Kraj

Współczynnik ukikowienia

Ludzie władzy z Klubu Inteligencji Katolickiej

Dawny działacz KIK w Warszawie, czyli szef Kancelarii Prezydenta - Jacek Michałowski. Dawny działacz KIK w Warszawie, czyli szef Kancelarii Prezydenta - Jacek Michałowski. Piotr Kowalczyk/SE / EAST NEWS
20 lat temu ludzie warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej zmieniali Polskę. Teraz do władzy dochodzi następne pokolenie kikowców, które zyskuje wpływy niemal z każdą nową nominacją.
Były premier, były wiceprezes warszawskiego KIK, Tadeusz Mazowiecki. Dziś doradca strategiczny prezydenta Bronisława Komorowskiego.Michał Kołyga/Reporter Były premier, były wiceprezes warszawskiego KIK, Tadeusz Mazowiecki. Dziś doradca strategiczny prezydenta Bronisława Komorowskiego.
Minister spraw wewnętrznych Jacek Cichocki też działał w KIK.Tadeusz Późniak/Polityka Minister spraw wewnętrznych Jacek Cichocki też działał w KIK.

Zagadka: jaki klub ma najsilniejsze dziś wpływy w rządzie? Rozwiązanie: Warszawski Klub Inteligencji Katolickiej.

Z Klubem związany był prezydent Bronisław Komorowski, szef jego Kancelarii Jacek Michałowski, doradca do spraw społecznych Henryk Wujec i doradca do spraw samorządowych Jerzy Regulski. A także ministrowie: spraw wewnętrznych Jacek Cichocki i środowiska Marcin Korolec, kilku wiceministrów, dyrektorów departamentów, posłów i senatorów. Więc w kuluarach sejmowych krąży plotka o nowym zapleczu kadrowym rządu.

– Żadna kikowska frakcja we władzy nie istnieje – zapewnia Jacek Michałowski, który od prawie 40 lat związany jest z warszawskim KIK.

Minister Michałowski mówi, że warszawski KIK można porównać do wielkiego magnesu, który przez lata ściągał aktywnych ludzi. Jego przyciągnęło na początku lat 70. za sprawą kolegi z podstawówki, obecnego ambasadora RP w Mołdawii Bogumiła Lufta. (Jego młodszy brat Krzysztof, były rzecznik rządu Jerzego Buzka i obecny członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, też w latach 70. był związany z KIK). Razem jeździli na obozy organizowane przez klubową sekcję rodzin. Dla dzieci z podstawówki KIK był zabawą w podchody, biwakami i wielką przygodą.

– Dopiero później zrozumiałem, że to była enklawa wolności – mówi Michałowski, którego do budynku przy ul. Kopernika, gdzie mieścił się warszawski KIK, przyprowadził Wojciech Arkuszewski, późniejszy poseł i doradca premiera Buzka. Dziś wie, że tam spotkał swoje autorytety. – W szkole nie rozmawiało się na pewne tematy, a w klubie można było zapytać o wszystko, nawet o Katyń.

O wojnie opowiadał Władysław Bartoszewski, o tworzeniu się nowej władzy po wojnie – Józef Lipski. Bywali tam Jacek Kuroń i Adam Michnik, a także posłowie Koła Znak Stanisław Stomma i Tadeusz Mazowiecki. Na Kopernika śpiewało się przedwojenne piosenki i pożyczało sobie nawzajem paryską „Kulturę”. – Tam uczyliśmy się analizować sytuację i myśleć politycznie.

Klub pełnił rolę edukatora i matrycy, kształtującej późniejsze elity Rzeczpospolitej. Nie przytrzymywał ludzi, pozwalał funkcjonować w innych środowiskach. – Rozchodziliśmy się, ale już namagnesowani – dodaje minister Michałowski. – Nie muszę dodawać, że mój stosunek do Kościoła, jak u każdego młodego człowieka, był wtedy dość buntowniczy i sceptyczny.

W drugiej połowie lat 70. to właśnie KIK stał się jednym z zapleczy kadrowych rodzącej się opozycji: Henryk Wujec trafił do KOR, Andrzej Wielowieyski do klubu dyskusyjnego Doświadczenie i Przyszłość, a Bohdan Cywiński został wykładowcą zwalczanego przez komunistów latającego uniwersytetu. Oblicze KIK zmieniła bliska współpraca ze środowiskiem tzw. komandosów – grupą opozycyjną scementowaną przez Marzec 1968. Klubowicze protestowali przeciwko zmianom w konstytucji PRL i prowadzili głodówki w obronie więźniów politycznych.

Młodsi zaś w 1976 r. jeździli do Radomia i Ursusa pomagać wyrzuconym z pracy robotnikom. – Tam formowała się nasza wrażliwość na sprawy społeczne – mówi Michałowski.

To nie przypadek, że gdy w sierpniu 1980 r. rozpoczął się strajk w Stoczni Gdańskiej, to z 10 ekspertów wspierających Międzyzakładowy Komitet Strajkowy w rozmowach z rządem połowę stanowili działacze warszawskiego KIK. Pomogli zarejestrować Solidarność, a 16 miesięcy później wielu z nich podzieliło jej los, trafiając do obozów internowania i do podziemia.

Pomost

W oficjalnych dokumentach klubu można przeczytać, że „środowisko KIK w końcu lat 80. odegrało rolę pomostu”, który umożliwił negocjacje rządu z opozycją i stroną kościelną, prowadzące do rozmów Okrągłego Stołu w 1989 r. Andrzej Wielowieyski, który w KIK spędził pół wieku, doprecyzowuje, że pierwsze ogólnopolskie biuro wyborcze Solidarności zaczęło działać w warszawskiej siedzibie KIK już dwa dni po zakończeniu obrad Okrągłego Stołu. W niewielkim pokoiku Andrzeja Wielowieyskiego, pełniącego wówczas rolę sekretarza Klubu, mieścił się zespół do spraw kontaktów, gdzie Jarosław Śleszyński (ostatni kierownik sekcji kultury) dzwonił do klubów rozrzuconych w całej Polsce, by zmobilizować je do tworzenia komitetów obywatelskich. Dlatego często mapa Komitetów Obywatelskich Solidarności pokrywa się z mapą KIK.

– Gdy w 1989 r. tworzyliśmy z Heniem Wujcem propozycje list wyborczych, wiele nazwisk, które się tam znalazły, to byli ludzie Klubów lub Duszpasterstw Ludzi Pracy. Znaliśmy ich i wiedzieliśmy, że można im ufać – mówi Wielowieyski.

Jeśli dziś mamy mówić o dużych wpływach ludzi warszawskiego KIK, dodaje, to warto przypomnieć rolę, jaką osoby z tego środowiska odegrały na przełomie lat 89 i 90. Było ich znacznie więcej niż teraz i zajmowały nieporównywalnie lepszą pozycję.

Prezes warszawskiego KIK Andrzej Stelmachowski został marszałkiem Senatu, wiceprezes Tadeusz Mazowiecki – premierem pierwszego niekomunistycznego rządu. Andrzej Wielowieyski był wicemarszałkiem Senatu, Stanisław Stomma pełnił funkcję marszałka seniora. (Do Senatu trafił też Jerzy Regulski, obecny doradca prezydenta Komorowskiego). Jacek Ambroziak został szefem Urzędu Rady Ministrów rządu Mazowieckiego, a Wojciecha Sawickiego, który dziś jest sekretarzem generalnym Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, mianowano na szefa Kancelarii Senatu.

Oaza

Największy sukces okazał się też gwoździem do trumny ruchu. Sukces i wolność najbardziej przyczyniły się do upadku dawnego KIK. Kluby, które w PRL pełniły rolę politycznej opozycji i postrzegane były jako element oporu społecznego, w wolnej Polsce zaczęły więdnąć. Nie znalazły dla siebie formuły, dlatego padały jeden po drugim. To, czym KIK zajmował się w latach 60., 70. i 80., przejęły partie polityczne, stowarzyszenia i ruchy, które zaczęły pączkować w wolnej Polsce.

Dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau Piotr Cywiński, który przez ostatnią dekadę był prezesem warszawskiego KIK, uważa, że w latach 90. polityka wyszła z Klubu, bo powstał parlament i wolne media. Tam, a nie w KIK, toczyła się debata o stanie Polski. Z początku lat 90. Klub postrzegany był jeszcze jako zaplecze intelektualne Unii Demokratycznej, w drugiej połowie lat 90. środowisko zaczęło dystansować się wobec bieżącej polityki.

Klub nie wywiera już wpływu na życie polityczne, a nawet publiczne – mówił w wywiadach związany z KIK historyk Andrzej Friszke, który fenomenowi tego środowiska poświęcił książkę „Oaza na Kopernika”. „Miejsc, w których odbywają się sesje czy debaty, jest teraz bardzo wiele, nastąpiła w tej dziedzinie prawdziwa inflacja”. Zapracowani członkowie coraz rzadziej przychodzili na spotkania formacyjne i coraz mniej ludzi zapisywało się do KIK.

W połowie 2006 r. w kamienicy przy Kopernika zaczęto skuwać tynki i stawiać ścianki działowe. W ten symboliczny sposób właściciel kamienicy żegnał się po pół wieku z Klubem, któremu wymówił lokal. Na pytanie o przyszłość, nawet prof. Andrzej Friszke nie znał odpowiedzi.

– Wiele osób uważało, że to nasz koniec – opowiada Piotr Cywiński. – Ja traktowałem tę sytuację jak próbę. Albo to środowisko istnieje i jest w stanie przetrwać organizując się podczas zbiórki pieniędzy na nową siedzibę, albo nie istnieje i ten plan się nie uda.

Zbiórka pieniędzy zakończyła się sukcesem, który pozwolił kupić i wyremontować strych w kamienicy przy ulicy Freta w Warszawie, gdzie mieści się obecnie siedziba Klubu.

Ostatnia nominacja Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz na stanowisko wiceministra spraw zagranicznych zapewne rozgrzeje znów dyskusję o rosnącej strefie wpływów warszawskiego KIK. MSZ jest kolejnym z ministerstw, gdzie jedno z kluczowych stanowisk przejmuje osoba ściśle związana z Klubem.

Wcześniej takie kikowskie oazy pojawiły się w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, którym kieruje Jacek Cichocki. Z żoną Dorotą związani są od wielu lat z Klubem. (Prezes Joanna Święcicka pamięta, że Cichoccy prowadzili seminaria dla młodych małżeństw ze społecznej nauki Kościoła: – To ludzie bardzo ideowi, którym chodzi o sprawę). To właśnie Jacek Cichocki przyprowadził do KIK Michała Deskura, który od kilku tygodni pełni funkcję wiceministra spraw wewnętrznych.

Nowym ministrem środowiska został w ubiegłym roku Marcin Korolec, również od lat związany z warszawskim KIK. Gdy objął stanowisko, poprosił premiera o powołanie na stanowisko głównego geologa kraju (czyli swojego wiceministra) innego kikowca Piotra Woźniaka. Prasa przypomniała, że kilka lat wcześniej to Korolec był zastępcą Woźniaka, gdy ten w rządzie PiS kierował resortem gospodarki. Wnioski same się narzucały: koledzy z KIK wspierają się na rządowych posadach. Dziennikarze nazywają ich prawą nogą Donalda Tuska, w odróżnieniu od lewej, którą reprezentuje Bartosz Arłukowicz.

Tylko niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością. Akurat Korolec z Woźniakiem, jak zapewnia Jacek Michałowski, nigdy się w KIK nie spotkali. Bliższą współpracę nawiązali w rządzie AWS, w którym Marcin Korolec negocjował warunki przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, a Woźniak zarządzał PGNiG.

Michałowski przyznaje, że w 1989 r. „kryterium ukikowienia” miało znaczenie w obsadzaniu państwowych stanowisk. Ale tylko wtedy. Mówi, że to właśnie z kikowskiego klucza trafił do Kancelarii Senatu, gdy Andrzej Wielowieyski organizował go od podstaw.

– Wiedział, że byłem dobrym opiekunem grup młodzieżowych, radziłem sobie jako skarbnik w PTTK i sprawdziłem się w organizowaniu klubowych aktywności, więc powinienem sobie poradzić przy tworzeniu Senatu – wspomina minister Michałowski.

Później działał już klucz kompetencji. Michałowski został szefem Kancelarii Prezydenta nie dlatego, że był z KIK, ale że sprawdził się jako dyrektor generalny Kancelarii Premiera Buzka i dyrektor programowy Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności.

Jacek Cichocki, zanim trafił do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, wiele lat spędził w rządowym Ośrodku Studiów Wschodnich, którym kierował przez trzy lata. Stamtąd wywodzi się też Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, obecna wiceminister spraw zagranicznych.

Andrzej Wielowieyski pamięta, że większość dzisiejszych ministrów przyszła do Klubu w latach 80. jako licealiści. I przeszli tam typowy jak na wychowanków szlak. Najpierw jeździli na obozy wędrowne i żeglarskie, potem sami stawali się wychowawcami młodzieży, by w końcu zaangażować się w pracę społeczną. Dziś są czterdziestolatkami i przyprowadzają do Klubu swoje dzieci, które mogą powtórzyć drogę rodziców.

Piotr Cywiński, syn Bogdana, wnuk Zbigniewa Łoskota, jest trzecim pokoleniem działającym w warszawskim Klubie. Cywiński mówi, że obecni ministrowie są rzucającą się w oczy wizytówką KIK. – Po latach dopiero widać efekty działania tej formacji katolickiej i obywatelskiej, które wynikają z lat spędzonych w Klubie – tłumaczy.

Kuźnia

Już w latach 80. przylgnęła do KIK etykieta kuźni opozycyjnych kadr. (Później przemianowano to na kuźnię rządową). Andrzej Wielowieyski twierdzi jednak, że Klub nigdy nie był szkołą liderów: – Francuzi, z którymi współpracowaliśmy, przyjmowali z polecenia najzdolniejsze osoby tworząc szkołę kadr. My zawsze byliśmy otwarci.

Piotr Cywiński mówi, że Klub nigdy nie był zapleczem partyjnym, choć część ludzi odnalazła się przy UW, AWS, PO czy PiS. – Prędzej kuźnią obywatelską i propaństwową – dodaje i próbuje opisać wzór obecnego kikowca. Według Cywińskiego jest to społecznik związany z etosem Kościoła otwartego, wywodzący się ze środowisk antykomunistycznych przedsierpniowej opozycji. Wychowany w duchu ekumenizmu i dialogu. Raczej nie radykał.

– Jedni odnajdują się w działaniach obywatelskich, inni, których lepiej widać, w administracji państwowej. Naszych ludzi można znaleźć w samorządzie, organizacjach pozarządowych, biznesie. Ale gdyby przyjrzeć się im z bliska, to okaże się, że większość jest bezpartyjna. Wszyscy są stworzeni przez tę samą formację, która jest tylko klubem, a nie czapą rozliczającą ich z działalności.

Prezes Joanna Święcicka, prywatnie żona Marcina, byłego ministra współpracy gospodarczej z zagranicą, mówi, że najważniejszym cementem spajającym środowisko są silne więzy przyjaźni nawiązywanej już w bardzo młodym wieku. Przyznaje, że może mieć to znaczenie, gdy szuka się osób do współpracy i trudnych zadań. – Trudno robić konkurs na stanowisko, wybierając sobie zaufanego współpracownika wśród nadsyłanych anonimowych aplikacji CV. Lepiej postawić na kogoś, kogo się zna i się na nim nie zawiodło.

Minister Jacek Michałowski mówi, że klucz wspólnego kikowskiego korzenia ma dla niego wciąż znaczenie. Dla niego KIK to uczciwość, wspólne wartości i zaufanie. Ale co to znaczy w praktyce? – Że jak coś powiem w tajemnicy Jackowi Cichockiemu, to mam gwarancję, że nie będzie o tym zaraz wiedziała cała Warszawa.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Kiedy lekarze podlegają karze

Lekarze do więzień za błędy medyczne? Co jest zagrożeniem dla zdrowia: kadra medyczna czy polityczna?

Ewa Siedlecka
11.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną