Kraj

Jak rządzić, wyborco?

Demokrata doskonały, czyli Tusk słucha ludu

Tusk zmaga się dziś nie z opozycją, ale ze społeczeństwem i z polskim ustrojem. Tusk zmaga się dziś nie z opozycją, ale ze społeczeństwem i z polskim ustrojem. Mirosław Gryń / Polityka
W wymiarze politycznym były to wybory bez znaczenia. Rządzić będzie ta sama koalicja, z tym samym programem, mając naprzeciw niemal tę samą opozycję. Jednak w wymiarze metapolitycznym to jedno z największych wydarzeń od 1989 r.
Żaden premier w historii III RP nie miał komfortu posiadania samodzielnej większości, wszyscy zmuszeni byli do tworzenia koalicji, których skłócone partie nie potrafiły utrzymać w jedności.Mirosław Gryń/Polityka Żaden premier w historii III RP nie miał komfortu posiadania samodzielnej większości, wszyscy zmuszeni byli do tworzenia koalicji, których skłócone partie nie potrafiły utrzymać w jedności.
Robert Krasowski, konserwatywny publicysta i wydawca, absolwent filozofii UW.Radek Pasterski/Fotorzepa Robert Krasowski, konserwatywny publicysta i wydawca, absolwent filozofii UW.

Przede wszystkim rozstrzygnięty został wielki problem polskiej polityki, który przez lata różnił obóz solidarnościowy od postkomunistycznego: czy możemy ścigać Zachód tygrysimi susami, czy jedynie drobnymi krokami? Ten spór ciągnął się od początku transformacji, od czasu planu Balcerowicza. I wygrał go polityk, który był kiedyś fanatycznym zwolennikiem szybkich reform, a dziś jest ich ortodoksyjnym wrogiem – Donald Tusk, czołowy dziś ideolog polityki drobnych kroków.

Przez ostatnie lata nieustannie słyszał, że jest nazbyt ostrożny, nazbyt asekurancki, że posuwa się zbyt wolno, że powinien przyspieszyć. Że ma świetne notowania w sondażach, że ma stabilną koalicję, że ma poparcie mediów. Jednak wynik wyborów pokazał, że racja była po stronie premiera. Platforma nie wygrała przez nokaut, zdobyła 10 proc. więcej niż opozycja. Wystarczyła zatem jedna niepopularna decyzja, jedna tak zwana bolesna reforma, kosztująca rząd kilka procent poparcia, i Tusk straciłby władzę.

Zwycięstwo Platformy jest wielkim sukcesem Tuska i dowodem jego osobistej zręczności. Ale jest także wielką porażką polskiego premiera, rozumianego jako instytucja, jako podmiot władzy. Oczywiście w powyborczych reakcjach wszyscy mówią o sukcesie, ale to jedynie opis naszych wyobrażeń na temat polskiego premiera. Przez 20 lat przywykliśmy do tego, że jest on postacią słabą, że wystarczy wyjechać na dłuższy urlop, by po powrocie zastać kolejny rząd. To, że Tusk będzie rządził drugą kadencję, czyni z niego niemal monarchę. Jednak zupełnie inny morał wyciągają z tego wydarzenia politycy. Po raz pierwszy obserwowali premiera, który z taką determinacją bronił własnej pozycji. Który podejmując każdą decyzję, myślał o tym, jak zostanie przyjęta, który nigdy nie grał ryzykownie, który dzień zaczynał od lektury sondaży. I mimo żelaznej konsekwencji i bezspornej zręczności wygrał bez szokującego zapasu. A przecież miał atuty, jakich nie mieli przed nim inni premierzy: miał lojalną partię, stabilną koalicję, a za przeciwnika postać mobilizującą własne szeregi. I mimo tak korzystnej sytuacji Tusk zdobył zaledwie 207 mandatów.

W kampanii wyborczej zapytano Tuska: „Jak żyć, panie premierze?”. Teraz Tusk mógłby zapytać: „Jak rządzić, wyborco?”. Przecież każdy polityk patrząc na jego wynik zna odpowiedź na pytanie, co by było, gdyby Tusk przeprowadził cięcia, do których namawiał go Balcerowicz. Tusk przegrałby w takim wypadku, i to nie z partiami, ale ze społeczeństwem.

Niewinny lud

W demokracji społeczeństwo jest świętością, o której nigdy się źle nie mówi. To politycy popełniają błędy, to politycy nie potrafią przekonać do swoich racji, natomiast lud z założenia jest niewinny. Oczywiście nie jest to prawda. Z punktu widzenia marzeń o dobrej polityce defekty społeczeństwa są równie głębokie co defekty samych polityków. Polskie społeczeństwo zaś pod tym względem nie jest lepsze od innych. W swoich politycznych ocenach jest kapryśne, niecierpliwe i niekompetentne. Deklaruje, że chce ambitnej polityki, by chwilę potem obalać wszystkich, którzy tę deklarację potraktowali poważnie. I tak było od samego początku, od 1989 r. Przegrana Mazowieckiego z Tymińskim, słabe wyniki wyborcze KLD czy Unii Demokratycznej, przejęcie władzy przez PSL-SLD w 1993 r., klęska AWS i Unii Wolności. W kolejnych wydarzeniach ujawniała się prawda na temat społeczeństwa: że nie rozumie ono idei reform, że nie akceptuje logiki wyrzeczeń, że nie ufa w przyszłe korzyści.

I przede wszystkim, jest programowo nieufne wobec władzy. Wierzy w jej każdą, nawet najbardziej absurdalną krytykę. Z tego punktu widzenia ostatnie wybory miały ciekawą logikę. Bo w nich Tusk bił się nie tyle z opozycją, ile właśnie z tym odruchem społeczeństwa. Odruchem karania władzy.

Wbrew pozorom to nie było kolejne starcie Tuska z Kaczyńskim. Po raz pierwszy w wyborach Jarosław Kaczyński był figurą nieważną. On jedynie skupił pod swoim berłem wszystkich niezadowolonych. Natomiast suwerennym graczem był Tusk. To on przez lata władzy, przez lata małych kroków, dozował poziom niechęci do siebie. I tak go wyliczył, aby wybory bezpiecznie wygrać.

Kiedyś Tusk powiedział, że nie ma z kim przegrać. Jeśli już, to z samym sobą. I taka właśnie była logika ostatnich wyborów. Po raz pierwszy aż tak wyraźnie Kaczyński został obsadzony w drugoplanowej roli. Jako ten, kto jest niewybieralny, kto depcze po piętach Tuskowi, nie będąc dla niego w zasadzie realnym zagrożeniem. I wygląda na to, że odtąd taka będzie jego rola. Że układ symbiotycznej nienawiści między dwoma prawicowymi partiami, który raz jedną, raz drugą wynosił do góry, zmienił swoją logikę. I teraz już nie jest symbiotyczny, ale kliencki. Tusk i Kaczyński udają w nim, że są równorzędnymi rywalami, jednak z tej gry czerpią nierównorzędne korzyści. Tuskowi ta gra daje władzę, Kaczyńskiemu zapewnia jedynie przywództwo w partii.

Warto ten moment dobrze zrozumieć. Przez lata Kaczyński był znacznie większym graczem, przy którym Tusk był zaledwie praktykantem. Kiedy Tusk liderował kanapowej partii, Kaczyński mianował i obalał kolejnych premierów. To podglądając Kaczyńskiego uczył się Tusk, jak kierować partią, to od niego kopiował wzór agresywnej opozycyjności. Jeszcze w 2005 r., idąc do wyborów Tusk „mówił Kaczyńskim”, powtarzając jego tezy o postkomunistycznym układzie. Jednak po 2005 r. role się odwróciły. Tusk dojrzał. I uwierzył w siebie. Obalił rząd Kaczyńskiego, ośmieszył prezydenturę jego brata, wystawił do wyborów prezydenckich polityka o dwie klasy słabszego od Kaczyńskiego, ale swoim poparciem zapewnił mu sukces. Dziś dokonuje się proces jeszcze bardziej upokarzający dla prezesa PiS. Powoli przestaje być rywalem Tuska, a staje się zaledwie narzędziem mobilizowania wyborców Platformy.

Zmagania z ustrojem

Co to oznacza? Że aby zrozumieć, co się wydarzyło w polskiej polityce, trzeba wyjść poza logikę zmagań Tuska z Kaczyńskim. Czas zobaczyć w premierze samodzielnego gracza, który prowadzi znacznie ciekawszą rozgrywkę. Przez ostatnie lata sprawdzał on, jakimi dysponuje możliwościami rządzenia. Sprawdzał siłę premiera, sprawdzał cierpliwość społeczną, sprawdzał możliwości ustabilizowania polskiej polityki. Sprawdzał, bo widział, że wszyscy jego poprzednicy padali jak muchy, że przeciętny żywot polskiego premiera był krótki. Dlatego Tusk po dojściu do władzy ogłosił politykę drobnych kroków. Politykę, za którą kryła się nieufność zarówno wobec siły, jaką premierowi wydzielił ustrój, jak też nieufność wobec cierpliwości i racjonalności społeczeństwa. I okazało się, że Tusk miał rację. Że jego minimalistyczny kurs stanowi najbardziej ambitny projekt, jaki może unieść polska polityka. Chyba że premier jest samobójcą, który po czterech latach jest gotów spektakularnie upaść.

Powtórzmy raz jeszcze. Tusk zmaga się dziś nie z opozycją, ale ze społeczeństwem i z polskim ustrojem.

Zacznijmy od społeczeństwa. Przez długi czas sądzono, że słabość reformatorów to efekt ich złej polityki informacyjnej. A zatem lud ich karze, bo nie rozumie, co oni robią. Wierzono, że wraz z upływem czasu nastanie polityczne oświecenie, że większość stanie się racjonalna i kompetentna. Jednak czas spojrzeć prawdzie w oczy: defekty społeczne są trwałe, a polityka musi je zaakceptować, musi nauczyć się z nimi żyć. Wystarczy spojrzeć na inne narody, choćby na Greków, którzy nawet w obliczu katastrofy nie potrafią się zachować racjonalnie, aby zrozumieć, że logika mas i logika kompetencji to dwa różne systemy myślowe.

 

Powyższa teza nie jest antydemokratyczna, ona jedynie wskazuje na problem, jaki rodzi każda demokracja: że największym wrogiem społeczeństwa bywa ono samo. I dlatego dobrze skonstruowana demokracja musi nie tylko chronić społeczeństwo przed władzą, lecz także władzę przed społeczeństwem. Różne są sposoby takiej ochrony, ale wszystkie one mają jeden cel – dać władzy stabilność. Nie siłę, nie nadmierne uprawnienia, ale prawo do dłuższego istnienia, pozwalające władcy nie tylko sformułować swoje cele, ale także je zrealizować. Ambitny demokratyczny przywódca nie musi być jętką jednodniówką, jak polscy premierzy. Systemy polityczne panujące w sprawnych demokracjach pozwoliły Kohlowi rządzić 16 lat, Thatcher – 11, Mitterrandowi – 14, Chiracowi – 12, Blairowi – 10, Clintonowi, Bushowi czy Reaganowi po 8 lat. I żaden z nich nie musiał być aż tak pasywny jak premier Tusk.

Czemu w Polsce jest inaczej, czemu historia III RP jest cmentarzyskiem słabych premierów? Tym razem wina jest po stronie polityków. Dla elit solidarnościowych władza była wrogiem, zaś społeczeństwo bogiem. To sprawiło, że władzę, gdzie tylko można, osłabiano i ograniczano. Na całym świecie władzę wykonawczą skupia się w jednym ręku, premiera lub prezydenta. W Polsce natomiast z obawy przed koncentracją władzy uczyniono z nich równorzędnych graczy. Jakby tego było mało, premierowi dano władzę, zaś prezydentowi weto, czyli prawo do paraliżowania premiera. W ten sposób zbudowano system wiecznego konfliktu. Tylko z powodu sporów na linii prezydent–premier władzę stracił Olszewski, Pawlak, Oleksy, Miller i Marcinkiewicz. Przez prezydenta skrępowane ręce mieli Bielecki, Suchocka i Tusk. To pokazuje skalę problemu. Większość polskich premierów spalała swoją energię na walce z prezydentem. Zmagali się nie z rzeczywistością, ale z wykreowanym przez konstytucję rywalem. Tracili punkty poparcia w bojach, których można było uniknąć.

Nad Wisłą stworzono taki system władzy wykonawczej, który może dobrze działać w jednym przypadku: gdy stanowisko premiera i prezydenta przypada braciom bliźniakom. I w istocie to był jedyny moment, kiedy premiera nie paraliżowały ustrojowe zasady.

Minimalizm premiera

Nawet dziś, gdy Tusk ma naprzeciw siebie dawnego partyjnego kolegę, nie może się czuć bezpiecznie. Bo logika prezydentury jest taka, że prezydent premierowi w niczym pomóc nie może. Natomiast jeśli w prezydencie zrodzi się polityczna ambicja, jedynym polem aktywności będzie dla niego konflikt z premierem. Sojusz Komorowskiego ze Schetyną jest tego najlepszym przykładem.

Również z niechęci do silnej władzy obowiązuje w Polsce niedobra ordynacja. Polski parlament ciągle jest zbyt rozdrobniony, żaden premier w historii III RP nie miał komfortu posiadania samodzielnej większości, wszyscy zmuszeni byli do tworzenia koalicji, których skłócone partie nie potrafiły utrzymać w jedności. W ten sposób odkrył swoją słabość Mazowiecki, Bielecki, Olszewski, Suchocka, Buzek, Miller, Belka, Kaczyński. Przez 22 lata stabilne koalicje mieliśmy tylko przez 8 lat – to była koalicja SLD-PSL, a potem PO-PSL.

Ojcowie założyciele polskiej demokracji przyjęli zbyt romantyczne założenia. Chcieli, aby w Sejmie reprezentowana była jak największa część społeczeństwa. Chcieli, aby potem te małe kluby stworzyły stabilną koalicję. Chcieli też, aby premier i prezydent zgodnie pracowali dla dobra kraju. Polskie reguły ustrojowe to zapis marzeń, a nie próba zapanowania nad realiami. Nad słabościami ludzkiej natury występującymi zarówno po stronie społeczeństwa, jak i polityków.

Rzadko wczuwamy się w rolę władcy. Ale gdybyśmy spróbowali popatrzeć na świat oczami premiera, zobaczylibyśmy, że ma on naprzeciw siebie marudne społeczeństwo, które chętniej niż o reformach słucha o sztucznej mgle. Ma prezydenta, który nie może mu w niczym pomóc, natomiast może mu zbudować frondę w partii. Ma Sejm, w którym jego partia nie ma większości. I ma koalicjanta, który gdy pogorszą się sondaże albo gdy przyjdzie kryzys, natychmiast go porzuci.

Tusk jest pierwszym premierem, który wyciągnął z tej sytuacji wnioski. I radykalnie ograniczył swoje polityczne ambicje. Powyborczy wywiad z Donaldem Tuskiem w POLITYCE pokazuje, że premier ma poczucie bezalternatywności prowadzonej przez siebie polityki. I formułuje tę myśl w sposób trudny do odparcia. Bo trudno o bardziej demokratyczną deklarację niż ta, że skoro społeczeństwo nie chce reform, to nie będzie ich miało.

Coraz wyraźniej widać, że polityczny minimalizm na trwałe zakorzenia się w polskiej polityce. Bo nie jest wyborem, nie jest stylem działania, ale koniecznością narzuconą przez panujące reguły gry. Gdyby Kaczyński doszedł do władzy, prawdopodobnie zachowałby się podobnie. Zmieniłby tylko sztandary. Pozorną modernizację Tuska zastąpiłby pozorny patriotyzm Kaczyńskiego. Iluzję rozwoju zastąpiłaby iluzja wstawania z kolan przed Niemcami i Rosją. Przekazy dnia byłyby inne, ale logika działania pozostałaby ta sama.

 

Robert Krasowski, konserwatywny publicysta i wydawca, absolwent filozofii UW. Założyciel i naczelny „Dziennika”, współtwórca weekendowego dodatku „Europa”. Współzałożyciel warszawskiego Klubu Krytyki Politycznej i współwłaściciel Wydawnictwa Czerwone i Czarne.

Polityka 43.2011 (2830) z dnia 19.10.2011; Ogląd i pogląd; s. 25
Oryginalny tytuł tekstu: "Jak rządzić, wyborco?"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Szamani i inni szatani. Polska religijność zabobonna

Magiczna, zabobonna religijność staje się coraz bardziej powszechna w polskim Kościele. A pandemia jeszcze nasiliła te tendencje.

Joanna Podgórska
21.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną