Pies czyli kot

Czarny palec
W pierwszą rocznicę tragedii smoleńskiej poseł PiS Adam Rogacki skoczył z barierki odgradzającej Pałac Prezydencki od Krakowskiego Przedmieścia i znalazł się na pałacowym podwórzu.

Skok wykonał podobno z okrzykiem „Uhuhu!”. Jego radosny nastrój nie był wyjątkiem. Inny poseł PiS Stanisław Pięta rozmawiał z jakąś panią i żartował, że przydałaby się stara pepesza, a wtedy szybko zaprowadzilibyśmy porządek. Żart został przyjęty życzliwie, a mnie przeszedł mróz po krzyżu, bo przypomniałem sobie łódzkie biuro PiS i tragiczną w nim strzelaninę. Okropna śmierć Barbary Blidy, do której domu weszli państwowi funkcjonariusze na polecenie prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, też mi się zawsze w takich chwilach przypomina. Ale to dygresja, wracam więc do sprawy.

Straż broniła Pałacu, bo taki ma obowiązek. Siedziba głowy państwa na całym świecie podlega szczególnej ochronie. A Uhuhu nie był jedyny. Skakali liczni, krzycząc, że są posłami. Z twarzy i zachowań to nie wynikało, więc byli legitymowani. Ot i wszystko. Następnego dnia poseł Rogacki skarżył się w Sejmie marszałkowi, że zostali potraktowani jak stadionowi kibole, a przecież przyszli uczcić pamięć. Szczerze powiem, że gdyby puścić te zdjęcia z komentarzem, że stadionowa łobuzeria forsuje barierki i wbiega na boisko, uwierzyłbym, że to właśnie oglądam. Panu posłowi Uhuhu zadam zaś jedno pytanie: a gdyby w tej gromadzie skaczących zaplątał się jakiś nieposeł, który niezatrzymany przez nikogo rzuciłby – ot, choćby stadionową świecą dymną – w jedno z okien Pałacu Prezydenckiego? Czy Uhuhu wie, jaki byłby krzyk, lament, oburzenie i wystąpienia z żądaniami? Ja już je słyszę: Pałac, w którym mieszkał i pracował największy z Polaków, został zbezczeszczony przez demonstracyjne zaniechanie ochrony obiektu. Konferencja za konferencją, a na nich Suski, Kurski, Brudziński, Hofman, Girzyński i mój faworyt Arkadiusz Mularczyk.

Właśnie przeczytałem tekst Anny Fotygi (ją też uważam za wyjątkowego polityka – to kobieta lwica, pisze, a jednocześnie ściera), w którym napisała, że informację o katastrofie smoleńskiej „minister Radosław Sikorski bez chwili wahania przekazał Jarosławowi Kaczyńskiemu. Jakiego trzeba tupetu, jakiej skóry hipopotama, żeby po wszystkich inwektywach pod adresem śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego zadzwonić do jego brata i przekazać mu najgorszą wiadomość, jaką w życiu otrzymał”. Anna Fotyga ma rację. Minister Sikorski powinien się dłuższą chwilę powahać – to po pierwsze. Powinien też poczuć, że skoro wypadek zdarzył się za granicą, to jego, ministra spraw zagranicznych, sprawa w ogóle nie dotyczy. Niechby najpierw złożył dymisję, prosząc o jej jak najszybsze przyjęcie, a potem... A zresztą mógłby nic nie robić. Wtedy dowiedzielibyśmy się, że ministra spraw zagranicznych w najważniejszej chwili dla Polski tchórz obleciał i nie miał odwagi zadzwonić, a było to jego obowiązkiem... itd., itp.

Od wielu miesięcy, jak mówi poeta, „ciągle mam czarny palec od pisania”. Od pisania wciąż o jednym, bo wyobrażam sobie rządy partii, która nie uznaje trzech czwartych społeczeństwa, rządu, premiera, sądów, prezydenta, a nawet chodnika na warszawskiej ulicy. W takim pisowskim rządzie Arkadiusz Mularczyk z pewnością byłby wicepremierem ds. mówienia „dzień dobry” wszystkim prawdziwym Polakom. A ponieważ tak się zachwycał tym, że Jarosław Kaczyński zna poezję, którą cytując upowszechnia, więc ja upowszechnię Mularczykowi Wyspiańskiego: „Domek mały, chata skąpa;/Polska, swoi, własne łzy,/własne trwogi, zbrodnie, sny,/własne brudy, podłość, kłam;/znam, zanadto dobrze znam”. Widzi pan, panie pośle, „Wesele” to wcale nie znaczy, że jest wesoło, a żałoba wcale nie znaczy, że musi być smutno. Można sobie pożartować o strzelaniu do współobywateli.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną