Unii Polityki Realnej - życie po życiu

Kadry spod muszki
Konserwatywna Unia Polityki Realnej, założona przez Janusza Korwin-Mikkego, od lat była kadrowym zapleczem największych polskich partii. W niej samej żaden z działaczy nie wytrzymał zbyt długo.
Janusz Korwin - Mikke, założyciel Unii Polityki Realnej, kuźni kadr polskiej polityki.
Tomasz Barański/Reporter

Janusz Korwin - Mikke, założyciel Unii Polityki Realnej, kuźni kadr polskiej polityki.

UPR czasy świetności ma dawno za sobą. Za to wielu jej byłych działaczy robi kariery, tyle, że w innych partiach.
Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

UPR czasy świetności ma dawno za sobą. Za to wielu jej byłych działaczy robi kariery, tyle, że w innych partiach.

Szczytem potęgi był dla UPR rok 1991, gdy partia jedyny raz weszła do Sejmu. Później jej działacze pojawiali się na Wiejskiej tylko podczas manifestacji.
Bruno Fidrych/Agencja Gazeta

Szczytem potęgi był dla UPR rok 1991, gdy partia jedyny raz weszła do Sejmu. Później jej działacze pojawiali się na Wiejskiej tylko podczas manifestacji.

Bartosz Sokoliński miał 15 lat, gdy usłyszał Prawdę. Prawda ma prawie dwa metry, chodzi w muszce i zna odpowiedź na wszystkie bolączki ludzkości. – Bardzo mi się podobało, że jest ktoś taki, kto w prosty sposób może rozwiązać wszystkie nasze problemy – opowiada Bartosz. – Zna się na lotach w kosmos, konserwacji angielskiego trawnika, tajnym życiu Kościoła katolickiego i denominacji złotówki. Dla młodego człowieka to ważne, by kogoś takiego spotkać na swojej drodze.

Dlatego, gdy tylko skończył 18 lat, stanął murem za Januszem Korwin-Mikkem i zapisał się do jedynej partii broniącej zasad, honoru i zdrowego rozsądku. Okres był gorący, bo właśnie trwał wewnętrzny przewrót. Młodzi, ale ciut starsi od Bartosza, próbowali wyrzucić z partii jej założyciela alfę i omegę, od którego wszystko się zaczęło. – Byłem wśród tych, którzy bronili prezesa przed uzurpatorami, zanim sam stałem się uzurpatorem – mówi.

Bartosz dość szybko piął się po szczeblach partyjnej kariery. Jeszcze przed trzydziestką został radnym w Michałowicach, był jednym z niewielu samorządowców UPR w Polsce. Po tym ogromnym sukcesie nawet liczył na wsparcie centrali, ale się przeliczył. – Chodzi o ideę, a nie o ludzi – wyjaśnił mu wtedy wiceprzewodniczący partii Stanisław Michalkiewicz.

A idea jest prosta: UPR jest po to, by odgonić od koryta polityków i wprowadzić ustrój prawdziwej, neoliberalnej sprawiedliwości społecznej.

– Niestety, wcześniej czy później następuje konflikt – opowiada Sokoliński. – Żeby wprowadzić ten program w życie, trzeba najpierw zostać politykiem, a jak się nim już zostanie, to trzeba by się zlikwidować.

Społeczeństwo zawiodło

Historia UPR składa się głównie z rozstań, walk frakcyjnych i rozłamów. Partia korzeniami sięga końca lat 80. W listopadzie 1987 r. 16 osób powołało Ruch Polityki Realnej, by propagować zasady wolnego rynku i idei konserwatywnej. Założyciele dość szybko się rozpierzchli. Jednym z pierwszych, który odszedł, był Stefan Kisielewski, bo nie godził się na przekształcenie partii w stowarzyszenie UPR. Później napisał o liderze UPR: „Troszeczkę fantasta, robi wrażenie pomylonego, ale swoje osiąga i realizuje. Szalenie pracowity”.

Janusz Korwin-Mikke od dziesiątków lat uznawany jest za skandalistę i ekscentryka, który bezskutecznie próbuje zbudować ultraliberalną utopię. Już podczas strajków w 1980 r. stoczniowcy ze Szczecina nie wpuścili go na teren zakładu, uznając jego poglądy za niebezpieczne. Wtedy był radykalnym przeciwnikiem wszystkich związków zawodowych i chciał ostrzec strajkujących przez powoływaniem Solidarności.

W wolnej Polsce jego poglądy jeszcze się wyostrzyły. Od 1989 r. zwalczał wszystkie kolejne rządy zarzucając im lewicowość. Sam chciał budować ultraliberalny raj, dla którego punktem odniesienia byłby XIX-wieczny kapitalizm amerykański. Mikke chciałby obniżyć podatki, zlikwidować wszelkie zasiłki, związki zawodowe, przywileje pracownicze, a starych ludzi powinny utrzymywać wyłącznie dzieci. Jego śmiertelnym wrogiem od lat jest Unia Europejska, czyli „faszyści z Brukseli”, którzy połączyli 27 więzień we wspólny GUŁAG. Praktycznie wszystkim siłom politycznym zarzuca socjalizm. Mikke nie szczędzi inwektyw swoim przeciwnikom. Chwali Hitlera, gani Kwaśniewskiego, i często podkreśla, że nie widzi między nimi różnicy. Nauczyciele dla niego to „zdesperowany motłoch”, konkurencyjne partie to „banda czworga”, a Partia Kobiet to „ekshibicjonistki”. Kolejne, coraz bardziej radykalne wypowiedzi zapewniają mu jednak rozgłos, a brukowce biją się o jego felietony.

Andrzej Machalski i Andrzej Zawiślak też długo z Korwinem nie wytrzymali, przechodząc wkrótce do tworzącego się właśnie Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Robert Smoktunowicz wylądował w końcu w PO, a Ryszard Czarnecki w ZChN, zanim zaczął swą wieloetapową podróż po kolejnych partiach, cumując na razie w PiS.

Swój największy sukces Korwin-Mikke odniósł 20 lat temu, wprowadzając do Sejmu aż trzech posłów. A jedyne, z czego koło UPR zostało zapamiętane w Sejmie, to projekt ustawy lustracyjnej, którą w maju 1992 r. zaproponował Mikke. Dwa lata później na UPR, która liczyła wówczas 3 tys. członków, zagłosowało blisko pół miliona wyborców. To był historyczny szczyt poparcia. Za mało jednak, by przekroczyć 5-proc. próg wyborczy. Wtedy jeszcze wydawało się, że UPR może wypełnić brakujące miejsce po Kongresie Liberalno-Demokratycznym i wystarczy trochę wysiłku, by wślizgnąć się do parlamentu.

Od tamtej pory Korwin-Mikke bezskutecznie próbuje wrócić do polityki wszystkimi możliwymi sposobami. Właśnie przygotowuje się do swojej 20 już porażki, która nastąpi w 2014 r. – Przy każdych kolejnych wyborach prezes powtarzał, że ma bardzo wiarygodne badania dotyczące dwucyfrowego poparcia dla nas – opowiada Bartosz Sokoliński. Młodzi działacze dopytywali, dlaczego nikt o nich nie wie.

– To zrozumiałe – odpowiadał prezes. – Jestem dla nich tak groźny, że muszą milczeć na ten temat.

W 1995 r. rysował podwładnym świetlane perspektywy, obiecując zwycięstwo w wyborach prezydenckich. Zaznaczył jednak, że na pełną realizację programu trzeba będzie poczekać dwa lata, gdy po kolejnych wyborach UPR przejmie władzę w kraju.

– Niestety, społeczeństwo zawiodło i dało nam tylko 3 proc. poparcia – mówi Sokoliński.

Fazy rozwoju

Życie każdego upeerowca składa się z trzech cykli: umiłowania, reformowania i zwątpienia.

Miłość przychodzi nagle, po przeczytaniu książki, artykułu lub po spotkaniu z Mistrzem.

Julia Pitera, do niedawna minister w rządzie Donalda Tuska, przyszła do UPR w połowie lat 90. – Bo dla nas, samorządowców, było to bardzo interesujące środowisko – mówi. – Tam rodziły się pomysły na bon oświatowy, budżet zadaniowy, finansowanie pomocy społecznej poprzez organizacje pozarządowe.

Przed wyborami samorządowymi 1994 r. upeerowcy poprosili Julię Piterę, by pomogła zorganizować listy na warszawskim Mokotowie. – Zrobiliśmy rewelacyjny wynik i wydawało się, że to początek wielkich sukcesów.

Swojej szansy w UPR szukali też inni ministrowie rządu Tuska – Cezary Grabarczyk (w 1990 r. zaczynał karierę od szefowania UPR w Łodzi) i Paweł Graś (był szeregowym członkiem w Krakowie). – Mikke dawał nam wszystkim proste rozwiązania niezwykle skomplikowanych problemów – mówi Sokoliński.

Głównym lekarstwem na większość bolączek społecznych okazywała się prywatyzacja. Protestowali górnicy? Prezes mówił, że jedynym rozwiązaniem jest prywatyzacja kopalń. Narzekali pacjenci? Doradzał prywatyzację szpitali.

Jedynie wzrost przestępczości proponował ograniczać karą śmierci.

Arkadiusz Klimowicz, burmistrz Darłowa, obecny działacz Platformy i były szef regionalnego UPR, towarzyszył Korwin-Mikkemu w prezydenckiej kampanii 1995 r., jeżdżąc z nim po upadłych pegeerach. – Miał niezwykłą niechęć do jakichkolwiek działań PR – mówi Klimowicz. – Nawet jeśli mówił rzeczy słuszne, to w formie nieakceptowanej przez wyborców. Bo jak pozyskać człowieka z popegeerowskiej wsi, gdy mu się mówi, że jest darmozjadem, któremu po zwycięstwie UPR prezes odbierze zasiłek dla bezrobotnych.

W takich momentach każdy upeerowiec z fazy bezwzględnego umiłowania przechodzi w fazę reformowania. Zauważa, że przy minimalnej korekcie programu i usprawnieniu komunikacji z wyborcami partia mogłaby odnosić sukcesy.

– Tylko niezwykle trudno przekonać do tego prezesa – przyznaje Sylwester Pruś, który z ramienia UPR pełnił funkcję wiceprezydenta Gdańska. W 1994 r. w lokalnych wyborach uzyskali 11-proc. poparcie. Pruś, zanim trafił do Platformy Obywatelskiej, przez wiele lat próbował przekonać prezesa, że współpracując z innymi partiami można zrealizować wiele postulatów UPR. Obowiązywał jednak partyjny dogmat: „Nie zrobimy nic, dopóki nie będziemy mieli szansy zrealizowania całego naszego programu”.

– Okazało się, że program traktowany jest jak Biblia, w której nie można zmienić ani przecinka – opowiada Klimowicz. – Na każdą propozycję korekty ultraliberałowie odpowiadali: nie oddamy nawet guzika. Okazało się, że słowo kompromis nie występuje w słowniku konserwatywnych liberałów.

Klimowicz: – Ja chciałem uprawiać realną politykę, a w UPR było to nierealne.

Faza zwątpienia zwykle poprzedza ucieczkę.

Tomasz Tomczykiewicz, były szef parlamentarnego klubu PO, przyznaje, że będąc burmistrzem Pszczyny próbował nawet realizować program UPR, ale nie było to łatwe. „Żeby znaleźć dla siebie miejsce, trzeba szukać jakiejś innej organizacji” – tłumaczył dziennikarzom „Najwyższego CZASU!”.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną