Analiza: Opozycja nigdy nie była tak słaba

Z Tuskiem na lata
Tego jeszcze nie było: możemy mieć rząd praktycznie bez opozycji. Znalazła się w rozsypce i nie stanowi na razie realnej siły.
„Janusz Palikot natomiast na razie pewnie sam nie wie, na czele czego stoi i co ma zrobić ze swoim sukcesem”.
Bartłomiej Kudowicz/Forum

„Janusz Palikot natomiast na razie pewnie sam nie wie, na czele czego stoi i co ma zrobić ze swoim sukcesem”.

„Ta część opozycji, którą – w odróżnieniu od PiS jako opozycji antysystemowej – można nazwać od biedy rzeczową, będzie miała ewidentny kłopot z podjęciem dyskusji jak równy z równym z Platformą i rządem”.
Wojciech Artyniew/Forum

„Ta część opozycji, którą – w odróżnieniu od PiS jako opozycji antysystemowej – można nazwać od biedy rzeczową, będzie miała ewidentny kłopot z podjęciem dyskusji jak równy z równym z Platformą i rządem”.

„Teraz w skład opozycji (oprócz PiS) wchodzą ugrupowania, które chciałyby rządzić, gdyby tylko Tusk uchylił im drzwi”.
Wojciech Artyniew/Forum

„Teraz w skład opozycji (oprócz PiS) wchodzą ugrupowania, które chciałyby rządzić, gdyby tylko Tusk uchylił im drzwi”.

PiS – wciąż liczebnie najsilniejsza partia opozycyjna – wypisał się z systemu politycznego i trwale ulokował na zewnątrz. Odrzuca państwo w istniejącej postaci. Nie chce de facto władzy w takim państwie. Nie akceptuje reguł gry, według których nie może wygrać z „ludnością zamieszkującą tereny III RP”, jak napisał jeden z prawicowych publicystów. Ze strony zwolenników PiS słychać dzisiaj, że tylko wielki kryzys, iskra, pożar mogą dać zwycięstwo Kaczyńskiemu; że co prawda „skądinąd nie należy sobie tego życzyć”, ale skoro bez katastrofy nie może dojść do pożądanych przez to środowisko zmian w kraju, to w jakimś sensie ta zapaść jest wyczekiwana.

Trudno taką partię traktować jako demokratyczną alternatywę dla władzy. To wypisanie się z demokracji widać także w stosunku do frekwencji wyborczej. Teraz pojawiają się głosy, że zabrakło w wyborach „milczącej większości”, że gdyby więcej ludzi poszło do urn, to Kaczyński miałby większe szanse. Ale wcześniej przez całe miesiące trwały na prawicy modły o niską frekwencję, najlepiej w granicach 40 proc., bo PiS wtedy ma największe szanse.

Nawet po wyborach Adam Hofman, tłumacząc załamanie się notowań swojej partii w końcówce kampanii, stwierdził, że sztabowcy nie przewidzieli skutków profrekwencyjnych działań Platformy. Nie może mieć wartości opozycyjnej partia, która boi się udziału obywateli w wyborach, gdyż pokazuje to niezdolność do rozszerzenia elektoratu. A bez tego rozszerzenia nie da się w praktyce pokonać rządzącego ugrupowania, a więc tym samym skutecznie reprezentować swoich wyborców. Liczenie na niskie uczestnictwo w demokracji i na gospodarczą katastrofę pokazuje dystans, jaki dzieli PiS od roli porządnej opozycyjnej partii. Na razie to tylko duża atrapa.

Tak więc te arytmetyczne prawie 50 proc. poparcia, jakim dysponuje dzisiaj cała opozycja, trzeba podzielić według proporcji wyznaczonej osobnością i innością PiS, jako opozycji zasadniczej i fundamentalnej. I nie zmienia tego faktu zgłoszona ostatnio przez Kaczyńskiego propozycja zmian w regulaminie Sejmu, zmierzająca do szybszego kierowania projektów ustaw (w domyśle – opozycyjnych). A także czytań sejmowych, czy nadania klubom i kołom poselskim prawa do wprowadzenia do porządku obrad własnych punktów oraz zadawania pytań premierowi i ministrom przez kluby, które złożą oświadczenie o niepopieraniu rządu – zapewne po to, aby móc godzinami przesłuchiwać jego członków. To nie jest jednak kwestia regulaminu; przy ogólnym braku kompatybilności z systemem żadne usprawnienia nie pomogą. Nawet zwolennicy PiS coraz śmielej mówią, że partia z Jarosławem Kaczyńskim wyborów wygrać nie może, ale bez niego nie może istnieć. 30 proc. wyborców zostało więc zamkniętych w komórce, a Jarosław zabrał klucze.

Dla SLD okrutna jest natomiast wyborcza arytmetyka. Lider Sojuszu jeszcze nie tak dawno widział się w przyszłym rządzie, a klakierzy przepowiadali nawet, że będzie premierem. Dlatego też, przy przyjętym założeniu, że lewica zdobędzie więcej głosów niż jej kandydat w wyborach prezydenckich (wtedy prawie 14 proc.) – i ani PiS, ani PO nie będą w stanie rządzić samodzielnie, i jeszcze do tego, że Tuskowi nie wystarczy samo poparcie Pawlaka – snuto bajkowe, jak się okazało, scenariusze. Napieralski miał wybierać między PO i PiS, otwarty na każdy z wariantów i gotowy do przetargów. Na tym opierała się wręcz cała strategia Sojuszu. Partia ta zatem nie ma – jak się wydaje – sensownej koncepcji trwania w opozycji, nie ma instrumentarium ani zacięcia do kontestowania władzy, w której jeszcze niedawno miała nadzieję uczestniczyć i wciąż nie jest to w jakimś wariancie wykluczone.

Zwłaszcza że tuż obok w opozycji będzie sąsiadować z Ruchem Palikota, który odebrał Sojuszowi nie tylko część głosów, ale także przelicytował swoją wersją lewicowości i wolności obyczajowej, swoim hasłem państwa świeckiego. Ta naturalna konkurencyjność nie będzie sprzyjać współpracy, mimo że jest ona czasami prorokowana. W Sojuszu widać jednak wielką niechęć do Palikota, powodowaną pozbawieniem dotychczasowej lewicy wpływów, i tu będzie raczej wojna, chyba że w SLD powieją zupełnie inne wiatry i pojawią się nowe strategie.

SLD czeka zmiana przywództwa, od góry w dół, oraz jakaś zasadnicza renowacja programowa i odnalezienie w sobie energii, której brakowało. Na razie jest to partia nieczynna i opozycyjnie nieprzydatna.

Janusz Palikot natomiast na razie pewnie sam nie wie, na czele czego stoi i co ma zrobić ze swoim sukcesem, mimo że demonstruje dużą pewność siebie. Jeśli uda mu się zbudować teraz prawdziwą partię z aparatem, pokazać, że dość przypadkowo dobrana drużyna da sobie jakoś radę w Sejmie i nie zbłaźni się spektakularnie, to ma szansę. Inaczej wyjdzie z wielkiej polityki równie widowiskowo, jak do niej wszedł. I okaże się, że stworzył średniej wielkości polityczną firmę, która po wypromowaniu i nabraniu wartości jest na sprzedaż. Takie właśnie „dziesięcioprocentowce”, firmy z różnymi terminami trwałości, produkuje Piotr Tymochowicz, były doradca medialny Leppera, a teraz Palikota. Ruch Palikota to w istocie partia jednego tematu, bez większej możliwości podjęcia prawdziwej gry opozycyjnej na wielu polach.

Palikot, jak pokazał w kampanii wyborczej, dysponuje niejaką sprawnością, jednak jego pomysły i intuicje, jakoś wpadające w ucho, nie składają się na integralną całość, są często sobie przeciwstawne i najczęściej nierealistyczne. Niemniej można założyć, że lider Ruchu swojego imienia będzie wykazywał zrozumienie dla wielu rozwiązań proponowanych przez rząd, jeśli będzie miał do nich autentyczne przekonanie. Już to zapowiada. Zagadką jest jednak sam Ruch, czy raczej jego mandatariusze, w najlepszym wypadku dysponujący doświadczeniem w prowadzeniu małego biznesu; reszta nawet tego nie ma. Kogo tu desygnować do dyskusji o gospodarce państwa, jego polityce zagranicznej, o edukacji i szkolnictwie wyższym; lista nie ma końca.

W twardej walce parlamentarnej siła głosów RP będzie realnie mizerna, niechby nawet wzmocniona głosami SLD. A przecież obie formacje nie będą mogły walczyć tylko z PO i PSL; na drugiej flance będą miały zajadły PiS, który po swojemu nie będzie odpuszczał, a jeszcze do tego Palikota nienawidzi ontologicznie, z wzajemnością. Podziały i konflikty między ugrupowaniami opozycyjnymi będą zatem jeszcze głębsze niż te na styku opozycji i władzy. Już widać, jak PiS, nie mogąc dopaść Platformy, ustawia sobie Palikota jako głównego wroga w nowej kadencji. Te dwa tak ekstremalnie różne żywioły, sczepione ze sobą w śmiertelnej ideologicznej walce, staną się w tym samowystarczalne, a Platforma będzie się spokojnie przyglądać kolejnym tożsamościowym awanturom.

Ta część opozycji, którą – w odróżnieniu od PiS jako opozycji antysystemowej – można nazwać od biedy rzeczową, będzie miała ewidentny kłopot z podjęciem dyskusji jak równy z równym z Platformą i rządem. Już w kampanii wyborczej widać było, jaką przewagę wiedzy i doświadczenia, zdobytą w ciągu czterech lat rządzenia, mają nad konkurentami politycy PO i PSL. Najbardziej chyba spektakularne było rozjechanie przez ministra Rostowskiego przewodniczącego Napieralskiego, który siadł z nim do dyskusji o gospodarce. SLD nie dysponuje w tej chwili, w odróżnieniu od minionych czasów, żadnym zapleczem eksperckim, nie ma w swoim gronie silnych kandydatów do wysokich urzędów państwowych i resortowych, sprawdzonych fachowców, którzy dokądś odpłynęli i zanikli. Gdy przyjdzie w Sejmie do sporów o konkretne sprawy i rozwiązania, o treść ustaw, nie bardzo będzie kogo do nich wystawić, zwłaszcza że ekipa parlamentarna tak bardzo się skurczyła.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną