Kraj

Zamieszana w węgiel

Rozmowa z Alexis - od niej zaczęła się sprawa Barbary Blidy

Barbara Kmiecik pozostała w biznesie - zajmuje się teraz handlem biomasą. Barbara Kmiecik pozostała w biznesie - zajmuje się teraz handlem biomasą. Rafał Klimkiewicz / Edytor.net
Rozmowa z Barbarą Kmiecik, zwaną śląską Alexis, uniewinnioną właśnie w głośnym procesie o przestępstwa gospodarcze, o interesach po polsku, czyli o znajomościach, długach wdzięczności i biesiadach z politykami.
„Alexis” po wyjściu z łódzkiej prokuratury, gdzie zeznawała w sprawie śmierci Barbary Blidy.Michał Tuliński/Forum „Alexis” po wyjściu z łódzkiej prokuratury, gdzie zeznawała w sprawie śmierci Barbary Blidy.
Barbara Kmiecik w czasach największego rozkwitu. Katowice, 1995 r.Piotr Wójcik/Agencja Gazeta Barbara Kmiecik w czasach największego rozkwitu. Katowice, 1995 r.

Piotr Pytlakowski: – Jak pani zamieszała się w ten węgiel?
Barbara Kmiecik: – Długa historia. W 1982 r. otworzyłam firmę budowlaną, wykonywałam remonty. Mój ówczesny mąż miał dziewięciu braci, potrafili robić tynki ręcznie. Grupa Kmiecików była rozchwytywana, piękne roboty braliśmy, mieliśmy uprawnienia pracowni konserwacji zabytków, remontowaliśmy też obiekty zabytkowe. Miałam przyjaciółkę, była konserwatorem miejskim w Katowicach i ona mnie zapoznała z tym środowiskiem.

Znała się pani na tym?
Mąż mnie nauczył. Jeździliśmy do jego rodziców na wieś i kazał mi w stodole tynkować; ściana była goła, kielnia, paca, rajbetka i musiałam przy nim rajbować, czyli zacierać, narzucać. Ale w firmie nie tynkowałam, robiłam kosztorysy, prowadziłam ją. Firma się rozwijała. Pracowaliśmy dla spółdzielni mieszkaniowych, kościołów. A potem wzięliśmy się za roboty górnicze. Weszłam w ten interes trochę z zazdrości. W 1984 r. kupiłam sobie Volvo 340 GS, niebieskie z przyciemnionymi szybami. Kilka lat później mój kolega z branży budowlanej zaczął jeździć lepszym samochodem niż ja. Okazało się, że on wykonuje roboty górnicze.

Znała się pani na tej branży?
To była budowa instalacji w kopalniach, pod ziemią. Nie znałam się, ale szybko to przyswoiłam. Znałam bardzo dobrze Mirka Majora, dyrektora Kopalni Staszic. On na początku szefował tam PZPR, a potem był bardzo solidarnościowy. A później go zastrzelili, gazety o tym dużo pisały. (W 1994 r. dyrektora Majora z niewyjaśnionych do dzisiaj motywów zastrzelił Zbigniew M.). Dzięki temu Mirkowi zeszłam pod ziemię, ale w jego kopalni to długo nie trwało.

Mój pracownik miał kuzyna, dyrektora w kopalni Murcki; tam poszliśmy ze Staszica. A potem z tej branży wygonił mnie ówczesny minister w rządzie SLD, który wydał zarządzenie, że prywatne firmy nie mogą pracować na kopalniach. Kopalnia była mi winna 900 tys. zł, ale nie miała pieniędzy. Zapłacili mi węglem.

Czyli handel węglem to był raczej zbieg okoliczności?
Zostałam niejako do tego zmuszona. Na początku nie wiedziałam, co mam z tym węglem zrobić, ale pomógł mi pewien kolega z Czech, który handlował cukierkami. Mieszkał w Ostrawie, tam była wielka huta – Trzyniec. Kupili ten węgiel do wytopów. U nas obowiązywały przepisy, że węgiel na eksport można w kopalni kupić z 40-proc. zniżką – w Polsce surowca było za dużo, chcieli go wypchnąć za granicę. Otworzyłam sobie nowy rynek. Potem już kupowałam za gotówkę. Rudzka Spółka Węglowa była zadłużona, mieli zajęte konta, więc kiedy potrzebowali gotówki na wypłaty, w torbach zawoziłam im pieniądze. Szybko wgryzłam się w ten biznes.

Zawierała pani kolejne znajomości? Trzeba było wyświadczać kontrahentom jakieś przysługi czy może po prostu odpalać dolę?
Zaczęłam handlować z elektrowniami, głównie z tą w Połańcu, znałam jej szefa, ale żadnej doli nikomu nie odpalałam. Powiem, jak zeznawałam w procesie: nie było łapówek, ale zwykłe odwdzięczanie się. Nikt wprost przecież nie żądał łapówki, ale za przysługi opłacało się odwdzięczyć.

I płynęły wielkie pieniądze. Umieszczono panią na listach najbogatszych. Wysoko się pani wdrapała.
Zatrudniałam 1,2 tys. osób, obroty miałam rzędu pół miliarda złotych. Handel węglem, roboty górnicze, budownictwo, zakład pracy chronionej, trzy cegielnie, piekarnia, pensjonat, stadnina koni.

Jak piękny sen. Przebudzenie musiało być przykre.
Po wyborach w 1997 r. władzę objął AWS. Wyrzucono dyrektorów, którzy byli w elektrowniach, ich miejsce zajęli inni. Odcinali mnie od rynku pod różnymi pretekstami, ale powód był zawsze ten sam – bo jestem firmą SLD. Wyparły mnie z rynku firmy związane z AWS. Musiałam ogłosić upadłość, straciłam wszystko.

Nie miała pani przyjaciół w AWS? Czy na Śląsku nie można robić biznesu, gdy się nie zna nikogo ważnego?
Na całym świecie człowiek kreatywny, z kontaktami, jest doceniany. U nas uważa się, że to jest źle, jeśli biznesmen kogoś zna.

Z tego, co pani mówi, wykorzystywanie znajomości jest wręcz walorem przedsiębiorcy.
Trzeba się przystosować do warunków. W Polsce biznes działa tak, a nie inaczej i to niezależnie od tego, jaka opcja jest u władzy.

Firma padła, a pani znalazła się w nowej branży. Specjalność: doradztwo.
Córka prowadziła firmę budowlaną, robiła elewacje. Na moją prośbę otworzyła w swojej firmie dział konsultingowy. Pracowałam u niej, ale zupełnie osobno, z osobnym kontem. I za to ona została potem oskarżona – że była słupem dla mojej firmy.

Co pani konsultowała?
Jak starać się o zaległe odszkodowania za szkody górnicze. Poszkodowane przez górnictwo firmy – spółka tramwajowa czy spółdzielnia mieszkaniowa z Siemianowic – nie wiedziały, jak uzyskać odszkodowania, a nawet do kogo się zwrócić. Myślały, że do kopalni, a ta już dawno upadła. Ja im doradziłam, żeby zwrócili się do Skarbu Państwa. Prokurator zarzucił mi, że wykorzystywałam znajomość z politykami, powoływałam się na wpływy. Sąd uznał, że w mojej działalności nie było nic nagannego.

O co chodziło z tym słupem? To przecież nie jest przestępstwo pracować u córki.
Według prokuratora, była ze mną w zmowie i firmowała moje działania. Sąd to obalił.

Po wyroku pewnie – kamień z serca?
Od 2004 r. mnie przygniatał. Proces ruszył jesienią 2006 r. A teraz sędzia powiedziała: niewinna. I ja, i pozostali oskarżeni, w tym moja córka. Ona płakała, ja już nie potrafię płakać. Śląska prasa podzielała punkt widzenia prokuratora, pisano w tonie, że jestem winna. Bałam się wyroku, pani sędzia wydawała się surowa, ale okazała się sprawiedliwa. Nie wyłudzałam, nie powoływałam się na wpływy, nie oszukiwałam.

Wcześniej bez wyroku odsiedziała pani w sumie ponad rok w areszcie.
Za zarzuty natury gospodarczej trafiłam dwukrotnie do aresztu. Zamknięto też moją córkę. Wtedy nie wiedziałam, czemu to miało służyć, dzisiaj już wiem: zastosowano areszt wydobywczy.

Co chciano wydobyć?
Wiedzę o politykach. Podczas rozprawy sędzia odczytała donos, jaki wysłał do prokuratury Ryszard Z. (tu pada pełne nazwisko); wcześniej uważałam go za przyjaciela. Pisał, że miałam kontakty z politykami, nie tylko z lewicy, ale nawet z panem Wassermannem. O posła Wassermanna mnie nie pytano, o lewicę – jak najbardziej.

To dziwne, bo do aresztu trafiła pani za rządu SLD.
Nadepnęłam na odcisk wojewodzie. Stanęłam w obronie urzędnika, którego odwołano, żeby zrobić miejsce dla protegowanego. Pojechałam w tej sprawie do władz SLD na Rozbrat w Warszawie. Nic nie wskórałam, ale wojewodzie krwi napsułam. Jego człowiek został prezesem spółki Tramwaje Śląskie i stamtąd poszła informacja (najpierw do gazety), że wyciągam pieniądze od tej spółki i pomaga mi Basia Blida. Potem areszt, w międzyczasie zmiana ekipy u władzy. Przyszedł PiS i prokuratorzy zaczęli drążyć wątki układu politycznego z donosu Ryszarda Z.

Lewica pani broniła?
A gdzie tam. Wpłynęło dziewięć poręczeń, ale nie od polityków. Kilku księży, dwóch arcybiskupów, prof. Andrzej Wiszniewski, który był szefem Komitetu Badań Naukowych w czasach AWS, Regionalna Izba Rozrachunkowa, Izba Budowlana. Nie pomogły.

Jak wyglądały te pobyty w areszcie – i pani, i córki? Często panią przesłuchiwano? Poddawano jakimś naciskom?
Siedziałam najpierw trzy, potem 11 miesięcy. Właściwie nic się nie działo. Prokurator przesłuchał mnie na początku, potem cisza. Córkę zwolnili za kaucją. Nie przyznawałam się, bo nie miałam do czego. Grożono mi, że jak nie zacznę mówić, ponownie zamkną moją córkę, dopadną męża. Bałam się. Prokurator pokazał mi w kodeksie paragraf, że jak będę współpracować, to mnie łagodniej potraktują. Wyszłam z aresztu i sama zgłosiłam się do ABW. Tam zaczęłam zeznawać o układach w handlu węglem.

Prawdę?
Prawdę, ale nie taką, jak pisały gazety. Nikogo w gruncie rzeczy nie obciążyłam.

Ale na podstawie pani zeznań powstał prokuratorski, wykorzystywany przez polityków szkic mafii węglowej z SLD w czołowej roli.
Nie ukrywałam, że należałam do tej partii, że przyjaźniłam się z politykami. Ceniłam Aleksandra Kwaśniewskiego. Zorganizowałam spotkanie z nim jako kandydatem na prezydenta w 1995 r. Potem pisano, że w Czerwonej Oberży zebrała się czerwona mafia. Było tam 10 prezesów spółek wchodzących w skład Polskiego Towarzystwa Węglowego. Każdy wpłacił tysiąc złotych na kampanię Kwaśniewskiego.

Lecha Wałęsę też wspomagaliście?
Oczywiście, w następnych wyborach. Gościłam go w mojej stadninie koni w Chruszczobrodzie. To wspaniały człowiek.

Prokuratorzy pytali o niego?
Głównie o Basię Blidę. Chcieli mieć ją jako ogniwo łańcucha, który kończy się w najważniejszych gabinetach SLD. Nigdy im nie powiedziałam, że Basia wzięła czy dała łapówkę. Ona nigdy nie zostałaby oskarżona, bo nie było za co. To ja ją uprosiłam, żeby pośredniczyła między mną a prezesem Rudzkiej Spółki Węglowej.

Pośredniczyła? W czym?
Dałam jej 80 tys. zł, aby przekazała je prezesowi RSW – to było na konto mojego długu, a właściwie odsetek od długu. Tego prezesa też nie oskarżono. On przecież nie żądał ode mnie niczego. To nie była łapówka.

To co to były za pieniądze? Prezent? Chciała się pani za coś odwdzięczyć?
Nie mogę za wiele o tym mówić, bo nadal toczy się proces – jak to nazwali – mafii węglowej, a ja jestem świadkiem.

Potężna ta mafia?
Trzech oskarżonych o korupcję, już raz zresztą uniewinnionych; teraz mają drugą turę. Można rzec: jacy śledczy, taka mafia.

Czy w biznesie można odbić się od zera bez poparcia dawnych przyjaciół?
Ode mnie odeszli fałszywi przyjaciele, zostali prawdziwi.

Barbara Blida była prawdziwą przyjaciółką?
Ona tak. Była zawsze szczera i bezinteresowna.

Ma pani wyrzuty sumienia?
Wiem, że dla wielu jestem odpowiedzialna za jej śmierć. Ciekawe, jak sami by się zachowali, gdyby grożono im zamknięciem dziecka w areszcie. Nie powiedziałam o Basi nic, co mogłoby sprowadzić na nią poważne zagrożenie. Ja do dzisiaj myślę, że ona nie umarła. Wyjechała na jakiś czas.

Po co śledczy przyszli wtedy do jej domu?
Przypuszczam, że po kontakt na szefa lewicy, nie po nią. Chcieli zdemaskować przeogromny układ, system zła. Popełnili błąd. To nie był system zła. Ludzie zawsze są tacy sami – co dziwnego w tym, że człowiek z SLD prosi o przysługę człowieka z SLD? Ja postrzegałam Basię jako osobę silną, ale nie była silna, była zmęczona. Ona wiedziała, że jest obserwowana, kilkakrotnie zauważyła, że ktoś kręcił się po mieszkaniu pod jej nieobecność. Uważali, że nie będzie tak odporna jak ja i że po jej śladach dojdą wyżej. Jeżeli ja byłam uznana za przestępcę, to na jej telefonie można było założyć podsłuch pod pretekstem, że nie ją, ale mnie śledzą.

Dlatego za czasów PiS okrzyczano panią najpierw groźną przestępczynią, a potem prawie koronnym świadkiem?
Dlatego.

W jakiej branży teraz będzie się pani potwierdzać?
Mam pomysł na handel biomasą. Wyszły przepisy, że 20 proc. energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych. Jest biomasa leśna – gorzej płatna, i biomasa rolna – lepiej płatna. Sprowadzam ją z różnych stron świata. Na temat biomasy wiem chyba wszystko, przeszłam wszystkie możliwe szkolenia, uczyłam się od zera. Skorupy palmy olejowej to świetna biomasa, sprowadzam z Afryki.

I kupią to od pani bez żadnych kreatywnych biznesowych znajomości?
Dam sobie radę, jestem tego pewna.

Polityka 21.2012 (2859) z dnia 23.05.2012; Polityka; s. 24
Oryginalny tytuł tekstu: "Zamieszana w węgiel"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Nauczycieli trzeba będzie dowozić z domów spokojnej starości

Czas najwyższy powiedzieć, że jednakowe pensum dla katechety i polonisty to zbrodnia. Minister Czarnek usilnie pracuje nad tym, aby w szkole nie chciał pracować nikt – z wyjątkiem katechetów.

Dariusz Chętkowski
24.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną