Kraj

Trzy polskie problemy numer 1

Polska potrzebuje nowego wielkiego projektu infrastrukturalnego, kiedy program autostradowy się skończy. Polska potrzebuje nowego wielkiego projektu infrastrukturalnego, kiedy program autostradowy się skończy. Kacper Kowalski / Forum
Wygrać było względnie łatwo. Rządzić będzie bardzo trudno.
Jeśli dzieci nie chodzą do przedszkola, to nie zdobywają umiejętności społecznych, zwiększających wydajność nauki i pracy, oraz mają niższą zdolność do adaptacji, która przy pierwszej pracy jest szczególnie ważna.Andrzej Sidor/Forum Jeśli dzieci nie chodzą do przedszkola, to nie zdobywają umiejętności społecznych, zwiększających wydajność nauki i pracy, oraz mają niższą zdolność do adaptacji, która przy pierwszej pracy jest szczególnie ważna.
Czeka nas poważna rozmowa o ubezpieczeniach społecznych. Każdy rząd przy nich majstruje, ale żaden nie wyjaśnił, czemu właściwie to służy.Wojciech Artyniew/Forum Czeka nas poważna rozmowa o ubezpieczeniach społecznych. Każdy rząd przy nich majstruje, ale żaden nie wyjaśnił, czemu właściwie to służy.

Nie chcę gderać. Ale droga, którą przez 20 lat szliśmy, skończyła się bezpowrotnie. Te wybory kończą etap modernizacji opartej na prostych rezerwach, taniej sile roboczej oraz eksploatowaniu wcześniej gromadzonych przez lata kapitałów społecznych (od demografii i wiedzy po cierpliwość i zaufanie), infrastrukturalnych (od dróg i kolei po budynki szpitalne i środowisko), finansowych (np. zdolności kredytowej państwa).

Cztery lata temu koniec pierwszego etapu zapowiedział minister Michał Boni. Opisał to hasłem „więcej Finlandii w Irlandii”. Znalazło to odbicie w raportach jego zespołu. Ale na politykę przełożenie miało nieduże. Udało się wprowadzić do politycznego języka kilka pojęć ponowoczesności – kapitał intelektualny, spójność, innowacyjność, cyfryzacja – ale niewiele z tego wynikło. Politykom, ekspertom, publicystom i urzędnikom słabo szła zmiana starych butów na nowe.

Podstawowe napięcie, przed którym po wyborach stanie nowa władza, polega więc na tym, że niemal wszystko się na świecie w ostatnich latach zmieniło (albo w niemal każdej istotnej dziedzinie ujawniła się zasadnicza zmiana), poza poglądami i oczekiwaniami znaczącej części polskich elit. W rezultacie mamy dziś w Polsce dwie potężne, ustrojone w „uwiędłych laurów liść”, dysfunkcjonalne elity polityczne. Elitę „niepodległościową” (PiS i dalej na prawo), której polityczna, społeczna i ekonomiczna świadomość utkwiła w dwudziestoleciu międzywojennym albo w PRL. Oraz elitę „transformacyjną”, której poglądy i postawy utkwiły w dwudziestoleciu pookrągłostołowym (czyli przedkryzysowym). Różnica polega na tym, że jedni wciąż rozgrywają wojnę 1920 r. oraz zamach majowy, a drudzy reformę 1990 r. oraz akcesję do Unii i NATO.

Sensowna polityka musi się teraz uporać z tymi dwoma betonowymi głazami, które blokując niezbędne reformy hamują dostosowanie Polski do nowej sytuacji i uniemożliwiają zapobieganie kryzysom ochrony zdrowia, ubezpieczeń społecznych, rynku pracy.

Przez cztery poprzednie lata Donald Tusk koncentrował się na walce z elitą „niepodległościową”, która wydawała się głównym konkurentem w wyścigu po rząd dusz i władzę. Dopóki była to jedyna istotna linia politycznego starcia, pozycja PO i Tuska była niezagrożona. Tradycjonalistyczni „niepodległościowcy” są w Polsce mniejszością i sami nie mają szans zdobyć władzy. Prawdziwe kłopoty zaczęły się, gdy zmiana w OFE wywołała tzw. rokosz ekonomistów, wsparty przez część „transformacyjnej” elity, zgromadzonej pod rzuconym przez Balcerowicza hasłem „zostawcie mój kapitalizm”. Sojusz „niepodległościowców” z „transformatorami” rozbił hegemonię Platformy i spowodował odłożenie reform na czas po wyborach.

Teraz czas reform nadchodzi, a sytuacja zbytnio się nie zmieniła. Na stole leżą odwieczne pomysły „transformatorów”, polegające głównie na ślepych cięciach, szokowych zmianach oraz anachronicznej wierze w samoregulację i uniwersalną wyższość jakichkolwiek rynkowych lub pararynkowych rozwiązań. Opinia publiczna zna tę mantrę na pamięć i częściowo w nią wierzy. Pierwszy rząd Tuska szczęśliwie się z niej wyzwolił. Ale przez cztery lata nie zdobył się na poważną rozmowę z opinią publiczną i na wyjaśnienie jej, jak zmieniła się nasza sytuacja i wiedza, zatem jak musi się zmienić polityka.

To milczenie można było zrozumieć, bo sensowną, merytoryczną i twórczą rozmowę z „niepodległościowcami” raczej trudno sobie wyobrazić. Bez względu na temat zawsze uciekną w banialuki – „kondominium”, „mordowanie dzieci”, „picie za państwowe”, „sztuczne mgły”, „białe flagi”, „trzęsące się portki”. Kto z tego obozu miał wolę zrozumienia i naprawiania świata, ten odszedł do PO (Sikorski, Kluzik) albo utonął z PJN.

Z PiS rozmawiać się nie da, co nie znaczy, że można wciąż unikać debaty, chowając się za groźbą, że cokolwiek rząd powie lub zrobi, zostanie przez PiS i jego medialne wypustki obrzucony błotem. Tak oczywiście będzie. Ale trzeba wreszcie przestać temu ulegać i zacząć poważnie rozmawiać. Jakby PiS nie było. Zwłaszcza zaś nie można już pozwolić narzucić sobie pisowskiego stylu – jak to się stało podczas debaty kryzysowej w Sejmie, która zamiast lekcją ekonomii dla obywateli, stała się gorszącą rozrywką dla motłochu.

Polska świadomość i polska polityka byłaby dziś w innym miejscu, gdyby przy podobnych okazjach ministrowie zdobywali się na takie przemówienia, jakie na temat kryzysu Jacek Rostowski wygłosił kilka tygodni później w Parlamencie Europejskim, I bylibyśmy w zupełnie innym miejscu, gdyby Donald Tusk od czasu do czasu zdobył się na wysiłek, by Polakom tak opisać jakiś kawałek świata, jak to na przykład zrobił prezydent Obama w kongresowej mowie o walce z bezrobociem, gdzie jasno deklarowane wartości nie tylko ugruntowane były w koncepcji ekonomicznej, ale też znajdowały odbicie w proponowanych działaniach.

Z „transformatorami” sytuacja jest inna. Jest wśród nich głośna grupa nieprzemakalnych, którzy każdą sensowną zmianę status quo mają za zamach na „mój kapitalizm”. Debaty o OFE, a nawet spory o „czempionów”, pokazały jednak, że sporą część „transformatorów” – podobnie jak większość społeczeństwa – można rzeczowymi argumentami przekonać. Przynajmniej częściowo. Tylko się trzeba postarać. Dzika mniejszość nie może wciąż paraliżować większości, która ma do podjęcia poważne decyzje wymagające publicznej debaty.

Jeśli chcemy uniknąć cywilizacyjnego dryfu, nowy rząd musi przecież zacząć realizować przynajmniej trzy duże programy, które wywołają furię tradycjonalistów i nieprzemakalnej części transformatorów, a do których trzeba będzie przekonać miliony obywateli.

1

Po pierwsze, trzeba zacząć poważnie i systemowo myśleć i rozmawiać o nowym pokoleniu. Od przedszkola po wejście na rynek pracy i pierwsze mieszkanie. Jest to jeden – mówiąc językiem Ziobry – ciąg technologiczny, silnie powiązany siecią współzależności. Ludzie nie mają dzieci, jeśli nie mają pracy i mieszkania. A jeśli mają dzieci i nie mają przedszkola, to nie mogą pracować albo gorzej pracują. Jeśli dzieci nie chodzą do przedszkola, to nie zdobywają umiejętności społecznych, zwiększających wydajność nauki i pracy, oraz mają niższą zdolność do adaptacji, która przy pierwszej pracy jest szczególnie ważna. Itd.

Większość z nas to rozumie. Podobnie jak to, że gdy te więzi się zerwą – jak teraz – to bardziej obrotna część młodego pokolenia poszuka sobie lepszego miejsca do życia, pracy i zakładania rodziny, o co w Europie nietrudno. Inwestujemy więc w wychowanie i kształcenie uzdolnionych ludzi, którzy potem pracują i płacą podatki gdzie indziej.

Cały ten ciąg trzeba przeformatować, zaczynając np. od pytania, dlaczego szkoła jest w Polsce bezpłatna (nawet gdy nie jest już obowiązkowa), a za przedszkole i żłobek się płaci? Albo dlaczego jedne studia są płatne, a inne bezpłatne? I czy przedszkola są po to, by rodzice mogli iść do pracy, czy chodzi o coś więcej?

 

Takich pytań jest bezlik. Odpowiedzi także. Można np. w ciągu kilku lat wprowadzić powszechne bezpłatne przedszkola i żłobki, finansując to z pieniędzy zaoszczędzonych dzięki likwidacji bezpłatnych studiów. To jednak wymaga stworzenia powszechnego systemu stypendialnego, uniezależniającego studentów od pomocy rodziców. System stypendialny mógłby się samofinansować (jak w Anglii), gdyby absolwenci płacili specjalny podatek po osiągnięciu pewnego poziomu zarobków. Okres przejściowy można by finansować częściowo w partnerstwie publiczno-prywatnym, a częściowo obligacjami uczelni mających ogromne majątki.

To by zmniejszyło obawę przed posiadaniem dzieci, wspomogło rynek pracy, wyrównało szanse, wsparło marnujące się dziś talenty i zracjonalizowało wydatki edukacyjne. Ale zanim jakiś rząd się za taki (albo inny) wielki projekt weźmie, trzeba mieć z grubsza wspólny pogląd na to, gdzie tu jest interes publiczny uzasadniający wydawanie publicznych pieniędzy, jaka jest rola państwa, co można zrobić komercyjnie, a czego się nie da lub nie warto, jakie zmiana będzie miała skutki dla całego ciągu budującego nowe pokolenie i dla innych sfer życia. Eksperci muszą nad tym popracować, rząd musi to społeczeństwu wyjaśnić, media muszą to przetrawić, opinia publiczna przyswoić i ocenić argumenty. Bez tego rozsądna władza się na tej skali operację nie porwie, bo by poległa w chaosie i hałasie.

Władza, która nie umie wywołać i prowadzić sensownej debaty, skazana jest na dziubdzianie albo strzały z biodra, które muszą się kończyć krwawym bojem lub fiaskiem. Jak OFE czy szkoła dla sześciolatków. Zaraz usłyszę, że taka debata nie obchodzi ludzi ani mediów. Nieprawda! OFE i sześciolatki temu przeczą. I jeszcze nie spróbowaliśmy zbudować mediów publicznych, które powinny taką debatę napędzić.

2

Druga wielka debata, która powinna się niebawem zacząć, dotyczy infrastruktury. Rząd, który powstanie, nie może już się uchylić od rozmowy o tym, co budować i właściwie dlaczego. Donald Tusk zapowiedział, że priorytetem następnej kadencji będzie kolej. Pomyślałem: nareszcie. Ale jaka kolej? Gdzie? Kiedy? Za ile? Jeśli superszybka – „igrek” Warszawa–Łódź–Wrocław–Poznań, pędząca 350 km na godz. – to po diabła budujemy te wszystkie lotniska w każdym wojewódzkim mieście? Jeśli szybka – 160 km na godz. – to gdzie? Jeśli wolna – codziennie dowożąca ludzi do szkoły i pracy – to jak to się ma do demografii i do rynku pracy? A autostrady, które za chwilę będą już prawie gotowe? Chciałbym, żeby mi ktoś wyjaśnił, pokazując rachunki, kto przy tych cenach będzie nimi jeździł?

I trzeba by odbyć rozmowę o nowych elektrowniach. Rząd zaskoczył decyzją o budowie elektrowni atomowej. Ale nie wiadomo, jak do tego doszedł. Jak przyjdzie co do czego, wybuchnie piekło. I może słusznie. A może niesłusznie. Nikt nas nawet nie próbował przekonać. Demokracja polegająca na tym, że wybieramy Tuska, bo jest „pewniejszy” niż PiS, a dostajemy elektrownię atomową z niejasnych dla ogółu powodów, nie ma wielkiej przyszłości.

Polska potrzebuje nowego wielkiego projektu infrastrukturalnego, kiedy program autostradowy się skończy. Każdy kraj, który chce się rozwijać, musi mieć takie programy. Ale trzeba twardo stać na ziemi. W 2013 r. kończy się unijny okres budżetowy. A 300 mld na następne lata jest dalece niepewne. Jak kryzys będzie się rozwijał, za rok czy dwa Niemcy mogą mieć dość finansowania innych. Trzeba rozmawiać o systemie podatkowym. Ktoś będzie musiał wziąć na siebie większe ciężary. To nie powinna być arbitralna decyzja rządu ani sejmowej większości. Bo reprezentuje zdecydowaną mniejszość społeczeństwa i w następnych wyborach może zostać zmieciona, jeżeli nie przekona niegłosującej tym razem większości.

3

Wreszcie czeka nas poważna rozmowa o ubezpieczeniach społecznych. Każdy rząd przy nich majstruje, ale żaden nie wyjaśnił, czemu właściwie to służy. Po co, zwykle wiadomo – żeby zaoszczędzić, usprawnić itp. Ale w imię czego? W drodze do jakiego optymalnego stanu? Nie tylko w Polsce koszty służby zdrowia rosną po 10 proc. rocznie. To bardzo szlachetnie. Albo nie. Zależy, czemu te pieniądze służą.

Prezydent Obama wyjaśnił Amerykanom, co chce na rynku pracy osiągnąć, dlaczego i jakim sposobem. Nasz premier, przynajmniej w najważniejszych sprawach, powinien traktować nas równie poważnie. Nie w exposé, gdzie jest wszystko, ale w poważnych rozmowach ze społeczeństwem, kiedy zbliża się czas podejmowania decyzji.

Można oczywiście zapytać, dlaczego akurat rząd, który teraz powstanie, ma tak zasadniczo zmienić polskie obyczaje. Przede wszystkim dlatego, że z końcem transformacji i wybuchem kryzysu skończył się czas podejmowanych w ciszy gabinetów decyzji oczywistych i pewności co do możliwych skutków. To jedno. Drugie to świadomość, że czekają nas ważne i kosztowne decyzje, a każda istotna decyzja, jaką ten rząd podejmie, będzie kontestowana przez „niepodległościowców” i „transformatorów” głośniej i mocniej niż kiedykolwiek dotąd.

Jeśli ten rząd nie zdoła przekonać obywateli, to albo będą oni masowo (jak rodzice sześciolatków) kontestowali i sabotowali jego politykę, więc z reform będą nici, albo potraktują go jak rząd Buzka i najdalej za cztery lata całą władzę oddadzą największej sile opozycji. Czego nikomu nie życzę.

Polityka 42.2011 (2829) z dnia 12.10.2011; Polityka; s. 17
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Szamani i inni szatani. Polska religijność zabobonna

Magiczna, zabobonna religijność staje się coraz bardziej powszechna w polskim Kościele. A pandemia jeszcze nasiliła te tendencje.

Joanna Podgórska
21.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną