Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Kraj

Minister wyrywa umywalkę

Nowe porządki w MSW

Minister spraw wewnętrznych Jacek Cichocki. Minister spraw wewnętrznych Jacek Cichocki. Tadeusz Późniak / Polityka
Ruchy kadrowe, jakich dokonuje nowy minister spraw wewnętrznych Jacek Cichocki, to – jak chcą jedni – wymiatanie ludzi Schetyny albo – jak uważa sam minister – dowód nowego myślenia o tym potężnym ministerstwie.
Gmach MSW od strony ulicy Rakowieckiej.Grzegorz Press/Polityka Gmach MSW od strony ulicy Rakowieckiej.
Nowi wiceministrowie spraw wewnętrznych: (od lewej) Roman Dmowski i Michał Deskur, minister Jacek Cichocki i odchodzący z MSW Adam Rapacki.Witold Rozbicki/Polityka Nowi wiceministrowie spraw wewnętrznych: (od lewej) Roman Dmowski i Michał Deskur, minister Jacek Cichocki i odchodzący z MSW Adam Rapacki.

Jak na polskie obyczaje, zmiany dokonały się elegancko: ulubieniec mediów, określany jako „legenda polskiej policji”, gen. Adam Rapacki odszedł obsypany komplementami, sam też ministra komplementował. Nowi wiceministrowie o znanych nazwiskach – Michał Deskur oraz Roman Dmowski – zostali zarekomendowani na stanowiska jako fachowcy potrzebni akurat na tym etapie zmian i przebudowy resortu. Z wyprzedzeniem zapowiedziano zmianę na stanowisku komendanta głównego policji.

Było kulturalnie, ale minister nie uniknął oczywiście podejrzeń, że jest kolejnym, który dokonuje „deschetynizacji”, bo przecież zarówno Adam Rapacki, jak i komendant policji Andrzej Matejuk byli powoływani przez byłego wicepremiera i szefa MSWiA Grzegorza Schetynę. Cichocki realizowałby zatem plan premiera: upokarzania, a może i dobijania dawnego kolegi i rywala. Taka to już uroda domniemań towarzyszących wszelkim zmianom personalnym.

Ważniejsze jednak jest to, że Jacek Cichocki (rocznik 1971) powraca do koncepcji jeszcze z czasów Tadeusza Mazowieckiego, czyli powierzenia cywilom kontroli nad służbami mundurowymi. Przy całym szacunku dla osiągnięć gen. Rapackiego, był on jednak i jest nadal człowiekiem policji, w niej zrobił zawodową karierę i w sposób naturalny musi się z nią utożsamiać. Tu skóry nie zmienia się łatwo; tymczasem MSW musi zmienić skórę.

Dotychczas stanowisko ministra spraw wewnętrznych – resortu nazywanego siłowym, służyło nie tylko indywidualnym karierom, ale także politycznym rozgrywkom, i między innymi pod wpływem bieżących wydarzeń politycznych reorganizowano je kilka razy i to w sposób wyjątkowo chaotyczny. Na przykład po tzw. sprawie Olina Urząd Ochrony Państwa wyjęto z MSW i podporządkowano premierowi, co szefom rządu miało dać gwarancje, że służby nie będą grały przeciwko nim.

Jak się to sprawdziło w praktyce, mógł się przekonać Donald Tusk, gdy podległe mu CBA próbowało zmienić jego rząd przy okazji tzw. afery hazardowej, a premier, podejrzewany o przeciek, musiał stawać przed komisją śledczą. Gdyby między nim a służbą był bufor w postaci ministra, do takich sytuacji by dojść nie mogło. Potem służbami znów manipulowano, dzieląc Urząd Ochrony Państwa, powołując CBA (kolejna służba podległa szefowi rządu, pomyślana jako polityczne ramię jednej partii) czy bezsensownie rozwiązując WSI, jakoby siedlisko patologii, czego żadne śledztwo nie potwierdziło. Sam nowy minister mówi, że resort spraw wewnętrznych trzeba wymyślić od nowa. I ma rację.

Jacek Cichocki należy do wąskiego grona zaufanych współpracowników premiera. Ta nominacja była wyjątkowo spektakularnym złamaniem zasady, że na czele MSW, wielkiego resortu, któremu podlega 160-tys. armia mundurowych, staje polityk, i to największego kalibru.

Dość przypomnieć poprzedników Cichockiego. Krzysztofa Kozłowskiego, który był wprawdzie dziennikarzem, ale po przełomie 1989 r. trzeba było odwagi i charakteru, a także niebanalnej osobowości, by zacząć cały proces przekształceń aparatu represji dawnego reżimu. A także Andrzeja Milczanowskiego, cieszącego się takim respektem w służbach, jak chyba żaden z jego następców. Dla Leszka Millera praktycznie stworzono w 1996 r. nowe ministerstwo, dorzucając do dawnego MSW administrację, aby jego władztwo było większe, adekwatne do partyjnej pozycji politycznej. Przez ten resort przeszli tak ważni politycy SLD, jak Krzysztof Janik, Zbigniew Siemiątkowski czy Ryszard Kalisz. Także Ludwik Dorn, wówczas „trzeci bliźniak” i najbardziej zaufany współpracownik Jarosława Kaczyńskiego, nie miał żadnych wątpliwości, że właśnie z pozycji ministra będzie skutecznie budował IV RP. Że wreszcie służby zdekomunizuje i zdeesbekizuje czyniąc je „prawdziwymi” służbami nowej Polski.

Grzegorz Schetyna, gdy zostawał szefem MSWiA, był drugą osobą w partii i najbliższym współpracownikiem premiera. To był resort na miarę jego politycznych ambicji i dość głośno było o tym, że swą nominację sam ogłosił, zanim premier podjął ostateczną decyzję.Nawet poprzednik Cichockiego, Jerzy Miller, niemający politycznego zacięcia, miał jednak bardzo duże doświadczenie w pracy w administracji; to jemu powierzono szefowanie komisji badającej katastrofę smoleńską.

Cichocki w polityce ogólnokrajowej, a raczej na jej zapleczu, gdyż funkcja sekretarza kolegium ds. służb specjalnych do pierwszoplanowych nie należy, pojawił się prawie cztery lata temu, kiedy Paweł Graś zrezygnował z nadzoru nad służbami. Wcześniej był szefem Ośrodka Studiów Wschodnich, o którym często się mówi, że to udane dziecko dawnego Urzędu Ochrony Państwa, trudno więc uznać, że ze służbami specjalnymi nie miał wcześniej nic wspólnego. Pojawił się podobno z poręki Bartłomieja Sienkiewicza (pierwszy zaciąg do nowego MSW po 1989 r.), ale obaj panowie na ten temat dyskretnie milczą. Znakomite opinie wystawiali mu wszyscy politycy od prawa do lewa: błyskotliwy i rzetelny analityk, niezwykle rozważny, niepoddający się emocjom, do bólu dyskretny, lojalny, unikający medialnego rozgłosu. Dziś dodaje się także: pierwszy, który nie uległ owej magii, jaką potrafią roztoczyć służby specjalne, owijając sobie wokół palca wielu polityków, łasych na szeptane „wyjątkowe” informacje, i unikając w ten sposób porządnego rozliczenia z wykonywanych zadań.

Faktem jest, że w czasie, kiedy Cichocki w imieniu premiera nadzorował służby specjalne, ustały przecieki, nie było afer, odbywały się kampanie wyborcze, w których służby nie brały czynnego udziału, co wcześniej było prawie regułą. Jeszcze tylko Mariusz Kamiński jako szef CBA z pisowskiego zaciągu próbował politycznych gier, ale po jego odejściu służby specjalne przestały zajmować sobą opinię publiczną.

Teraz Cichocki dostał zadanie o wiele poważniejsze, a właściwie dwa: zorganizowanie nowego resortu spraw wewnętrznych, co nie oznacza prostego odtworzenia dawnego MSW, oraz nadzór nad wszystkimi służbami specjalnymi i przesądzenie o ich przyszłym usytuowaniu i zadaniach.

„Car wszystkich służb”, „Najpotężniejszy minister”, „Od 20 lat nikt nie miał takich kompetencji” – takie tytuły pojawiły się w mediach po ukazaniu się rozporządzania premiera z 24 listopada, noszącego znamienny tytuł „W sprawie szczegółowego zakresu działania Jacka Cichockiego – ministra spraw wewnętrznych w zakresie koordynacji służb specjalnych”. Zwrócono uwagę na to, że w rozporządzeniu pojawiło się nazwisko ministra, a więc „uhonorowany” został przez premiera w sposób szczególny, co bardzo wzmacnia jego pozycję, czyniąc go właściwie podwójnym ministrem – od spraw wewnętrznych i wszystkich służb specjalnych, w tym także wojskowych. Zauważono też, że w rozporządzeniu ustalono bardzo szerokie kompetencje ministra, łącznie z dostępem do praktycznie wszystkich informacji.

Sam Cichocki o swej pozycji mówi krótko: nie mam żadnych powiązań politycznych, żaden polityk nie ma na mnie wpływu, moja siła wynika z zaufania premiera. Zresztą wszyscy obecni wiceministrowie są wyjątkowo mało polityczni. Sekretarz stanu i pierwszy zastępca ministra Piotr Stachańczyk należy do najlepszych i najbardziej doświadczonych urzędników państwowych, z MSW związany jest w różny sposób od początku lat 90. Dwaj nowi wiceministrowie, Roman Dmowski oraz Michał Deskur, są współpracownikami Cichockiego w Kancelarii Premiera, dobrze wykształconymi urzędnikami bez żadnej politycznej przeszłości.

Nowy komendant główny policji Marek Działoszyński to także policjant, który przeszedł wszystkie szczeble, od komendanta posterunku aż do komendanta wojewódzkiego. Pracując w Komendzie Głównej zajmował się kontrolą wewnętrzną, co wprawdzie wśród kolegów nie przysparza przyjaciół, ale może być bardzo pomocne właśnie wtedy, kiedy trzeba się przyjrzeć, jak funkcjonuje i wydaje pieniądze ta ponad 100-tys. formacja mundurowa, stanowiąca swoisty worek bez dna. Nie tylko ze względu na realne potrzeby, ale także ze względu na scentralizowaną, zbiurokratyzowaną strukturę, której nigdy nie udało się rozbić, i będące jej pochodną marnotrawstwo.

Nowe MSW to wciąż bardzo potężny kawał państwa, oprócz służb mundurowych ministrowi podlegają bowiem wszystkie rejestry państwowe, wymagające szczególnych zabezpieczeń: PESEL, dowody osobiste, paszporty, ewidencja pojazdów. Wprowadzenie nowego systemu PESEL i dowodu osobistego trzeba było odłożyć, gdyż nie udało się rozstrzygnąć przetargów. Także reforma służb mundurowych nie jest zakończona; zmian wymaga Straż Graniczna, dziś buntująca się, że nie dostaje takich samych 300-złotowych podwyżek jak policja. Tymczasem po wejściu do strefy Schengen jej zadania zasadniczo się zmieniły: dziś nie trzeba chronić zachodniej czy południowej granicy tak intensywnie, trzeba natomiast zająć się sprawą np. imigrantów, cudzoziemców. Jednak w latach ubiegłych – pod naciskiem wojewódzkich politycznych lobbies, broniących miejsc pracy na swoim terenie – Straż Graniczną przebudowano pobieżnie, nie wyznaczając jej konkretnych zadań.

Nie bardzo wiadomo, w jakim kształcie ma się ostać CBA, które w gruncie rzeczy jest służbą kontrolną. Dlaczego ABW ma podlegać premierowi, a nie ministrowi, jak kiedyś UOP? Dlaczego ma mieć uprawnienia śledcze, skoro jest niezależna prokuratura i Centralne Biuro Śledcze? Czy ABW nie powinna być po prostu służbą informacyjną, podobnie jak wywiad czy służby wojskowe? Gdzie i w jakiej formule ma działać wywiad cywilny? To są wszystko pytania stawiane od lat. Przez lata były przedmiotem wielu dyskusji i najczęściej bardzo połowicznych, dyktowanych bieżącą polityką decyzji lub zaniechań. Uwolnienie MSW od całego pionu administracji, która zawsze w tym umundurowanym resorcie była piątym kołem u wozu, stwarza szansę, by wreszcie cały ten ważny segment, odpowiedzialny w ogromnym stopniu za bezpieczeństwo obywateli i państwa, uporządkować, czyli właśnie wymyślić na nowo Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. I to mogą zrobić tylko cywile, mundurowi zawsze będą bowiem bronić swoich pozycji. Nie jest to zresztą tylko polska przypadłość.

Minister Jacek Cichocki nie ukrywa, że na razie dwa cele są najważniejsze – bezpieczeństwo podczas Euro 2012 oraz zmiana systemu emerytalnego. Jacek Cichocki poruszał się dotychczas w świecie służb specjalnych, gdzie nie ma związków zawodowych, teraz wchodzi w zupełnie inny krąg, przede wszystkim policji z silnymi organizacjami pracowniczymi. Już ma zapowiedzi protestów. Jeśli będzie chciał porządkować resort, musi się przyjrzeć dodatkowym uprawnieniom i przywilejom wszystkich służb, zderzy się także z interesami różnych służb specjalnych, które nie chcą rezygnować z żadnych uprawnień. Przeciwnie, wszystkie chcą nowych, bo wszystkie chcą być jak James Bond – strzelać, gonić, śledzić, podsłuchiwać. Jakie szanse ma tu cywil z krwi i kości, otoczony gronem podobnych do siebie cywilów?

Jeden z najstarszych stażem urzędników dawnego MSW, po konferencji prasowej, na której Jacek Cichocki przedstawiał część swojej nowej ekipy, skomentował: oni trochę przypominają nas z początku lat 90., są młodzi, pełni zapału, nie widzą jeszcze politycznych ograniczeń. Zabrzmiało to może nieco sentymentalnie, ale jako charakterystyka wydaje się trafne. Tym bardziej że dzień wcześniej minister Cichocki powiedział mi: w „Locie nad kukułczym gniazdem” jest scena, w której grający główną rolę Jack Nicholson próbuje wyrwać wielką umywalkę, by wybić nią okno do wolności. Nie udaje mu się i wówczas, patrząc na stojącego obok potężnego Indianina, mówi: przynajmniej próbowałem. Myślę, że to ważne zdanie: przynajmniej próbowałem...

Nowi wiceministrowie

Michał Deskur (ur. w 1973 r.) – absolwent krakowskiej Akademii Ekonomicznej oraz francuskiej École Supérieure de Commerce w Clermont-Ferrand. W latach 1997–2000 pracował w firmie audytorskiej Deloitte&Touche w Paryżu oraz Warszawie, potem w firmie doradczej CTN Polska, której był założycielem. Dotychczas był członkiem gabinetu politycznego szefa MSW Jacka Cichockiego, z którym zresztą zna się prywatnie – obaj działają w Klubie Inteligencji Katolickiej. Zastąpił na stanowisku podsekretarza stanu, odpowiedzialnego za nadzór nad służbami mundurowymi, Adama Rapackiego. Bratanek kardynała Andrzeja Marii Deskura.

Roman Dmowski (ur. 1969 r.) – absolwent telekomunikacji na Politechnice Gdańskiej. W latach 2008–12 był dyrektorem pionu do spraw informatyki i telekomunikacji w Centrum Usług Wspólnych w Kancelarii Premiera. W MSW powierzono mu nadzór nad rejestrami państwowymi, w tym CEPiK i PESEL. Nie ma żadnych rodzinnych powiązań z Romanem Dmowskim, ojcem endecji.

Polityka 02.2011 (2841) z dnia 11.01.2012; Polityka; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "Minister wyrywa umywalkę"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną