Kraj

Bramkarz premiera

Tajemniczy współpracownik Donalda Tuska. Kim jest?

Łukasz Broniewski przy Donaldzie Tusku jest od pięciu lat. Łukasz Broniewski przy Donaldzie Tusku jest od pięciu lat. Grzegorz Rogiński/CIR / materiały prasowe
Mówią, że bez niego premier nie mógłby funkcjonować, choć niewielu o nim słyszało. Łukasz Broniewski, szef gabinetu politycznego Donalda Tuska, to człowiek głębokiego cienia.
Obecny szef gabinetu premiera zwykle pozostaje w cieniu swego szefa.Tomasz Gzell/PAP Obecny szef gabinetu premiera zwykle pozostaje w cieniu swego szefa.
Broniewski ma 32 lata, z wykształcenia jest politologiem.Grzegorz Rogiński/CIR/materiały prasowe Broniewski ma 32 lata, z wykształcenia jest politologiem.

Kiedy Platforma wygrała wybory w 2007 r., bliski wówczas premierowi Sławomir Nowak wysłał esemesa. Zawierał jedno tylko pytanie: „Czy zdecydujesz się popracować z premierem w Warszawie?”. Odbiorca, Łukasz Broniewski (rocznik 1980), więcej nie potrzebował. Pozamykał swoje sprawy w rodzinnym Gdańsku i zameldował się w Kancelarii Premiera.

Najpierw na wizytówkach miał napisane „asystent Prezesa Rady Ministrów”, potem doradca, główny doradca i wreszcie – od niespełna dwóch miesięcy – szef gabinetu politycznego. Podobno miał już dość poprzedniej funkcji i po ostatniej kadencji chciał wracać do Gdańska. Tusk miał jednak inne plany wobec swego współpracownika. Zaproponował mu wakujące od dwóch lat (po Sławomirze Nowaku) stanowisko szefa swego gabinetu politycznego. Broniewski z ciasnego pokoju doradcy przeprowadził się więc do własnego gabinetu z sekretarską obsługą.

Z Gdańskiem jest związany od urodzenia, jego ojciec pracował w historycznej stoczni. Zanim trafił na szczyty władzy, przeszedł drogę charakterystyczną dla wielu młodych ludzi zafascynowanych polityką. Jako student politologii Uniwersytetu Gdańskiego działał w Młodych Demokratach, młodzieżówce Unii Wolności. W 2001 r. przeskoczył do PO.

Tusk zauważył Broniewskiego, gdy ten w latach 2003–05 kierował pomorskim biurem Platformy. Wtedy PO nie brała pieniędzy z budżetu, więc rąk do pracy nie było wiele, a roboty nie brakowało. Pracowity student wspinał się po szczeblach partyjnej hierarchii (kierował między innymi kampanią wyborczą PO na Pomorzu przed wyborami 2005 r.). Dziś z narzeczoną i półrocznym synkiem mieszkają w Warszawie. I nic nie wskazuje na to, by szybko opuścili stolicę.

Dyskretny nieznany

W przeciwieństwie do wielu rówieśników – ministerialnych doradców i asystentów – polityka nie jest jego pierwszą pracą. Broniewski przez dwa lata kierował projektem popularnych wśród studentów kart zniżkowo-ubezpieczeniowych EURO 26. Nigdy nie wystartował w żadnych wyborach, choć propozycji miał wiele. – On trochę inaczej niż inni młodzi z partii buduje swoją pozycję, ale robi to świadomie. Gdy nadchodził czas decyzji, czy startujemy, on mówił, że jeszcze nie teraz. Wolał skupić się na konkretnej pracy, dlatego pewnie jest dziś tak blisko premiera – mówi Michał Owczarczak, wicewojewoda pomorski, przyjaciel Broniewskiego i ojciec chrzestny jego syna.

Mimo znacznego jak na swój wiek stażu politycznego, jest mało znany w rodzinnym mieście, nawet wśród lokalnych polityków. Gdańscy radni PiS pytani o Broniewskiego nie są w stanie nic na jego temat powiedzieć. – Myślę, że zaimponował premierowi dobrym wychowaniem, lojalnością i przede wszystkim wielką dyskrecją – mówi Edyta Mydłowska-Krawcewicz, szefowa departamentu prasowego w Ministerstwie Kultury. O to, by w swoim najbliższym otoczeniu mieć tych, którzy grają na szefa rządu, a nie na siebie, Tusk wyjątkowo mocno zadbał już w poprzedniej kadencji. Broniewski idealnie wpisuje się w oczekiwania szefa – z dziennikarzami rozmawia niechętnie, do telewizji nie chodzi, na zdjęciach zwykle widać go za plecami premiera.

– Różnica między nim a Sławomirem Nowakiem polega na tym, że tego ostatniego wszędzie było widać, najwięcej w mediach, a o Łukaszu Broniewskim trudno cokolwiek powiedzieć – mówi wicemarszałek Sejmu Eugeniusz Grzeszczak (PSL), który jako łącznik z parlamentem spędził w Kancelarii Premiera ostatnie cztery lata.

Dyskrecja w wykonaniu Broniewskiego jest na tyle posunięta, że obejmuje wszystko, co wiąże się z życiem prywatnym. Znajomi Broniewskiego nigdy nie widzieli go z narzeczoną na jakiejkolwiek partyjnej imprezie.

Pukając do drzwi

Nowy szef gabinetu premiera, tak jak Igor Ostachowicz, główny piarowiec Tuska, nie pokazuje się w mediach, nie pisze na Twitterze, ukrywa swój profil na Facebooku. Ale obaj towarzyszą premierowi niemal na każdym kroku. Podobno szef gabinetu politycznego ma na swoim koncie blisko pół tysiąca szczęśliwych startów i lądowań u boku Tuska.

Broniewski zaczyna pracę zazwyczaj o 8.30, kończy późnym popołudniem, choć zdarzało się, że wychodził w okolicach trzeciej nad ranem. Dostaje za to pensję w wysokości około 9 tys. zł miesięcznie, co jak na dość stresującą pracę niezbyt imponuje.

Osoby znające sytuację w Kancelarii przy Alejach Ujazdowskich pytane o Łukasza Broniewskiego mówią, że przede wszystkim dba o komfort pracy premiera. Pilnuje kalendarza i tego, by spotkania szefa nie przeciągały się. – Ma niewdzięczną rolę pukania do drzwi i uprzejmego kończenia spotkań – opowiada osoba z Kancelarii. W zakresie obowiązków ma też zapisaną współpracę z departamentem spraw zagranicznych, co w praktyce oznacza tyle, że gdy premier jedzie za granicę, szef gabinetu musi zatroszczyć się o to, by wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Podobno premier bardzo go lubi i jest między nimi dobra chemia, ale nie mówią do siebie po imieniu. Zdarza się, że Tusk za jego pośrednictwem łączy się z prezydentem Komorowskim. Czasem odbiera też telefony od Małgorzaty Tusk, gdy ta nie może dodzwonić się do męża. Dba o ważne organizacyjne sprawy, ale też o detale, o które łatwo się potknąć.

Pod koniec 2007 r., gdy premier jechał na granicę polsko-czesko-niemiecką, by świętować z premierami tych krajów wejście Polski do strefy Schengen, Broniewski poczęstował go gumą do żucia. Zapomniał jednak przypilnować, by premier pozbył się jej przed wyjściem z samochodu. Tusk potem dwoił się i troił, by nikt nie zauważył, co ma w ustach podczas oficjalnego przemówienia i wspólnych historycznych zdjęć.

Broniewski jest pierwszym szefem gabinetu politycznego premiera, który pełni na tym stanowisku funkcje organizacyjne i techniczne. Jego poprzednicy mieli silniejszą pozycję w partyjnych układach. Wielu z nich było czynnymi politykami, większość – posłami chętnie udzielającymi się publicznie.

Pierwszym w historii szefem gabinetu politycznego premiera został Andrzej Barcikowski, późniejszy szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w latach 2002–05. Nie tylko w jego przypadku ta posada okazała się doskonałą trampoliną do kariery. Późniejszy premier Kazimierz Marcinkiewicz objął fotel szefa gabinetu politycznego u boku Jerzego Buzka. Jego nominacja budziła kontrowersje – był wówczas posłem wchodzącego w skład AWS Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Znaczącymi graczami na politycznej scenie byli również szefowie gabinetu Leszka Millera, czyli Lech Nikolski oraz Aleksandra Jakubowska. Oboje pełniąc funkcje u boku szefa rządu byli równocześnie posłami.

Innym znanym politykiem na tym stanowisku był poseł PiS Adam Lipiński, urzędujący w Kancelarii Premiera za czasów Jarosława Kaczyńskiego. Lipiński zasłynął wówczas prowadzeniem potajemnych negocjacji z Renatą Beger z Samoobrony, które sfilmowane ukrytą kamerą przeszły do historii jako afera taśmowa.

Z kolei bezpośredni poprzednik Broniewskiego, czyli obecny minister transportu i poseł Sławomir Nowak, który szefem gabinetu został po wygranych przez Platformę wyborach w 2007 r., jako jedyny z tej grupy, został zdymisjonowany po wybuchu afery hazardowej. Premierowi nie przypadły do gustu słabość Nowaka do medialnych występów i umacnianie własnej pozycji politycznej. W przypadku Broniewskiego Tusk może być pewny, że bez jego zgody, a nawet zdecydowanej zachęty nie zrobi nawet pół kroku do samodzielnej politycznej kariery.

Likwidować czy zostawić

Łukasz Broniewski jest dopiero siódmym szefem gabinetu politycznego premiera. Zaczęły one powstawać w 1997 r., za rządu Włodzimierza Cimoszewicza, który zreformował tak zwane centrum administracyjno-gospodarcze Rady Ministrów. Szybko jednak zamiast ekspertów gabinety polityczne zaczęli obsadzać ludzie władzy nagradzani w ten sposób za lojalność. Coraz częściej więc dało się słyszeć głosy, że mocno upolitycznione gabinety powinny zostać zlikwidowane.

Najgłośniej domagały się tego w poprzedniej kadencji PiS oraz PSL. Ludowcy chcieli w ten sposób odpowiedzieć koalicyjnej PO na jej pomysł ograniczenia finansowania partii politycznych. Ale ponieważ w Platformie nie widać było wielu entuzjastów tego pomysłu, upadł on równie szybko, jak się narodził. Politycy PO mówili zresztą bez ogródek, że jeśli nawet taki projekt by przeszedł, to ludzie z gabinetów politycznych zostaliby przeniesieni na inne stanowiska w ministerstwach.

W sumie trudno się temu dziwić. Stanowiska w gabinetach politycznych to bardzo wygodne i nieźle płatne posady. Według danych przedstawionych w kwietniu 2010 r. przez szefa Kancelarii Premiera Tomasza Arabskiego, w odpowiedzi na interpelację posłów PiS, w 2009 r. członkowie gabinetu politycznego Donalda Tuska zarobili ponad 860 tys. zł. Rok wcześniej – 814 tys. Oznacza to, że w 2009 r. ich średnia pensja wyniosła ponad 10 tys. zł, zaś w 2008 r. – 9,6 tys. zł.

Grono doradców obecnego premiera i tak nie jest liczne – obecnie liczy zaledwie cztery osoby, trzy mniej niż na początku poprzedniej kadencji. Dla porównania, gabinet premiera Belki obsadzało 20 urzędników, 15 wspomagało Kazimierza Marcinkiewicza, zaś 13 Jarosława Kaczyńskiego.

Oprócz Broniewskiego w gabinecie politycznym Donalda Tuska pracują Wojciech Duda, Grzegorz Fortuna i Paweł Machcewicz. Pierwsi dwaj to dawni znajomi premiera jeszcze z czasów gdańskich. Pracują nad jego przemówieniami, mają również decydujący głos w sprawach związanych z polityką historyczną. Z kolei Paweł Machcewicz zajmuje się głównie organizowaniem gdańskiego Muzeum II Wojny Światowej, które ma być otwarte w 2014 r. i w Alejach Ujazdowskich pojawia się sporadycznie.

Broniewskiego z premierem łączy jeszcze jedno – pasja piłkarska. Radny z Gdańska Piotr Skiba, kolega Broniewskiego z drużyny Młodych Demokratów, pamięta, że ten zawsze chciał stać na bramce. Broniewskiemu udało się spełnić sportowe ambicje dopiero w drużynie Tuska – w kancelaryjnej jedenastce nie ma konkurencji. Broni raczej pewnie, rzadko puszcza gole, więc można zakładać, że bliska współpraca z premierem, wygrywającym kolejne mecze i wybory, będzie dobrą rekomendacją, jeśli zechce już rozpocząć solową karierę.

Polityka 02.2011 (2841) z dnia 11.01.2012; Polityka; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Bramkarz premiera"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Nauczycieli trzeba będzie dowozić z domów spokojnej starości

Czas najwyższy powiedzieć, że jednakowe pensum dla katechety i polonisty to zbrodnia. Minister Czarnek usilnie pracuje nad tym, aby w szkole nie chciał pracować nikt – z wyjątkiem katechetów.

Dariusz Chętkowski
24.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną