Kraj

Demoniczna demografia

Raport: Polaków coraz mniej. Może to dobrze?

Dziś statystyczny środek życia przypada na 36 rok, za dwadzieścia lat – na 47 rok. Dziś statystyczny środek życia przypada na 36 rok, za dwadzieścia lat – na 47 rok. Alamy / BEW
Pod pewnymi względami przyszłość za 20, 30 lat jest zaskakująco czytelna. Polaków będzie mniej. Ale to żaden koniec świata. Przeciwnie – ta sytuacja ma też spore plusy.
Niedługo ludzie będą raczej potrzebowali pomocy nie w opiece nad jedynakiem, ale nad piramidą żyjących wciąż przodków.Mirosław Gryń/Polityka Niedługo ludzie będą raczej potrzebowali pomocy nie w opiece nad jedynakiem, ale nad piramidą żyjących wciąż przodków.
Dziś brakuje i instytucji, i mechanizmów finansowych wspierających dorosłe dzieci w opiece nad starszymi członkami rodzin.Mirosław Gryń/Polityka Dziś brakuje i instytucji, i mechanizmów finansowych wspierających dorosłe dzieci w opiece nad starszymi członkami rodzin.

Politycy mówią: mnóżcie się. Właściwie wszyscy – niezależnie co pod tym określeniem rozumieją – chcą jakiejś polityki prorodzinnej, żeby wspierać dzietność. W dyskusji publicznej obowiązuje dogmat zastępowalności pokoleń: powinno rodzić się tylu Polaków, ilu odchodzi do wieczności. To – wraz z reformą emerytalną – ma nas uratować przed katastrofą finansową, społeczną, polityczną. Im bardziej na prawo, tym bardziej traktowane jest to w kategoriach być albo nie być Państwa i Narodu.

Ale gdy przyjrzeć się szczegółowym prognozom demograficznym, sięgającym nawet 2050 r., to widać, że tej Wisły nie da się już zawrócić. Będzie nas mniej. Demografia uważa to za pewnik wynikający z twardych danych.

A przecież pojawiają się jeszcze trendy obyczajowe, zjawiska związane z filozofią i stylem życia czy przemiany psychospołeczne, które tę demograficzną tendencję jeszcze nasilą. To też już raczej pewne. Może zamiast walczyć o dzietność i rozrodczość, lepiej zacząć godzić się z tą nową rzeczywistością.

Pewnik pierwszy: będzie nas mniej

Z prognozy demograficznej ONZ wynika, że w ciągu 30 lat ubędzie 6 mln Polaków. Około 2050 r. mamy być czwartym na liście najszybciej wyludniających się krajów na świecie, zaraz po Rumunii, Rosji i Łotwie.

Nawet gdyby kobiety nagle, z niewiadomych powodów, zaczęły rodzić na wyścigi, wiadomo, że potencjalnych matek jest mało i więcej nie będzie. To dzisiejsze 5–15-latki. Dziewczynek w tym wieku jest w Polsce ok. 1,8 mln. O 1,4 mln mniej niż kobiet 25–35-letnich, będących dziś w okresie najbardziej sprzyjającym prokreacji. Nie urodziło się ich wystarczająco wiele, by urodzić te oczekiwane miliony dzieci.

W dodatku te, które są, urodzą swoje dzieci później, co się zawsze przekłada na ewentualne decyzje o kolejnych potomkach. To też rzecz pewna. Już dziś pierwsze dziecko pojawia się zwykle w 27 roku życia, o cztery lata później niż dwie dekady temu. Trend jest stały, wieloletni, wynika z całej masy różnych pomniejszych procesów, jak dłuższa edukacja, zmiana aspiracji, aktywność kobiet na rynku pracy.

Być może więcej niż co trzecia kobieta nie urodzi w ogóle. Bo nasilają się problemy z płodnością; za 10 lat będzie z nimi się borykać już co trzecia para (dziś – co siódma). Ale mogą też rezygnować z macierzyństwa z powodu zjawiska, które socjologowie nazywają „pędem do wolności”. Mając na myśli uwalnianie się z determinującego życie (lub nieżycie) wpływu środowiska społecznego (konwenanse, normy). Ten proces przyniósł między innymi antykoncepcję i objawia się podejmowaniem decyzji prokreacyjnych z namysłem, także w sensie świadomości kosztów posiadania potomstwa. Ludzie zaczynają brać pod uwagę koszty alternatywne, czyli utracone zarobki, niezrealizowane przyjemności. I czasem okazuje się, że miłość rodzicielska plus krótkotrwałe nierzadko poczucie dumy z potomka nie rekompensują tych osobistych strat.

Pewnik drugi: starych będzie więcej niż młodych

Najliczniejszą za 20 lat grupą będą osoby 45–55-letnie (ok. 6,5 mln). Potem 70–80-latkowie (5–5,5 mln) oraz 60–70-latkowie (też ok. 5 mln). W 2050 r. liczba najstarszych niemal się podwoi. Blisko co trzeci Polak będzie miał 65 lat lub więcej; na dwie osoby poniżej 45 roku życia przypadać będzie siedem osób starszych. W porównaniu z dzisiejszymi realiami zauważalnie przybędzie 80- i 90-latków. Dziś statystyczny środek życia przypada na 36 rok, za dwadzieścia lat – na 47 rok.

Dla rynku oznacza to nowy typ pracowników. W niebyt odejdą zapewne dzisiejsze realia, w których już po 45 roku życia pada się ofiarą dyskryminacji na rynku pracy ze względu na wiek.

Taki obrót spraw oznacza też przewrót konsumencki. Pracownik po sześćdziesiątce będzie musiał zainwestować w nową garsonkę czy garnitur, zmienić samochód czy komputer. Powinien pojawić się wreszcie nowy sektor usług, skierowanych do ludzi w starszym wieku, w tym oczywiście medycznych i opiekuńczych. Rozwijać się musi medycyna gerontologiczna; dziś mamy w Polsce niespełna 70 sprofilowanych poradni (jeden lekarz gerontolog przypada na 200 tys. osób starszych!).

Zapewne pogłębi się też inny trend, już widoczny: inwestowanie w wygląd. Prof. Piotr Szukalski zwraca uwagę, że nie jesteśmy (i nie będziemy) wolni od konsumencko-indywidualistycznego systemu wartości, w którym na samym szczycie plasuje się młodość.

Pewnik trzeci: kobiet będzie (proporcjonalnie) więcej

Natura tak to wymyśliła, że chłopców rodzi się więcej niż dziewczynek; średnio o sześciu na sto urodzeń. Z czasem te proporcje się wyrównują. Chłopcy statystycznie częściej nie dożywają wieku założenia rodziny. Prawdopodobieństwo dożycia 80 lat wśród pań jest już 2,4 raza większe niż wśród panów. Średnio na 100 mężczyzn w Polsce przypada 107 kobiet.

Na ten trend demograficzny nakłada się aspekt kulturowy. Wbrew deklarowanym ideałom partnerstwa w związkach Polacy okazują się zaskakująco źle znosić sytuację, gdy żona zarabia więcej. A Polki są coraz lepiej wykształcone. W najmłodszym pokoleniu wskaźniki kobiet po studiach przekraczają 40 proc. W 2010 r. na 45 panien młodych z wyższym wykształceniem pięć brało jednak męża bez studiów. Innych nie było.

Pewnik czwarty: młodzież to będą zwykle jedynacy

Młodzi tymczasem będą przeważnie jedynakami. Już dziś połowa rodziców po 30 poprzestaje na jednym dziecku – i więcej nie planuje. Młodsi może i deklarują więcej, ale praktyka pokazuje, że na deklaracjach poprzestają. Co więcej, do tych standardów równają także rodziny wiejskie, jeszcze w latach 90. zorientowane na dwójkę, a w jednej trzeciej przypadków – na trójkę dzieci. Tylko na Białorusi, Ukrainie i Słowacji jedynaków jest jeszcze więcej niż w Polsce.

I to się raczej nie zmieni. Prawdopodobieństwo większej liczby dzieci wydatnie rośnie w tych związkach, które zabierają się za prokreację tuż po ślubie, a mamy właśnie silny trend odwrotny. Z badań wynika, że posiadanie więcej niż dwójki potomstwa idzie w parze z gorszą kondycją psychiczną matki, a w tle są zwykle sprawy banalne – kłopoty finansowe. Istnieje bardzo silna zależność między wielodzietnością a biedą, działająca zresztą w obie strony: bieda generuje wielodzietność, wielodzietność – biedę.

Z badań nie wynika jednak, żeby jedynactwo na skalę masową mogło mieć jakieś szczególne przełożenie na życie społeczne. Wskazuje się nawet na lepsze kompetencje społeczne jedynaków: nie mieli w życiu okazji poznać ciemniejszych stron bycia jednym z, są więc bardziej entuzjastycznie nastawieni do współpracy, bardziej wyrozumiali i cierpliwi. Psychologowie rodziny dodają, że doinwestowani, gruntowniej wyedukowani jedynacy będą mieli wyższe wymagania od życia. W tym od pracodawców.

Pewnik piąty: będziemy się wiązać luźniej

Bardzo wyraźne zmiany widać już w traktowaniu związków małżeńskich. Długoterminowe zobowiązania wobec partnera podejmuje się dziś ostrożniej (na co, zapewne, wpływ ma i nasz system prawny, który jest w tych kwestiach bezwzględny; ślub oznacza dozgonne niekiedy zobowiązanie do alimentacji, więc może lepiej go nie brać). Ponad jedna czwarta dzieci rodzi się dziś w związkach pozamałżeńskich. Wyraźnie rośnie też skłonność do rozstawania się z nieodpowiednio wybranym partnerem; być może w myśl zasady, że mając w perspektywie jeszcze 40 lat, warto jednak poszukać nowego partnera.

Demograficzną konsekwencją tych procesów jest też mnogość form życia rodzinnego. Kolejne związki, plus dzieci z poprzednich, wyraźnie rosnąca liczba związków homoseksualnych. A jak podaje prof. Piotr Szukalski – także poligamia. To też są wyzwania dla systemu prawnego.

Socjologowie mówią, że wspomniany już „pęd ku wolności” wszedł u nas w etap drugi: mniej chętnie odgrywamy sztywne role społeczne, na przykład matki Polki czy wdzięcznej córki opiekunki. Kobiety przejawiają więcej skłonności do autorefleksji, poszukiwań modelu życia na własną rękę, ale też do kalkulacji.

Pewnik szósty: grozi nam bunt sandwiczy

Te tradycyjne role społeczne, przypisane szczególnie kobietom, są coraz trudniejsze do odegrania. Zwłaszcza jeśli chodzi o kulturowy wymóg opieki nad rodzicami. Jeszcze trzy pokolenia temu schodzący z tego padołu był stosunkowo młody i pozostawiał po sobie przynajmniej jedno niepełnoletnie dziecko. Dziś ludzie żyją obok siebie po kilkadziesiąt lat: rodzice, dzieci, dziadkowie, pradziadkowie. Nierzadko są to relacje trudne.

Pokolenie 50-latków nazywane jest dziś generacją sandwicza; kanapka obłożona od góry (własne, potrzebujące wsparcia dzieci) i od dołu (rodzice, a czasem dziadkowie). Czy następne pokolenie będzie w stanie wziąć na siebie jeszcze więcej, zważywszy na to, że przodkowie będą żyć jeszcze dłużej?

Dziś brakuje i instytucji, i mechanizmów finansowych wspierających dorosłe dzieci w opiece nad starszymi członkami rodzin. Nawet ci, którzy chcieliby spełnić się w roli opiekuna, nie mają szansy podołać. Gdy na jedną osobę w wieku do 45 roku życia przypadać będą aż trzy 60-letnie i starsze, nie da się tego ogarnąć. Socjologowie w Europie Zachodniej już od lat przestrzegają przed buntem owych sandwiczy i jest to perspektywa całkiem realna.

Pewnik siódmy: będziemy mieszkać samotniej

Coraz większą część życia spędzamy we względnej wolności od zobowiązań. Etap przed dziećmi wydłużył się w ostatnim 20-leciu nawet o około 10 lat (!). Etap po dzieciach – o kolejne 10 lat. Rosnąca rzesza wybiera brak dzieci w ogóle.

Samotnych, owdowiałych, względnie singli, częściej niż w poprzednich pokoleniach stać na samotne mieszkanie. W 2002 r. po raz pierwszy w historii okazało się, że największa grupa gospodarstw domowych to te jednoosobowe. Czyli takie, gdzie człowiek sam sobie sterem, a lodówka (względnie półka w lodówce) należy jedynie do niego. Wtedy było ich 3,3 mln, o 300 tys. więcej niż rodzin składających się z dwóch osób. W 2008 r. odnotowano już 3,8 mln samotnie żyjących. Zgodnie z przewidywaniami GUS, około 2035 r. liczba żyjących solo sięgnie około 4,7 mln. Tymczasem liczba rodzin żyjących we dwójkę skurczy się o połowę, spadnie też liczba gospodarstw domowych składających się z trzech osób – do zaledwie 1,5 mln.

To trend, od którego raczej nie ma odwrotu. O ile, rzecz jasna, z nieznanych nam dziś powodów, na przykład ekonomicznych, samotni nie staną wobec konieczności dzielenia lodówki z kimś jeszcze.

Wbrew pozorom jest to całkiem realna perspektywa. O ile dzisiejsi 50-latkowie i starsi mają w większości kwestię mieszkania na własność załatwioną, to wśród 30-latków tylko nieco więcej niż co drugi dysponuje własnym mieszkaniem. Rynek lokali na wynajem nie istnieje prawie w ogóle. Mieszkania komunalne lub dofinansowywane w inny sposób przez państwo stanowią ok. 2 proc. nowo budowanych. Zatem w biedniejszych warstwach społecznych „mieszkania na kupie”, wielopokoleniowo, mogą okazać się rzeczywistością na długie jeszcze lata. Podobnie jak motywowane koniecznością ekonomiczną współmieszkanie obcych sobie osób. A z drugiej strony – obserwowane teraz i w zachodniej Europie, i w Polsce zjawisko dorosłych dzieci rezydentów, którzy wcale nie chcą wyprowadzać się od rodziców.

Pewnik siódmy: na wsi, ale po miejsku

Polacy, którzy decydują się na założenie rodziny, mają tymczasem dość wygórowane wyobrażenia odnośnie do standardu zamieszkania. Ma być jak w serialach: dom z ogrodem (preferowany styl dworku) i samochód. Z badań prof. Hanki Zaniewskiej wśród ludzi młodych (w połowie przypadków – mieszkających jeszcze z rodzicami, a w kolejnych 25 proc. mieszkających we własnym lub wynajętym dla siebie mieszkaniu) wynika, że aż 65 proc. z nich wyobraża sobie swoją przyszłość właśnie w domu wolnostojącym (nie – bliźniaku). W mieście, choć nie w centrum.

Domy – powyżej 200 m kw., mieszkania co najmniej stumetrowe. Miasta nie bardzo nadążają za aspiracjami. W praktyce średnia powierzchnia mieszkania nie zmienia się od dziesięcioleci i wynosi około 60 m kw. Takie też się buduje i kupuje najczęściej.

Realizacja marzeń w praktyce: w 2002 r. po raz pierwszy w historii zauważalne statystycznie stało się, że ludzie przestali uciekać ze wsi do miasta. W ciągu 10 ostatnich lat liczba oficjalnych mieszkańców miast zmniejszyła się o 400 tys., a liczba mieszkańców wsi wyraźnie wzrosła. W istocie nie chodzi jednak o wieś rolniczą. Chodzi o to, by żyć po miejsku, ale w dużym domu, na tańszej niż blisko centrum ziemi – czyli w gminach otaczających miasto.

W praktyce najszybciej zaludniającymi się fragmentami polski są suburbia 12 metropolii lub miast do tego miana aspirujących. Formalnie pozostające gminami wiejskimi, ze wszystkimi tego podatkowymi, prawnymi i administracyjnymi konsekwencjami. Na 15 gmin w Polsce o szczególnie dużym popycie na mieszkania, wszystkie były wiejskie, a 11 z nich stanowiły wsie okalające stolicę – Lesznowola, Ząbki, Prażmów itd.

Skoro Polacy masowo migrują pod metropolie, musimy spodziewać się rosnącego obciążenia dróg, większego zużycia paliw. Pochodną jest kolejny, też wyłapywany już w badaniach trend: miasta będą biedniały. Coraz trudniej będzie utrzymać im infrastrukturę, skoro dochody czerpią jedynie od oficjalnych mieszkańców.

Pewnik dziewiąty: pojawią się imigranci i reemigranci

W ciągu ostatnich 10 lat, między dwoma spisami powszechnymi, przybyło w Polsce około 100 tys. osób, głównie kobiet. Po części stoją za tym powroty z zagranicy. To charakterystyczna cecha współczesnych migracji, że w krajach o starzejących się społeczeństwach powstają miejsca pracy dla emigrantów w usługach opiekuńczych, w opiece nad starszymi. Polskie emigrantki pojechały, ale wróciły, wymieniając w badaniach wśród przyczyn decyzji przede wszystkim tęsknotę za rodziną.

W ciągu następnych lat nasz kraj dołączy jednak do tych, w których potrzeba szczególnie wiele rąk do pracy w opiece nad starszymi. Te miejsca zajmą pewnie imigrantki. Kobiety, bo wśród wielu stereotypów kulturowych akurat ten łączący płeć żeńską z pracami opiekuńczymi jest wyjątkowo głęboko zakorzeniony. Część z nich wyjdzie tu za mąż. Część zostanie.

Pewnik dziesiąty: nie zabraknie rąk do pracy

Wbrew obawom (i deklaracjom polityków), ubytek Polaków w wieku produkcyjnym – o 30 proc. mniej rąk do pracy – wcale nie oznacza, że praca będzie leżała na ulicy, a bezrobocie zniknie. Dr hab. Jacek Męcina z Instytutu Polityki Społecznej UW oraz KPP Lewiatan tłumaczy, że każdy rynek pracy, nawet cierpiący na niedobór pracowników, ma swoją grupę bezrobotnych. Problem tkwi w niedopasowaniu potencjału pracowników do potrzeb. Podaje przykład Niemiec z końca lat 90., kiedy kanclerz Gerhard Schröder zapraszał polskich informatyków, choć istniał tam problem bezrobocia.

Ubytek rąk do pracy w wariancie polskim oznacza, że trzeba będzie sięgnąć do rezerw, które wciąż mamy, zwłaszcza że tylko połowa Polaków w wieku produkcyjnym zawodowo pracuje. (Mamy najmniejszą w Europie aktywność zawodową kobiet, znaczne ukryte bezrobocie na wsi i wśród młodzieży, a ok. 2 mln Polaków wypchnęliśmy do pracy za granicą). Dr hab. Męcina zaznacza, że znaczna część tych osób z różnych osobistych powodów nie podejmie jednak pracy na pełny etat. Konieczne są rozwiązania bardziej elastyczne.

Wariant optymistyczny mówi, że pracownicy zechcą przekwalifikowywać się, doszkalać, zmieniać zawód nawet kilka razy w życiu. A pracodawcy będą potrafili tak zarządzać zespołem, by zamiast jednego człowieka, któremu można zaserwować nadgodziny, gospodarować trójką, która nadgodzin nie weźmie. I tak dalej.

Być może mniejsza podaż tanich pracowników spowoduje odwrót z naszego rynku korporacji, którym przeniesienie gdzie indziej fabryki, centrum usług itp. zajmuje dziś parę tygodni. I to by był wariant pesymistyczny. Dziś co piąte nowe miejsce pracy generują właśnie takie firmy. A to by znaczyło, że bezrobocie wciąż będzie się odradzać. Dodatkowe miliony Polaków, gdyby się urodziły, mogłyby być raczej kłopotem niż atutem.

Czy mniej znaczy gorzej?

Skoro więc i tak będzie nas mniej, może czas przestać w tym widzieć katastrofę? Ta sytuacja – logicznie rzecz biorąc – może mieć i plusy. Można sobie wszak wyobrazić, że oznacza ona wzrost jakości i komfortu życia, lepszą pracę, staranniejsze wychowanie i edukację młodszych pokoleń, właściwszą opiekę nad starszymi pokoleniami, mniejsze obciążenie środowiska naturalnego, zasobów, infrastruktury. Być może pod hasłem polityka prorodzinna – zważywszy na to, jak ta przyszła rodzina ma wyglądać – należy już dziś rozumieć coś zupełnie innego niż tylko zachętę do prokreacji. Ludzie będą raczej potrzebowali pomocy nie w opiece nad jedynakiem, ale nad piramidą żyjących wciąż przodków.

Zamiast namawiać do mnożenia się (wszyscy politycy wydają się zgodni, że potrzebujemy polityki pronatalnej) – co i tak, w tym kontekście demograficznym, pozostanie w dużej mierze bezskuteczne – może czas pomyśleć, co można zrobić, żeby pomóc ludziom odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości? Mniej ludnej, ale bardzo wymagającej.

Wszystkie te procesy opisywane przez demografię, psychologię społeczną oraz socjologię mają wspólny mianownik. Wymagać będą od ludzi coraz większej elastyczności. Wielokrotna zmiana zawodów, a przynajmniej miejsca i formy zatrudnienia, konieczność podejmowania nauki do późnych lat – wszystko to rodzi nowe wyzwania. Na przykład dla systemu edukacji.

Umiejętności społeczne, elastyczność, samodzielność można przecież w człowieku kształtować. Ostatnie lata przyniosły w pedagogice przewrót, wręcz zmianę filozofii kształcenia. Polska szkoła za tym nie nadąża, a jedyną reakcją na niż demograficzny, który miał się stać pretekstem do zmiany standardów kształcenia – jest na razie zamykanie szkół i komasowanie dzieci w antywychowawczych molochach.

Elastyczność będzie też musiała charakteryzować pracodawców. Pracownicy pozyskani z zapasów, którzy nie chcą lub nie będą w stanie pracować na etat, to wyzwanie, jeśli chodzi o umiejętności zarządzania, organizacji pracy. Też warto zacząć się tego uczyć.

Zmienić musi się prawo: alimentacyjne, spadkowe, wreszcie prawo rodzinne. Trzeba zadbać o takie nisze, jak na przykład prawo o obywatelstwie; z niewiadomych powodów Polak może (formalnie) mieć tylko jedno, nawet mając dwoje rodziców z różnych krajów.

Prof. Piotr Szukalski zwraca uwagę, że zaczynamy właśnie historyczny eksperyment: kolejne pokolenia, nawet cztery, przez kilkadziesiąt lat żyją obok siebie. Kulturowo rzecz biorąc, rola pradziadka czy prawnuka właściwie nie istnieje, trzeba ją wypracować. Tak jak trzeba będzie odnaleźć się w roli dziecka na zasadach innych niż te sprzed II wojny; takiego, co weźmie ojców na dożycie na zapiecku.

A w tle są jeszcze inne zmiany. Rzeczywistość pędzi. Nieznana jest ostateczna formuła Internetu. Komputery zaczynają czytać nam w myślach, rynek dóbr oddziałuje na nas, korzystając z wiedzy neuropsychologicznej. Bogaci się bogacą, biedni biednieją. To wszystko razem generuje frustrację i niepewność. Znana koncepcja psychologiczna mówi, że dobrym antidotum na lęk jest trzymanie się światopoglądu, utrwalonych przekonań.

Dobrze by było, gdybyśmy w tej kwestii też stali się bardziej elastyczni. Zwłaszcza jeśli chodzi o przekonanie dziś wyjątkowo jeszcze uniwersalne, że jak nas będzie więcej, to na pewno będzie nam lepiej.

Tekst powstał na postawie danych demograficznych oraz prognoz Głównego Urzędu Statystycznego, danych ONZ i Eurostat, a także na podstawie książki „Wizja przyszłości Polski, studia i analizy” wydanej przez Komitet Prognoz „Polska 2000 plus” oraz wydawnictw Instytutu Gospodarki Mieszkaniowej. Za pomoc dziękuję prof. Annie Kwak z ISNS UW, prof. Hance Zaniewskiej z Instytutu Rozwoju Miast i dr. hab. Jackowi Męcinie z IPS UW.

Polityka 09.2012 (2848) z dnia 29.02.2012; Kraj; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Demoniczna demografia"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak rozpoznać depresję u dzieci?

Niedawno pisaliśmy o niewydolnym systemie pomocy dla najmłodszych, którzy coraz częściej zmagają się z problemami psychicznymi. Jak działać, gdy system nie działa? – pytamy Lucynę Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, koordynatorkę telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111.

Joanna Cieśla
09.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną