Kraj

Syndrom drugiej kadencji

Polska czy europejska? Jaka przyszłość Donalda Tuska

Syndrom drugiej kadencji polega na szybkim opadaniu adrenaliny po wyborczym zwycięstwie i narastającym poczuciu, że trzeba robić to samo w gorszych warunkach, przy kumulującej się krytyce. Syndrom drugiej kadencji polega na szybkim opadaniu adrenaliny po wyborczym zwycięstwie i narastającym poczuciu, że trzeba robić to samo w gorszych warunkach, przy kumulującej się krytyce. Mirosław Gryń / Polityka
Zarówno zdeklarowani wrogowie, jak i sympatycy premiera, patrząc na ostatnie wydarzenia, coraz częściej zauważają: Donald Tusk się zmienił, inna kadencja, inny człowiek.
Tusk często wygląda na nieco nieobecnego, jakby się zastanawiał, co – ogólnie rzecz biorąc – dalej ma ze sobą zrobić.Mirosław Gryń/Polityka Tusk często wygląda na nieco nieobecnego, jakby się zastanawiał, co – ogólnie rzecz biorąc – dalej ma ze sobą zrobić.
Polityka to sfera celów konkretnych, państwowych, ekonomicznych, zagranicznych. Ale też domena własnych ambicji, pokonywania kolejnych mistrzowskich szczebli.Mirosław Gryń/Polityka Polityka to sfera celów konkretnych, państwowych, ekonomicznych, zagranicznych. Ale też domena własnych ambicji, pokonywania kolejnych mistrzowskich szczebli.

Exposé premiera sprzed kilku miesięcy, oszczędne, technokratyczne, nie wynikało tylko z kryzysowej sytuacji, ale – jak się później okazało – było sygnałem, że druga kadencja rządów Tuska i jego Platformy może wyglądać inaczej niż pierwsza. W stylu, atmosferze, realnych działaniach. Sam Donald Tusk zmienił ton, stał się jakby nieco bardziej nonszalancki, często przygaszony, czasem surowy, mniej zabiegający o sympatię i uznanie. Jego wypowiedź na temat sytuacji z lekami, udzielona w przerwie meczu, w którym brał udział, czy choćby ostatnie konferencje prasowe nie mają dawnego żaru, są raczej dość beznamiętnym opisem sytuacji z zapowiedziami „przyjrzenia się sprawie”, czasami z jakąś ukrytą groźbą, ale bez upierania się jak wobec lekarzy.

Zarówno awantura lekowa, personalny i strukturalny kryzys w prokuraturze, jak i ostatnie zamieszanie z regulacjami ACTA (i chwiejność opinii premiera w tej kwestii) pokazują u władzy pogłębiający się proces, polegający na decyzyjnym chaosie, niespójności rządowego przekazu, niesłuchaniu opinii dużych grup społecznych. A także na przekonaniu o własnych racjach, które nie wymagają szczegółowego tłumaczenia, bo – jak można rozumieć – czasy są trudne, a alternatywy i tak nie ma. Premier często milczy, a zdezorientowani urzędnicy kręcą.

Nawet przyznanie się do porażki przychodzi Tuskowi bez ceregieli, choćby w kwestii nieprzesądzonego wciąż, mimo starań, uczestnictwa Polski w obradach państw strefy euro. Trudno, nie zawsze się wygrywa – to słowa raczej spoza dotychczasowego słownika lidera Platformy, pokazujące tyleż godną pochwały szczerość, ile przejaw faktu, że mu już mniej zależy na wizerunku, że trochę odpuścił. Jego niespodziewane wsparcie premiera Węgier Orbána wobec krytyki Unii Europejskiej też można odczytać jako demonstrację tego, że mu więcej wolno, że stać go na zmiany frontu, a inni, jeśli zdołają, niech za nim próbują nadążyć. Tłumaczyć tego nie będzie.

Szukanie swojej dyscypliny

Może część tej „drugokadencyjnej” atmosfery spłynęła także na bliskiego współpracownika Tuska, rzecznika rządu Pawła Grasia, który też potrafi ostatnio zadziwić swoimi opiniami, kiedy brak reakcji rządu na nowe odkrycia wojskowych prokuratorów tłumaczył, że „nikomu życia to nie przywróci”. Czy ostatnio, kiedy zablokowanie przez hakerów w nocy m.in. internetowej strony rządowej skomentował: „ze względu na duże zainteresowanie serwery zostały obciążone”. Takie traktowanie publiczności jak nierozgarniętej masy, czyli, oględnie mówiąc, trochę nieuważne, też może być przejawem syndromu drugiej kadencji.

Podobnie jak brak reakcji ze strony już samego premiera na komentarze co do jego zmiany frontu w sprawach europejskich, rzekomego przejścia na pozycje umiarkowanych sceptyków, przyznania de facto racji PiS, że z Unią trzeba ostro, aby nas dostrzegli (to à propos kłopotów z uczestnictwem w obradach eurolandu).

Tusk się do tego nie odnosi, opinii nie prostuje, gra nierozumianego przez masy samotnika. Zdarzają mu się też frazy słabo kontrolowane, jak wtedy, kiedy zapewniał dziennikarzy, że nakłoni Grasia do odpowiadania na ich telefony, po czym dodał, iż on zawsze by odbierał telefony od „redaktorek i redaktorów”, ale oni pewnie nie znają jego numeru, „i dzięki Bogu” – zakończył. Może miało być zabawnie, ale wyszło dziwnie. Jak wiele słów i zachowań szefa rządu w ostatnim czasie.

Jednocześnie, jak mówią ludzie z bliskiego otoczenia premiera, Tusk stale się rozwija, jest coraz sprawniejszym politykiem, coraz lepiej wygimnastykowanym znawcą socjotechnicznych gier, mechanizmów i psychologii władzy. Jeszcze mniej używa emocji, nabrał dystansu pozwalającego skupić się na regułach i ekonomii celów, dostosowując do nich bez sentymentów personalia. Ponadto zrobił bardzo duże postępy w angielskim, co pozwala mu na dość swobodne i samodzielne przemierzanie europejskich salonów. Tak jakby odpływał innym politykom już na pół basenu, tyle że coraz mniej jest jasne, na jakim dystansie płynie i jakich spodziewa się trofeów.

Tusk często wygląda na nieco nieobecnego, jakby się zastanawiał, co – ogólnie rzecz biorąc – dalej ma ze sobą zrobić. I jakby nie bardzo mu się chciało gadać, spotykać, przekonywać, zachęcać, nawet swoich współpracowników i zwolenników. A ci robią czasami wrażenie, że jeśli wcześniej rzeczywiście uznawali Tuska za swojego naturalnego lidera, to dzisiaj jeszcze zaczęli się go autentycznie obawiać – cóż takiego premier sobie wymyśli, kogo dzisiaj zdymisjonuje, a kogo nagle niespodziewanie wywyższy? Prawda, że niespodzianek było już wiele, a końca nie widać. Wiele mogliby tu opowiedzieć ministrowie Ćwiąkalski i Kwiatkowski, obydwaj akurat z resortu sprawiedliwości.

Charakterystyczne też, że wyraźnie spadła aktywność kiedyś tak energicznych i walecznych działaczy Platformy. W ogniu największej krytyki – czy to z powodu leków, nowych „rewelacji” smoleńskich czy afer między prokuratorami – łapani na gorąco posłowie PO niewiele mieli do powiedzenia, przędli coś na gładko, czasami lekko bez sensu, i rozglądali się za premierem, którego oczywiście nie było. Tak jak gdyby sami nie bardzo wiedzieli, o co chodzi, w jakiej partii się znajdują, bo tu z jednej strony Arłukowicz, a z drugiej Gowin, Schetyna gdzieś na zapleczu, spółdzielnia Grabarczyka w rozsypce, prezydent co prawda swój, ale coraz bardziej na swoim, Jan Krzysztof Bielecki w niewiadomej roli, ale na pewno na silnej pozycji. Jak tu się orientować na czym polega ta gra?

Stan mentalny rządzących

Polityka to sfera celów konkretnych, państwowych, ekonomicznych, zagranicznych. Ale też domena własnych ambicji, pokonywania kolejnych mistrzowskich szczebli. O ile w sferze konkretów jest oczywiste, jakie zadania czekają Tuska – obniżanie deficytu, reforma emerytur, szukanie gazu łupkowego czy budowa elektrowni atomowej – o tyle gorzej to wygląda w sferze osobistych wyzwań.

Do tej pory mogła napędzać Tuska chęć pokonania klątwy, która sprawiała, że żadna siła polityczna po 1989 r. nie przedłużyła rządów na kolejną kadencję. To się udało, ale teraz wygląda, jakby zapanował smutek spełnionego marzenia, euforia opadła, a trudności i zadania pozostały, nawet wzrosły. Oczywiste, że sprostanie im jest niejako zawodowym obowiązkiem szefa rządu, ale dla długofalowej jakości polskiej polityki ważne jest także to, jaki jest stan mentalny rządzących i ich przywódcy.

Lekcje ostatnich lat nie napawają optymizmem. Po niemal monarszych, trwających po dwie dekady rządach europejskich gigantów, takich jak Margaret Thatcher czy Helmut Kohl w latach 70. i 80., nadszedł czas władzy wyraźnie krótszej, chybotliwej, narażonej na rozmaite kompromitacje. Nawet tacy wielcy polityczni macherzy, jak Tony Blair, Gerhard Schröder, José Maria Aznar czy José Zapatero, wytrzymywali najwyżej dwie kadencje lub niewiele więcej, a i to przy sztukowaniu (trzecią kadencję laburzystów dokończył za Blaira jego partyjny kolega Gordon Brown). Końcówki tych rządów były dość marne, gnicie długie i bolesne. Dość wcześnie w drugich kadencjach władzy pojawiały się objawy kryzysu, krzepła i znajdowała zręcznych liderów partyjna opozycja, rosła nerwowość, a słabła tolerancja władzy na negatywne opinie, liczba wrogów rosła, zaczynały ciążyć wszystkie niezrealizowane obietnice.

Nawet wielkie powroty, jak Viktora Orbána na Węgrzech, do czego dorobiono niemal mistyczną, prawicową ideologię, dają paliwo na kilkanaście miesięcy, a potem ludzie wychodzą na ulice i poparcie spada o połowę jeszcze przed połową kadencji. Mimo że poprzedni gabinet socjalistów – także rządzących, z dwoma premierami, dwie kadencje – odchodził w atmosferze niesławy i skandalu. Kanclerz Angela Merkel, wielka diwa światowej polityki, jest już solidnie podgryzana zarówno wewnątrz swojej chadeckiej partii, jak i przez elity europejskie.

Trudny wybór motywacji

Tusk o tym oczywiście dobrze wie i musi to wpływać na określanie przez niego osobistych celów. Jakie więc przed nim warianty kariery?

Wariant pierwszy, krajowy: odwołanie obietnicy swojej rezygnacji, a potem ciągnięcie premierowskich kadencji, ile się da, by przeskoczyć Blaira i zostać „dziekanem” europejskiego korpusu szefów rządów. Jeśli Merkel i Sarkozy nie wygrają najbliższych wyborów, jeśli polegnie Orbán czy Cameron, a w innych krajach Unii premierzy będą się zmieniać jak szybko zgrywane karty, to za kilka lat Tusk może stać się legendą nie do zlekceważenia przez nikogo.

Wariant drugi, krajowy: prezydentura w 2015 r. To opcja męcząca i moralnie kosztowna. Trzeba wówczas przeprowadzić operację wysadzenia z siodła Bronisława Komorowskiego, który czuje się w swojej roli coraz lepiej i chyba coraz lepiej jest oceniany. Sformułowanie odpowiedniej legendy dla takiego (dosłownie i w przenośni) posunięcia byłoby trudne i naciągane, ale nie takie rzeczy już się w polityce robiło. Tusk wówczas byłby jedynym polskim politykiem, który dwa razy byłby premierem i być może dwa razy prezydentem. Przeszedłby do historii Europy, a już na pewno regionu. Jest jednak w tym wariancie coś defensywnego, wstydliwy powrót do „żyrandoli”, jakieś przyznanie się do własnej próżności.

Wariant trzeci, europejski: walka o prominentne stanowisko w strukturach Unii. Ale pytanie, o jakie? Jedynym w miarę poważnym fotelem jest w tej chwili funkcja przewodniczącego Rady Europejskiej. Ale i ona jest skromniejsza, niż kiedyś się zanosiło. Podobnie z szefem Komisji. Pozycja José Barroso ma się nijak choćby do dawnego majestatu Jacques’a Delorsa. Ostatnie kryzysowe lata zmniejszyły wpływ instytucji europejskich na międzynarodową politykę na rzecz rządów narodowych, co dostrzegł i Tusk, szukając we Włoszech przeciwwagi dla francusko-niemieckiego duopolu.

Kariera europejska stała się wyraźnie mniej atrakcyjna niż jeszcze pół dekady temu, a jednocześnie zdobycie stanowiska w strukturach Unii jest nadal trudne; to loteria, wypadkowa wielu interesów. Pytanie więc, czy opłaca się Tuskowi walczyć o słabnące, bardzo niepewne stanowiska, gdzie porażka może być bardziej prestiżowo dotkliwa niż takież prestiżowe korzyści z jej uzyskania?

Problem polega na tym, że zmalały chyba wszystkie „globalne” funkcje: Unia ma kłopoty, NATO przeżywa katusze w Afganistanie, instytucje finansowe zależą od decyzji poszczególnych rządów. Jest w tym jakiś historyczny pech: jak tylko gdzieś się Polska po długotrwałych staraniach dostanie, od razu ta instytucja popada w największy w swych dziejach strukturalny kryzys. Poza tym frustrująca może być świadomość naturalnej nierówności ekonomicznych potencjałów i populacji: bywa, że nawet najbardziej wybitny polityk z kraju „średniej wielkości” musi ustąpić nieudacznikowi z państwa większego i zasobniejszego. Tu nie ma sprawiedliwości. Nawet jeśli polityk z kraju średniego i regionu środkowego otrzyma funkcję, to tylko na zasadzie licencji udzielonej przez kluczowe państwa, bo będzie im załatwiał jakąś równowagę sił. Ale różnicy znaczenia i wpływów to nie zasypie.

Na własnym boisku

Dlatego droga krajowa, zakładająca pozostanie na funkcji premiera jak najdłużej, i związanie z tym swoich ambicji, uruchomienie tego motoru aktywności, wydaje się dzisiaj dla Tuska mimo wszystko najbardziej racjonalna. Zwłaszcza że Tusk i jego Platforma trzymają się niewiarygodnie wręcz dobrze.

Zafiksowanie się głównej opozycji w swoistym rezerwacie, w „drugim obiegu”, brak konkurencji w politycznym mainstreamie, teflonowe właściwości premiera, któremu nadal praktycznie nic nie szkodzi, mogą dawać szefowi rządu nadzieję, że reguła gnijącej drugiej kadencji w jego przypadku nie musi obowiązywać.

W sumie Tusk tylko jako premier kontroluje w pełni sytuację, swoją i całego układu władzy. Wszystkie inne warianty są obciążone dużym ryzykiem i grożą wypadnięciem z polityki. Tak czy inaczej każdy z tych trzech wariantów zakłada, że drugą kadencję trzeba by było zakończyć z dobrą hipoteką, na tyle dobrą, by nie stracić szans wyborczych tak dla Platformy, jak i dla jej lidera. Tusk za cztery lata musiałby być nadal atrakcyjnym politykiem, gdyż – jak pokazały ostatnie wybory parlamentarne – jedynie on potrafi poprowadzić swoją formację do zwycięstwa. I to ona, w dobrze pojętym własnym interesie, może naciskać, by Tusk misji politycznej nie kończył.

Dla porządku trzeba wziąć pod uwagę jeszcze czwarty wariant, że Tusk godzi się na wypadnięcie z polityki i idzie na emeryturę pisać pamiętniki. Ale aby miał co pisać, druga kadencja musiałaby przynieść jakieś wielkie i przełomowe, wręcz historyczne zmiany. A one są zwyczajnie przy dzisiejszej dekoniunkturze niemożliwe, i sam premier nie raz i nie dwa mówił, że on w takie rewolucje nie wierzy, a co najważniejsze, nie chcą ich Polacy.

Tak więc robienie „niepopularnych, bolesnych reform”, a potem odejście na emeryturę wydaje się całkowicie niezgodne z naturą Tuska. Spalenie się i odejście w atmosferze głębokiej społecznej niechęci to polityczna śmierć albo wieloletnia hibernacja (co stało się udziałem Jerzego Buzka, który długo musiał czekać na swoją drugą szansę).

Syndrom drugiej kadencji polega na szybkim opadaniu adrenaliny po wyborczym zwycięstwie i narastającym poczuciu, że trzeba robić to samo w gorszych warunkach, przy kumulującej się krytyce. Nie ma już waloru świeżości, pojawia się rutyna i zmęczenie, a w ślad za tym pewna nieuwaga, może niedbałość. Jednak polityków dużych od mniejszych odróżnia między innymi to, że potrafią utrzymać przez wiele lat dbałość i uwagę, że wciąż tak samo bardzo im zależy. Albo przynajmniej robią takie wrażenie.

Polityka 05.2012 (2844) z dnia 01.02.2012; Polityka; s. 18
Oryginalny tytuł tekstu: "Syndrom drugiej kadencji"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Seks, dragi i polityka

Ta książka wszystko zawdzięcza testosteronowi – deklaruje jej autor Paul B. Preciado. „Testo ćpun” jest odważną próbą poszukiwania tożsamości seksualnej w świecie pełnym hormonalnych pokus i farmakologicznych miraży.

Paweł Walewski
20.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną