantherMedia Świątynie pustoszeją, ponieważ wierni z coraz większym trudem znoszą niechlujną liturgię.
Jarosław Makowski (po lewej), teolog, filozof i publicysta, oraz Artur Madaliński, krytyk literacki, literaturoznawca i publicysta.AN, Krzysztof Żuczkowski/Forum Jarosław Makowski (po lewej), teolog, filozof i publicysta, oraz Artur Madaliński, krytyk literacki, literaturoznawca i publicysta.

Kościół zawsze przyciągał intelektualistów i artystów, a najszerszym pasem transmisyjnym tego obopólnego zainteresowania było przekonanie o, generalnie rzecz ujmując, metafizycznej naturze ludzkiej egzystencji, która w sposób naturalny ciąży ku Niewyrażalnemu. Jednym z najgorętszych orędowników twórców był Jan Paweł II. W słynnym „Liście do artystów” papież pisze m.in.: „Nikt nie potrafi zrozumieć lepiej niż wy, artyści, genialni twórcy piękna, czym był ów pathos, z jakim Bóg u świtu stworzenia przyglądał się dziełu swoich rąk”. Trudno o większą nobilitację twórców, niż wskazanie na ich niemal demiurgiczne przymioty.

Mentalny mur

Trudno też nie zauważyć, że Karolowi Wojtyle zależało na tym, by rodzima myśl nie bała się konfrontować z myślą zachodnich teologów i filozofów i czerpać z niej. Mimo że polskich intelektualistów katolickich przez dekady oddzielał od ich kolegów po fachu komunistyczny mur, co utrudniało żywy kontakt, nie brakowało postaci pokroju Hanny Malewskiej czy Jerzego Turowicza. Dziś jednak zdaje się ich dzielić mur znacznie grubszy – mentalny. Obie strony separuje przekonanie, że siła polskiego Kościoła nie leży po stronie myśli, ale po stronie kiczowatych bazylik à la Licheń i pomników-gigantów à la Świebodzin.

Nic dziwnego, żyjemy przecież w kraju, w którym prawicowa posłanka protestuje przeciwko uchwalaniu Roku Czesława Miłosza, przy okazji podając w wątpliwość katolicyzm pisarza. Nie było przy tym słychać – poza osamotnionym głosem abp. Józefa Życińskiego, który wyróżniał się pośród polskich hierarchów rozumieniem doniosłości kultury – wyraźnych protestów biskupów. Nie wspominając o tym, że głęboko metafizyczna twórczość Czesława Miłosza, twórczość, która stanowi wyjątkowy zapis teologicznych niepokojów człowieka XX w., jest w naszych kościołach kompletnie lekceważona. A przecież „Druga przestrzeń”, „Traktat teologiczny”, podobnie jak powieści Fiodora Dostojewskiego, powinny leżeć na polskich ambonach tuż obok Pisma Świętego.

Co więcej: dziś, choć byśmy nie wiadomo jak uważnie nadstawiali ucha, nie usłyszymy w kościołach słów aprobaty wobec artystów i intelektualistów. W kreślonych zapamiętale przez episkopat listach nie przeczytamy zachęty do wolności poszukiwań teologicznych, gdyż zazwyczaj są to teksty pozbawione jakiejkolwiek treści, których co bardziej rozsądni kapłani wstydzą się czytać podczas niedzielnej mszy. Jeśli biskupi już mówią o artystach i odwadze myślenia, to zazwyczaj w tonie oskarżycielskim, zaliczając intelektualistów do tzw. zgniłych liberałów, którzy nic innego nie robią, tylko niepotrzebnie mieszają ludziom w głowach. Wygląda to tak, jakby biskupi dali się uwieść retoryce prawicowych wirtuozów pióra, którzy swoją niemoc twórczą usprawiedliwiają pogardą wobec „salonu” czy „elit”.

Stało się więc coś niepokojącego – oto Kościół w ojczyźnie papieża poety, papieża filozofa i papieża intelektualisty przestał zabiegać o podtrzymywanie inspirującego dotąd obie strony dialogu. Hierarchowie uznali najwyraźniej, że ten wzajemnie stymulujący się dwugłos może być dla Kościoła nad Wisłą niebezpieczny. Zdają się żywić przekonanie, że naród, który zaczyna wojować także i myślą, musi niechybnie skończyć jako wspólnota zsekularyzowana i zeświecczona. Można zatem przypuszczać, że łączność z artystami i intelektualistami przestała być przez Kościół podtrzymywana, a tendencje separatystyczno-ksenofobiczne przybierają w nim na sile.

Zjawisko to ma także swój bardzo niekorzystny rewers – elita intelektualna, tworzona także przez wszelakiej maści artystów i intelektualistów, stanowczo się od Kościoła odcina. Dlaczego? Otóż dlatego, że nie chce mieć nic wspólnego z biskupami szastającymi na prawo i lewo ekskomuniką, absolutnie bezrefleksyjną wersją rodzimego katolicyzmu, a także obłąkańczą manią stawiania monstrualnych pomników, mających wyrażać niespotykaną podobno nigdzie indziej żarliwość wiary nadwiślańskiego ludu.

Biskupi na swoje usprawiedliwienie powtarzają, że chcą być blisko ludu. I słusznie, co podkreśla też filozof i dyrektor Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu Krzysztof Michalski. Tyle że bliskość Kościoła z ludem idzie tu w parze z niechęcią do tego, co rzekomo obce, z pogardą dla wszystkiego, co „niepolskie”, zbyt często wiąże się z niechęcią do wiedzy i kompetencji.

Walka o przeżycie

Antyintelektualna postawa polskich hierarchów już zbiera swoje żniwo. Doskonale widać to na przykładzie instytucji takich jak Kluby Inteligencji Katolickiej, które dziś mogą tylko wspominać czasy swojej świetności. Kiedyś były to miejsca, gdzie ludzie zbierali się, by dobitnie pokazać, że nie samym chlebem człowiek żyje, że choć komunizm mógł zabijać ciało, to nie był w stanie uśmiercić ducha. To nie koniec. Jeszcze kilkanaście lat temu nie do pomyślenia byłaby w Polsce jakakolwiek poważna debata społeczna czy kościelna bez udziału takich instytucji myśli jak „Znak”, „Więź” czy „Przegląd Powszechny”. Dziś doskonale się bez tych pism obchodzimy. Ba, przygniatająca większość wspólnoty katolickiej nie wie, co to za pisma. Prawdopodobnie nie mają o nich pojęcia nawet klerycy, bo teologii uczą się od serialowego ojca Mateusza.

A przecież każde z tych pism tworzyło ciekawe środowiska, gromadziło ludzi, którzy nie bali się pisać pod włos czy polemizować z uproszczonymi stanowiskami przedstawicieli Kościoła. Dziś każdy z tych miesięczników, co w kraju ponoć katolickim zakrawa na kpinę, walczy o przeżycie i jeśli się ich jeszcze nie zamyka, to chyba wyłącznie z szacunku dla żyjących założycieli albo znanych i zasłużonych redaktorów. Zdanie, że „ten Kościół nigdy nie wojował myślą”, nigdy nie było tak prawdziwe jak dziś.

Ożywczego ducha w kościelne kruchty miało przynieść wprowadzenie teologii na uniwersytety. Spotkanie jej z innymi naukami, przynajmniej w założeniu, miało doprowadzić do twórczego dialogu. Tak, przyznajemy: opowiadając się za powrotem teologii na uniwersytet, byliśmy naiwni jak dzieci. Dziś doskonale widać, że wydziały teologiczne przerodziły się w „technika duchowlane”, gdzie o żadnej wolności myśli nie ma mowy.

Potwierdza to choćby reportaż w „Tygodniku Powszechnym”, gdzie tuż przed zjazdem księża teologowie rozprawiali o nędzy polskiej myśli religijnej, ale... anonimowo. Dlaczego? Z obawy przed gniewem lokalnego biskupa. To dlatego wydziały teologiczne przerodziły się w miejsca, gdzie tzw. karierę naukową robią najczęściej duchowni, którzy – jak to w Polsce bywa – „tłuką doktoraty” na temat „teologii ciała” w myśli Jana Pawła II.

Symbolem poziomu nauczania na katolickiej uczelni już na zawsze pozostanie doktorat obroniony przez o. Tadeusza Rydzyka na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Szef Radia Maryja przedmiotem swojej dysertacji uczynił założoną i kierowaną przez siebie rozgłośnię. Można rzec: to, komu Uniwersytet daje doktorat, niewiele mówi o doktorze, za to niemal wszystko o Uniwersytecie.

W tej sytuacji nie dziwi pozycja świeckich na uniwersytetach katolickich. Osoba świecka, która marzy o zostaniu teologiem, to – po pierwsze – rzecz dla Kościoła niebezpieczna. Po drugie – kłopotliwa, bo jak tu później na chleb zarobić z tytułem doktora teologii w kraju, gdzie szkolne nauczanie religii zdominowali parafialni księża?

 

Żal, gdyż jeszcze kilkanaście lat temu Kościół potrafił tworzyć przestrzeń, w której toczyła się żywa dyskusja, był miejscem przyciągającym także ateuszy. W Kościele byli ludzie tacy, jak ks. Stanisław Musiał czy ks. Józef Tischner, którzy nie lękali się otwartych sporów i których teksty kształtowały szeroką opinię publiczną. Dziś polski Kościół nie dorobił się księży na ich miarę. Na palcach jednej ręki można policzyć duchownych, którzy nie krzywią się, gdy słyszą o inteligencji, którzy nie rzucają gromów, gdy pada słowo „postmodernizm”. Krzysztof Michalski zauważa, tu w sporze ze swym przyjacielem Tischnerem, że żywej religii nie da się sprowadzić tylko do rytmu dnia codziennego. Żywa religia jest także formą refleksji. Dlatego mówi: „bez refleksji życie religijne jest niemożliwe; dusi się bałwochwalstwem, narodowymi przesądami (gdy »naród« rozumiany jest jako dom bez okien), dusi się niewiedzą”.

Kościół potrzebuje sztuki

Jeszcze dobitniej rozejście się dróg Kościoła i twórców unaoczniają nam współcześni polscy pisarze. Rzecz o tyle niepokojąca, że literatura jest nie tylko sztuką interesującej fabulacji (choć jest nią przede wszystkim), ale bywa również papierkiem lakmusowym nastrojów społeczeństwa i jednocześnie dyskursem stanowiącym swego rodzaju motor napędowy kultury.

To właśnie pisarze w sposób najbardziej stanowczy wyrazili ostatnio sprzeciw wobec Kościoła instytucjonalnego w Polsce, Kościoła coraz bardziej hermetycznego, zaściankowego i opornego wobec rzeczywistości. Nowe książki Andrzeja Stasiuka („Dziennik pisany później”) i Wojciecha Kuczoka („Spiski”), a także wywiady z pisarzami przynoszą bowiem nie tylko radykalną krytykę „swojskiego polokatolicyzmu”, ale wprost formułują tezę o rozdziale instytucji od Transcendencji. To bodaj pierwsze tak mocne postawienie sprawy w najnowszej literaturze.

Lektura wydanych przed kilku laty książek (jakkolwiek od siebie różnych) – „Katonieli” Ewy Madeyskiej, „Ojciec odchodzi” Piotra Czerskiego, w pewnych pasmach także „Farciarza” Andrzeja Horubały czy nawet powieści Jana Grzegorczyka – dowodziła przede wszystkim zapędów demistyfikacyjnych. Oto pisarze ci zaglądali pod sukienkę kościelnych instytucji i odkrywali ich ciemną stronę – hipokryzję, ksenofobię, uwikłanie Kościoła hierarchicznego w politykę, nienawiść katolików do gejów i Żydów, bezkrytyczne uwielbienia dla „naszego” papieża itp.

Nie kwestionowali jednak opowieści dla chrześcijaństwa absolutnie podstawowej, opowieści, zgodnie z którą Kościół jest figurą Chrystusa i – jeśli pominąć ów piętnowany wymiar instytucjonalny – można w tym Kościele Boga doświadczyć. Tymczasem Stasiuk i Kuczok w sposób niezwykle zasadniczy poprowadzili granicę między Kościołem instytucją a bliskim człowiekowi Bogiem, między rodzimymi praktykami katolickimi a osobistym doświadczeniem wiary, między hałaśliwą narracją bogoojczyźnianą a skupioną refleksją.

„Czuję, że Bóg czuwa nad tym, żebym sobie nie zrobił krzywdy. I jestem mu za to wdzięczny, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że ten Bóg nie ma nic wspólnego z instytucją Kościoła” – powiada Wojciech Kuczok. I za chwilę dodaje: „Niestety, polski Kościół jest zaczadzony zapaszkiem polokatolicyzmu: hermetycznego, nieekumenicznego, nienawistnego, bezrefleksyjnego”. To wszystko jest dla Kuczoka nie do przyjęcia także w planie estetycznym.

Główny bohater „Spisków” odczuwał dyskomfort w świątyni wypełnionej kasłającymi, rozsiewającymi bakterie ludźmi, ze strachu przed wirusami nie moczył palców w święconej wodzie. Ten podkręcony literacko obrazek wskazuje jednak na ważny – właśnie estetyczny – problem polskiego Kościoła, którego świątynie pustoszeją, ponieważ wierni z coraz większym trudem znoszą niechlujną liturgię, bełkotliwe, wypowiadane niestarannym językiem homilie, kiczowate polichromie i kompletnie pozbawione sacrum konstrukcje architektoniczne.

W tym ostatnim punkcie Wojciech Kuczok spotyka się z Andrzejem Stasiukiem, który w „Dzienniku pisanym później” duszę i tajemnicę Polski odnajduje w licheńskiej bazylice. W fascynującym, natchnionym monologu – stanowiącym zamykający rozdział tej intensywnie publicystycznej narracji – autor dotyka genezy polskiej religijności. Odnajduje ją w pobożności de facto pogańskiej. Rodzimy katolicyzm tkwi gdzieś na przecięciu wypaczonej mariologii („kult maryjny jest odpowiedzią na metafizyczne potrzeby narodu” – dopowie Stasiuk w jednym z wywiadów), bezmyślnego uwielbienia dla papieża i „bazaru z Matkami Boskimi, Jezusami i Popiełuszkami”.

Tego typu zbiorowe myślenie nie ma nic wspólnego z Bogiem, którego zresztą Polacy kompletnie nie potrzebują – przekonuje Stasiuk. Problem tkwi jednak w tym, że tak zorganizowana wyobraźnia zbiorowa karmiona jest ciągle przez Kościół instytucjonalny. Wśród hierarchów nie widać jednak szczególnej troski o tych, którzy krytycznie analizują polski katolicyzm. Najpewniej papieskie zawołanie, że Kościół potrzebuje sztuki, pochodzące z cytowanego wyżej „Listu...”, zostało przez naszych biskupów zweryfikowane negatywnie.

Kościół w Polsce znalazł się w sytuacji, w której ludzie kultury mający metafizyczny słuch skazani zostali na dramatyczny wybór: „albo Kościół, albo Bóg”. Pocieszające tylko, że wciąż gotowi są oni szukać i wybierać Boga, podczas gdy Kościół – zamiast im to ułatwiać – skutecznie ich do tych poszukiwań zniechęca.

 

Jarosław Makowski jest teologiem, filozofem i publicystą, szefem związanego z PO Instytutu Obywatelskiego.

Artur Madaliński jest krytykiem literackim, literaturoznawcą i publicystą. Związany z Uniwersytetem Śląskim.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czy internet pomaga w zakochaniu się i utrzymaniu związku?

Czy sieć ułatwia ludziom miłość?

Aleksandra Żelazińska
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną