Kraj

Zgrana karta

Ile kosztują nas nauczyciele

Nauczyciele, jak wynika z badań, są coraz bardziej sfrustrowani i niezadowoleni, mimo że regularnie rosną ich zarobki. Nauczyciele, jak wynika z badań, są coraz bardziej sfrustrowani i niezadowoleni, mimo że regularnie rosną ich zarobki. tiero / PantherMedia
Co piąty pracujący Polak jest dziś nauczycielem. Pracownikiem specjalnego traktowania, a potem emerytem na specjalnych prawach. Ten system działa jednak ze szkodą dla wszystkich. Nauczycieli, uczniów i budżetu.
Liczba uczniów w Polsce będzie spadać nadal. Według prognoz GUS, do 2020 r. w szkołach ubędzie kolejne 600 tys. uczniów.tomwang/PantherMedia Liczba uczniów w Polsce będzie spadać nadal. Według prognoz GUS, do 2020 r. w szkołach ubędzie kolejne 600 tys. uczniów.
Niezależnie od aktualnej sytuacji demograficznej ci nauczyciele, którzy już pracują na etatach, praktycznie są niezwalnialni.Mirosław Gryń/Polityka Niezależnie od aktualnej sytuacji demograficznej ci nauczyciele, którzy już pracują na etatach, praktycznie są niezwalnialni.

Oto zagadka. Jak to się dzieje, że w ciągu ostatnich 10 lat liczba uczniów w szkołach spadła z ponad 7 mln do ponad 5 mln, liczba pracujących z nimi nauczycieli prawie się nie zmieniła, wydatki na edukację wzrosły o 40 proc. – a w oświacie jest gorzej?

Choć mamy najmniejszą w Europie liczbę uczniów przypadających na nauczyciela (10,5), to w polskich klasach jest tłoczniej niż w innych europejskich krajach. W ciągu 10 lat średnia liczba uczniów zwiększyła się z 21 do 25, a w niejednej miejskiej klasie liczba dzieci przekracza 30. Szkoły są też coraz bardziej molochowate, a więc antywychowawcze. Gimnazja na potęgę łączy się z podstawówkami, do tych ostatnich dołącza się przedszkola – i tak dalej. A sami nauczyciele, jak wynika z badań, są coraz bardziej sfrustrowani i niezadowoleni, mimo że regularnie rosną ich zarobki. W marcu 2012 r. w Krakowie nawoływali kibiców Wisły Kraków, by przed meczem z Lechem przyszli poprzeć ich nauczycielski protest w sprawie zwiększenia nakładów na oświatę.

Pensje

W praktyce bez względu na to, ile wrzucimy w system, wszystko da się przetrawić. Bo system nie jest racjonalny. Całość pomyślano tak, by chronić szkoły, miejsca pracy i pensje nauczycielskie przed chwilowymi burzami – takimi jak jeden czy kilka z kolei mniej licznych roczników. Ale to, co mogłoby chronić przed deszczem, nie ochroni przed powodzią – gdy ubywa nam ze szkół jedna trzecia uczniów.

Słaby jest już filar systemu, czyli zasady rządzące przepływem pieniędzy. Od góry wygląda jeszcze nieźle; zgodnie z najnowszą filozofią kształcenia budżetowa dotacja jest powiązana z kosztami nauczania konkretnego dziecka. Na edukację dziecka niepełnosprawnego państwo polskie daje samorządom więcej niż na pełnosprawne, za edukację wiejskiego więcej niż za miejsce w klasie w dużym mieście – itd. Jednak piętro niżej, pomiędzy gminami a szkołami, pieniądz nie idzie już za uczniem. Tu wędruje jedynie za nauczycielem.

Przepisy dotyczące wynagradzania i zatrudniania nauczycieli są sztywne. Zgodnie z zapisami Karty Nauczyciela, w ramach wypłaty nauczycielom zawsze należą się określone pieniądze – i ten wydatek musi mieć w gminie priorytet. Płaci się niezależnie od tego, czy ubyło nauczycielom podopiecznych (ale też od tego, jacy się przytrafili i ile trzeba im było poświęcić czasu). I bez względu na to, czy samorząd ma środki – jeśli nie ma, musi się zadłużyć.

W Karcie Nauczyciela zapisano też, że jeśli w jakiejś części Polski nauczycielom się poprawiło, to poprawę powinni odczuć też pozostali. Samorządy są zobowiązane, by corocznie obliczać, czy nauczyciele zatrudnieni na ich terenie nie zarobili mniej niż polska średnia w tym zawodzie – i w razie czego z własnych środków dołożyć.

W szczegółach ten mechanizm działa kuriozalnie: wszystkie etaty nauczycielskie w powiecie wrzuca się do jednego worka, a „wyrównania” przyznaje proporcjonalnie do zarobków oraz stażu pracy. Ci, którzy i tak zarobili najwięcej, dostają więc największe „wyrównania”, nawet jeśli ich osobista pensja wcale nie odstaje w dół. I odwrotnie, ci, którzy zarobili mniej, być może wcale tej średniej nie osiągną. Samorządy dokładają do nauczycielskich pensji, przekraczając budżety, ale większość nauczycieli tego nie odczuwa. Za to frustrują się, gdy tabloidy ogłaszają wytłuszczonym drukiem „średnie pensje” podane przez ministerstwo. W 2010 r. dla nauczyciela dyplomowanego miało to być około 5 tys. zł; średnią zawyżyły pensje dyrektorskie.

Idźmy dalej. Państwo przekonuje, że ogłaszając podwyżki dla nauczycieli, zawsze zapewnia na to środki. W ciągu ostatnich lat te pensje wzrosły nawet o połowę. W praktyce ministerstwo dokłada jednak tylko do gołych pensji, a tymczasem nauczycielom przysługują też rozliczne dodatki – za wysługę lat, motywacyjny, za pracę w małej miejscowości i inne, sięgające nawet kilkudziesięciu procent podstawowego zarobku. Ze sfinansowaniem tych rosnących proporcjonalnie do pensji dodatków gminy też muszą radzić sobie same – i nie radzą sobie. A nauczycielom brak motywacji, bo dodatek należy się ten sam bez względu na to, jak i ile pracują.

 

Pensum

Wszystkie te mechanizmy same w sobie pewnie jeszcze nie musiałyby rozsadzać systemu, gdyby nie skrajny brak elastyczności.

Niezależnie od aktualnej sytuacji demograficznej ci nauczyciele, którzy już pracują na etatach, praktycznie są niezwalnialni. Zgodnie z zapisami Karty Nauczyciela pedagog, o ile tylko awansuje zawodowo do grupy nauczycieli mianowanych bądź dyplomowanych (a tacy stanowią 80 proc. zatrudnionych), wchodzi w stosunek pracy na drodze mianowania, co oznacza, że zwykły Kodeks pracy go nie obowiązuje. Zwolnić go można tylko z określonych przyczyn, np. ukończenie 65 roku życia lub likwidacja szkoły, względnie połączenie jej z inną. W ciągu ostatnich 10 lat ubyło 1/3 uczniów, w tym czasie liczba czynnych nauczycieli zmniejszyła się o 5 proc.

Nauczyciele w Polsce pracują nieefektywnie – jeśli efektywność mierzyć godzinami spędzonymi z dziećmi oraz wynikami w międzynarodowych badaniach kompetencji. I to też pokłosie zapisów w Karcie Nauczyciela. Na pracę z dziećmi w klasach przeznaczają rocznie tylko 510 godzin, wobec 789 godzin średnio w państwach OECD. Karta Nauczyciela mówi, że nauczyciele pracują 40 godzin tygodniowo, jak wszyscy pracownicy, ale z tego tylko 18 godzin mogą spędzić przy tablicy. Resztę czasu zagospodarowują wedle własnego uznania, przeznaczając go na przygotowanie zajęć, sprawozdawczość, sprawdzanie prac uczniów – albo na cokolwiek. Niezależnie od przedmiotu, jaki wykładają.

Jeśli jest taka potrzeba, szkoła może zlecić nauczycielowi więcej zajęć w klasach – ale nie więcej niż 27 godzin tygodniowo. Te ponad pensum traktuje się wówczas jak nadgodziny, za które trzeba płacić więcej, zgodnie z Kodeksem pracy. Dyrektorzy szkół skarżą się nierzadko, że widzą, który nauczyciel poradziłby sobie z jaką klasą, a i sam nauczyciel nie miałby nic przeciwko, żeby wziąć więcej zajęć – ale możliwości manewru są zerowe. Każdy musi wypracować swoje pensum, nikt go nie może przekroczyć.

Można też zlecić nauczycielowi pracę w szkole w wakacje, ale wówczas trzeba mu udzielić urlopu w innym terminie. A kto poprowadzi jego lekcje? To wszystko ma swoje tło; rzecz biorąc statystycznie, płacimy nauczycielom nie najgorzej. W ogłoszonym w 2011 r. raporcie Głównego Urzędu Statystycznego o pracy i zarobkach czytamy, że zgodnie z wyliczeniami statystyków, nauczyciele zarabiają 43 zł za godzinę, czyli więcej niż według GUS otrzymują prawnicy (42,59 zł), programiści (38 zł) czy też specjaliści od sieci komputerowych (32 zł). Długie okresy przerw i krótszy tydzień pracy powodują jednak, że w ostateczności nauczyciel odbiera raczej średnią pensję; od około 3,7 tys. zł brutto w szkole podstawowej po około 3,8 tys. zł brutto w gimnazjum (przy czym, co ciekawe, akurat w tej branży kobiety zarabiają średnio po około 200 zł więcej niż mężczyźni). Miesięcznie programiści odbierają z kasy średnio już niemal dwukrotnie więcej niż nauczyciele. Oni mogą pracować, ile chcą.

Zadłużenie

Autorzy raportu dla Forum Obywatelskiego Rozwoju – ekonomiści dr Wiktor Wojciechowski, Lech Kalina i Aleksander Łaszek – piszą, że gdyby polscy nauczyciele pracowali w podobnym systemie co koledzy za granicą, to zachowując aktualną proporcję liczby nauczycieli do uczniów wystarczyłoby nam 273 tys. pedagogów. To o 148 tys. (35 proc.) mniej niż dziś.

Z kolei z szacunków Banku Światowego wynika, że podnosząc pensum dydaktyczne w Polsce z 18 do (wciąż zaledwie) 24 godzin tygodniowo (a więc ciągle poniżej europejskiej średniej), można by zrezygnować z 14 proc. nauczycieli, co dałoby budżetowi oszczędności równe 1,6 mld zł rocznie. Mniej więcej tyle, zdaniem samorządów, zabraknie w tym roku, aby pokryć ich edukacyjną dziurę budżetową.

Dziś wydatki na szkolnictwo to podstawowa pozycja budżetowa w gminach. W 20 proc. samorządów suma samych pensji nauczycielskich przekracza cały budżet gminy. W większych miejscowościach pensje zabierają średnio około 30 proc. całego budżetu, ale z tendencją rosnącą. W 2008 r. po raz pierwszy liczba gmin, w których budżetu nie udało się domknąć, przewyższyła liczbę tych, które nie muszą się zadłużać na bieżące utrzymanie. W 2010 r. liczba samorządów, gdzie budżet wykazał deficyt, sięgnęła już 2,1 tys., a w tym samym czasie tylko ponad 200 nie zabrakło pieniędzy (i nie można, wynika z innych badań, tłumaczyć tego stanu jedynie zadłużaniem się na współfinansowanie inwestycji unijnych). Być może właśnie osiągnęliśmy punkt krytyczny, w którym malejąca liczba uczniów – przy prawie niemalejącej liczbie nauczycieli i ich rosnących płacach – nie pozwala już samorządom zmieścić się w wydatkach.

 

Samorządy imają się więc coraz bardziej wywrotowych pomysłów, by choć część nauczycielskich pensji wykreślić ze swoich budżetów. Tracą na tym uczniowie, ale i sami nauczyciele. Najprościej jest tworzyć molochy, zamykając jedną szkołę i dopychając dzieci do innej – zawsze można przy okazji, legalnie, obciąć trochę etatów. W 2012 r. zniknie tak z mapy Polski prawie tysiąc szkół, z czego ponad 700 tych, w których dziś uczą się dzieci i które mogłyby trwać. Najwięcej szkół zlikwidowanych zostanie na Mazowszu – ponad 300.

Tymczasem mniejsze szkoły zamieniają się w placówki stowarzyszeniowe. Życie szkolne toczy się dalej, w tym samym budynku, z tą samą obsadą nauczycielską, acz z jedną wyraźną różnicą: nauczycieli w takich społecznych szkołach nie chroni już Karta Nauczyciela. Stają się pracownikami zatrudnianymi zgodnie z Kodeksem pracy, a więc i zwalniani są według takich zasad jak inni pracownicy i tak też wynagradzani. W sumie w szkolnictwie niepublicznym pracuje ponad 3 tys. nauczycieli. Spędzają w szkołach więcej godzin, zarabiając wyraźnie mniej. Z danych GUS wynika, że średnio o 1 tys. zł brutto mniej niż koledzy w szkołach publicznych. W odpowiedzi na ten trend państwo wprowadziło więc kolejne obostrzenie prawne; od 2009 r. przekształcać w stowarzyszenia można tylko te szkoły, które liczą mniej niż 70 uczniów.

Nadmiar

Samorządy od lat starają się zmienić to sztywne nauczycielskie prawo tak, by nieco powiązać finanse z demografią. Związek Gmin Wiejskich RP już trzy lata temu złożył w Sejmie projekt zmian w prawie oświatowym, ale bez skutku. Wraz z końcem VI kadencji Sejmu projekt umarł śmiercią naturalną. Teraz swoją wersję tego prawa pisze zespół ekspertów przy Śląskim Związku Gmin i Powiatów. Związek Miast Polskich ma gotowe rozwiązania, do których od dłuższego czasu próbuje przekonać premiera. Krajowy Zespół do sprawy Statusu Zawodowego Nauczycieli powstał też w Ministerstwie Edukacji – ale zawiesił działalność (formalnie MEN czeka na wyniki oficjalnych badań czasu pracy nauczycieli).

Tymczasem liczba uczniów w Polsce będzie spadać nadal. Według prognoz GUS, do 2020 r. w szkołach ubędzie kolejne 600 tys. uczniów (i to nawet zakładając, że wszystkie sześciolatki jednak uda się tam wysłać). Nie urodziły się dzieci, które miałyby tam pójść. Ekonomiści z FOR podkreślają, że gdyby chcieć utrzymać obecną – i tak rozrzutną – proporcję dzieci do nauczycieli, etaty trzeba by zredukować o blisko 100 tys. Czyli jedną czwartą pracujących dziś przy tablicy. Już teraz na nauczyciela w Polsce przypada statystycznie zaledwie 10 dzieci.

Ci wszyscy ludzie wpadną pewnie w kolejny wywalczony specjalnie dla nauczycieli system: aż do 2032 r. włącznie można, niezależnie od wieku, skorzystać z wcześniejszej emerytury (zwanej świadczeniem kompensacyjnym), o ile ma się 30-letni staż pracy, w tym 20 lat w szkole. Już dziś niemal połowa nauczycieli ma około 40–50 lat i właśnie zaczyna ich obejmować to rozwiązanie.

Pytanie pierwsze brzmi, czy to jest rozwiązanie dobre dla samych nauczycieli? Powiązanie emerytury ze składkami oznacza, że będą to świadczenia głodowe. Ewentualnie, że dopiero ukończywszy pięćdziesiątkę zaczną rozglądać się za pracą dodatkową.

Pytanie drugie brzmi, czy jest to system sprawiedliwy wobec reszty społeczeństwa, któremu już zapowiedziano, że popracuje aż do 67 roku życia?

Odpowiadając sobie szczerze na oba, nie sposób nie dojść do wniosku, że skoro dzieci mamy coraz mniej, to i część nauczycieli powinna zmienić zawód. To mogłaby być okazja, by odsiać tych słabszych, zrutynizowanych albo bez talentu, a zostawić najlepszych. Być może też dałoby się część zaoszczędzonych w ten sposób pieniędzy zainwestować w przekwalifikowanie tych, którzy muszą odejść, część przeznaczyć na systemy motywacyjne z prawdziwego zdarzenia, zwiększając zarobki w szkołach. Ale chyba nie ma na to widoków. Nauczyciele (i ich związek) to silna grupa nacisku: jedna piąta wszystkich pracujących. I zdeterminowana, by szukać poparcia u polityków, rodziców, może nawet – jak w Krakowie – u kibiców piłkarskich. Ale ta walka ma coraz mniej sensu.

Polityka 13.2012 (2852) z dnia 28.03.2012; Kraj; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Zgrana karta"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Smartfonowa rewolucja według Wiśniewskiego

Czy świat wszechobecnych i wszechmocnych smartfonów jest tym, o czym marzyliśmy? A bezprzewodowa ewolucja stale przyspiesza.

Mariusz Herma
19.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną