Nowe porządki w MSW

Minister wyrywa umywalkę
Ruchy kadrowe, jakich dokonuje nowy minister spraw wewnętrznych Jacek Cichocki, to – jak chcą jedni – wymiatanie ludzi Schetyny albo – jak uważa sam minister – dowód nowego myślenia o tym potężnym ministerstwie.
Minister spraw wewnętrznych Jacek Cichocki.
Tadeusz Późniak/Polityka

Minister spraw wewnętrznych Jacek Cichocki.

Gmach MSW od strony ulicy Rakowieckiej.
Grzegorz Press/Polityka

Gmach MSW od strony ulicy Rakowieckiej.

Nowi wiceministrowie spraw wewnętrznych: (od lewej) Roman Dmowski i Michał Deskur, minister Jacek Cichocki i odchodzący z MSW Adam Rapacki.
Witold Rozbicki/Polityka

Nowi wiceministrowie spraw wewnętrznych: (od lewej) Roman Dmowski i Michał Deskur, minister Jacek Cichocki i odchodzący z MSW Adam Rapacki.

Jak na polskie obyczaje, zmiany dokonały się elegancko: ulubieniec mediów, określany jako „legenda polskiej policji”, gen. Adam Rapacki odszedł obsypany komplementami, sam też ministra komplementował. Nowi wiceministrowie o znanych nazwiskach – Michał Deskur oraz Roman Dmowski – zostali zarekomendowani na stanowiska jako fachowcy potrzebni akurat na tym etapie zmian i przebudowy resortu. Z wyprzedzeniem zapowiedziano zmianę na stanowisku komendanta głównego policji.

Było kulturalnie, ale minister nie uniknął oczywiście podejrzeń, że jest kolejnym, który dokonuje „deschetynizacji”, bo przecież zarówno Adam Rapacki, jak i komendant policji Andrzej Matejuk byli powoływani przez byłego wicepremiera i szefa MSWiA Grzegorza Schetynę. Cichocki realizowałby zatem plan premiera: upokarzania, a może i dobijania dawnego kolegi i rywala. Taka to już uroda domniemań towarzyszących wszelkim zmianom personalnym.

Ważniejsze jednak jest to, że Jacek Cichocki (rocznik 1971) powraca do koncepcji jeszcze z czasów Tadeusza Mazowieckiego, czyli powierzenia cywilom kontroli nad służbami mundurowymi. Przy całym szacunku dla osiągnięć gen. Rapackiego, był on jednak i jest nadal człowiekiem policji, w niej zrobił zawodową karierę i w sposób naturalny musi się z nią utożsamiać. Tu skóry nie zmienia się łatwo; tymczasem MSW musi zmienić skórę.

Dotychczas stanowisko ministra spraw wewnętrznych – resortu nazywanego siłowym, służyło nie tylko indywidualnym karierom, ale także politycznym rozgrywkom, i między innymi pod wpływem bieżących wydarzeń politycznych reorganizowano je kilka razy i to w sposób wyjątkowo chaotyczny. Na przykład po tzw. sprawie Olina Urząd Ochrony Państwa wyjęto z MSW i podporządkowano premierowi, co szefom rządu miało dać gwarancje, że służby nie będą grały przeciwko nim.

Jak się to sprawdziło w praktyce, mógł się przekonać Donald Tusk, gdy podległe mu CBA próbowało zmienić jego rząd przy okazji tzw. afery hazardowej, a premier, podejrzewany o przeciek, musiał stawać przed komisją śledczą. Gdyby między nim a służbą był bufor w postaci ministra, do takich sytuacji by dojść nie mogło. Potem służbami znów manipulowano, dzieląc Urząd Ochrony Państwa, powołując CBA (kolejna służba podległa szefowi rządu, pomyślana jako polityczne ramię jednej partii) czy bezsensownie rozwiązując WSI, jakoby siedlisko patologii, czego żadne śledztwo nie potwierdziło. Sam nowy minister mówi, że resort spraw wewnętrznych trzeba wymyślić od nowa. I ma rację.

Jacek Cichocki należy do wąskiego grona zaufanych współpracowników premiera. Ta nominacja była wyjątkowo spektakularnym złamaniem zasady, że na czele MSW, wielkiego resortu, któremu podlega 160-tys. armia mundurowych, staje polityk, i to największego kalibru.

Dość przypomnieć poprzedników Cichockiego. Krzysztofa Kozłowskiego, który był wprawdzie dziennikarzem, ale po przełomie 1989 r. trzeba było odwagi i charakteru, a także niebanalnej osobowości, by zacząć cały proces przekształceń aparatu represji dawnego reżimu. A także Andrzeja Milczanowskiego, cieszącego się takim respektem w służbach, jak chyba żaden z jego następców. Dla Leszka Millera praktycznie stworzono w 1996 r. nowe ministerstwo, dorzucając do dawnego MSW administrację, aby jego władztwo było większe, adekwatne do partyjnej pozycji politycznej. Przez ten resort przeszli tak ważni politycy SLD, jak Krzysztof Janik, Zbigniew Siemiątkowski czy Ryszard Kalisz. Także Ludwik Dorn, wówczas „trzeci bliźniak” i najbardziej zaufany współpracownik Jarosława Kaczyńskiego, nie miał żadnych wątpliwości, że właśnie z pozycji ministra będzie skutecznie budował IV RP. Że wreszcie służby zdekomunizuje i zdeesbekizuje czyniąc je „prawdziwymi” służbami nowej Polski.

Grzegorz Schetyna, gdy zostawał szefem MSWiA, był drugą osobą w partii i najbliższym współpracownikiem premiera. To był resort na miarę jego politycznych ambicji i dość głośno było o tym, że swą nominację sam ogłosił, zanim premier podjął ostateczną decyzję.Nawet poprzednik Cichockiego, Jerzy Miller, niemający politycznego zacięcia, miał jednak bardzo duże doświadczenie w pracy w administracji; to jemu powierzono szefowanie komisji badającej katastrofę smoleńską.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną