Kraj

Polska mistrzem Polski

Jak rośnie polska duma narodowa

„Prawicowa duma z jednej strony, została umiejscowiona w chwalebnej przeszłości, z drugiej w spodziewanej, upragnionej przyszłości”. „Prawicowa duma z jednej strony, została umiejscowiona w chwalebnej przeszłości, z drugiej w spodziewanej, upragnionej przyszłości”. Mirosław Gryń / Polityka
Euro 2012 pobudziło w Polsce poczucie narodowej dumy. Rzecz ma też wymiar polityczny. Polska duma jest polem zaciętej walki.
„Ostatnia dekada mija jednak pod znakiem wielkiej ofensywy patriotyzmu w wersji pisowsko-endeckiej, na który nikt jak na razie nie ma równie silnej odpowiedzi”.Mirosław Gryń/Polityka „Ostatnia dekada mija jednak pod znakiem wielkiej ofensywy patriotyzmu w wersji pisowsko-endeckiej, na który nikt jak na razie nie ma równie silnej odpowiedzi”.
„Prawica sugeruje, iż duma musi być integralna, bez wyjątków. Bo każde zwątpienie niszczy całość”.Mirosław Gryń/Polityka „Prawica sugeruje, iż duma musi być integralna, bez wyjątków. Bo każde zwątpienie niszczy całość”.

Artykuł w wersji audio

W momencie startu Euro wszyscy zyskali przyzwolenie, by stać się patriotami biało-czerwonymi. Nawet ci, którym jeszcze niedawno na różnych marszach niepodległości, wiecach smoleńskich i w obronie Telewizji Trwam odmawiano tego prawa. Nawet premier i prezydent, którym przypadła ta historyczna okazja, by właśnie teraz Polskę reprezentować wobec milionów gości i widzów, stawać przed kamerami z białym orłem w tle. I nijak nie ma sposobu, by tę niefortunną dla prawicy sytuację jakoś odkręcić, nie narażając się rzeszom kibiców odpychającym od siebie na tę chwilę spory polsko-polskie. Zapewne więc będzie utrzymywać się swoiste zawieszenie broni. A potem tym silniej wróci stan wojny, w którym zakończone mistrzostwa będą jakoś wykorzystywane, w zależności od tego, co się zdarzy sportowo czy organizacyjnie, a nawet jeśli się nic szczególnego nie zdarzy. Można już pisać prawdopodobne scenariusze batalii.

Duma w sejfie prawicy

Jej osnową będzie właśnie polska duma, której depozytariuszem, obrońcą i piewcą mieni się polska prawica. Od kilku lat zrobiła z niej swój podstawowy oręż, znak rozpoznawczy i własność. Oskarża przeciwników politycznych, że się jej sprzeniewierzają, że jej nie pielęgnują, a wręcz przeciwnie, drwią z historii Polski, rozdrapują niepotrzebnie stare rany, samooskarżają się i biczują, odbierają Polakom godność.

Prawicowa duma z jednej strony, została umiejscowiona w chwalebnej przeszłości, z drugiej w spodziewanej, upragnionej przyszłości, „kiedy zwycięży prawda”. Najbardziej charakterystyczną cechą tej wizji jest to, że wyłączona jest z niej teraźniejszość czy – szerzej – współczesność. Cała III RP, poza 1992 r. oraz okresem 2005–07, nie nadaje się do dumy, bo to czasy plugawe, pełne kłamstwa i nieprawości.

Ten grillowo-piłkarski patriotyzm, to mówienie, że się coś Polakom udało tu i teraz, że jesteśmy „fajni”, wydaje się prawicy odstręczające, chociaż wyraża się w tym przekonaniu myśl niby jej bliska, że Polak potrafi, że się do czegoś nadajemy nie gorzej niż inni. Ale ten sukces jest nieczysty, nieprawdziwy, chwilowy, nie obrósł spiżem i już nie obrośnie.

Prawicowy radykał Wojciech Cejrowski wprost skrytykował tandetne i niegodne jego zdaniem używanie barw narodowych przez kibiców, np. na „idiotycznych czapkach”. Ale już dziennik „Rzeczpospolita” buduje inny front walki, zapewne w przekonaniu, że walka z czapkami jest bezsensowna, bo wbrew dominującej emocji. Zauważa więc w kibicowskich strojach, flagach, a nawet biało-czerwonych osłonach na lusterkach samochodowych przejaw poczucia dumy, wspólnotowości i narodowej przynależności, manifestowanej, zdaniem autora tej gazety, wbrew grupom „postępowym” i „proeuropejskim”, które mają namawiać do wyrzeczenia się polskości. Ma to świadczyć, że patriotyczne w większości społeczeństwo oglądając mecz przeciwstawia się w ten sposób wynarodowionym elitom. To jeszcze jeden dowód, że w wizji prawicy jest duma lepsza i gorsza.

Obie dumy spotykają się zresztą niespodziewanie w jednej dacie, 4 czerwca. Rocznica kontraktowych wyborów, Okrągły Stół, stopniowe odzyskiwanie suwerenności i udana przebudowa kraju – to powód do chwały dla tych, którzy uważają III RP za historyczny sukces. „Noc teczek” zaś to legenda dumnych pokonanych, którzy nadal walczą o niepodległość. Karkołomne wyczyny tzw. konserwatywnych publicystów próbują wpisać Euro w, toczony od lat, zajadły spór o interpretację polskiej historii.

Przeszłość monumentalna

Paweł Machcewicz w swojej niedawno wydanej książce przypomina, jak to jeszcze w 2001 r. profesor Andrzej Nowak na łamach „Rzeczpospolitej” w artykule pt. „Westerplatte czy Jedwabne” napisał co następuje: „Dumnie jako wspólnota możemy się czuć przy pomniku Bohaterów Westerplatte, przy pomniku w Jedwabnem nie będziemy mogli odczuwać jednoczącej nas dumy z tego, że stać nas na wspólny wstyd z tego, co tam się wydarzyło”. Napisane, jak napisane, ale co prawda, to prawda. Trudno w Jedwabnem o poczucie dumy narodowej. Gorzej, że Andrzej Nowak wysnuł z tego niezwykle bolesnego dla nas doświadczenia nakazy polityki historycznej. Zaleca mianowicie uprawianie historii „monumentalnej”, budującej narodową wspólnotę przez przypominanie Westerplatte, Monte Cassino, Katynia, powstania warszawskiego na kontrze wobec historii krytycznej, jako szargającej narodowe świętości. Stwierdza, że w Polsce współczesnej dochodzi do „starcia historii chwały narodowej z historią narodowej hańby”, wręcz do „agresywnego natarcia tej drugiej na tę pierwszą”. A w walce nie ma miejsca na subtelności. Taka dekretacja dumy wyklucza jakąkolwiek dyskusję, nie pozwala też na poddanie pod rozwagę wątków, które komplikowały opis, nakazywały zobaczyć fakty historyczne w ich całej złożoności.

Dobrze jest zdobyć Kreml

Było to widać zwłaszcza w przypadku powstania warszawskiego, którego patetyczna i naiwna heroizacja niwelowała całą intensywną krytykę jego celów, sposobów zorganizowania i przeprowadzenia, rozpoczętą zresztą tuż po wybuchu powstania, a zaświadczoną licznymi wypowiedziami, utworami i tekstami polskich generałów na emigracji, Stefana Kisielewskiego, Mirona Białoszewskiego czy Tomasza Łubieńskiego. To świadectwo protestu i krytyki zostało właściwie zmarginalizowane w dydaktyce społecznej i przykryte obowiązującą polityką historyczną, która zresztą trwa jak gdyby z rozpędu po 2007 r., zapewne dlatego, że została zaakceptowana, co widać po tłumach odwiedzających warszawskie Muzeum Powstania.

Trudności pojawiają się zwłaszcza wówczas, kiedy chodzi o przeszłe czyny zbrojne służące zdobyczom terytorialnym, podbijaniu czy kolonizowaniu innych ludów. W polskiej historii, jak niemal w każdej innej, nie brak takich zdarzeń. Współczesna wrażliwość etyczna i rodząca się (w bólach co prawda) europejska wspólnotowość skłaniają do niepodkreślania samych militarnych wyczynów, niestawiania na piedestale podbojów, nieczynienia z nich głównych elementów narodowej dumy.

Dla publicysty „Uważam Rze” zajęcie Moskwy przez Polaków w 1612 r. to „polska chwała”, ale jest w tym cień mentalności: Polacy na Kremlu to dobrze, Rosjanie w Warszawie – to źle. Pojawia się pytanie, czy ten narodowy egocentryzm, z definicji relatywizujący pojęcia słuszności i sprawiedliwości, ma współcześnie nadal obowiązywać? Po tym wszystkim, co już wiemy o wojnach, o napaściach, eksterminacjach? Czy bronić wszystkiego, najazdu na Kreml, na Wilno, na Czechy? Czy duma narodowa ma obejmować także czyny wątpliwe, których dzisiaj byśmy już nie bronili i które w wydaniu innej nacji byłyby uznane wręcz za zbrodnicze?

Dmowski bez Piłsudskiego

Prawica sugeruje, iż duma musi być integralna, bez wyjątków. Bo każde zwątpienie niszczy całość. A dla każdego czynu polskiego da się znaleźć wytłumaczenie i usprawiedliwienie. To jest lek na polskie lęki i kompleksy, stosowany zresztą w dużych porcjach już w II RP, gdzie panował hurrapatriotyczny (wedle określenia Stanisława Cata Mackiewicza) nastrój i obowiązek, megalomański stosunek do świata, a już zwłaszcza do najbliższych sąsiadów. Podsycany politycznie tak przez prawicowy obóz narodowy, jak i przez piłsudczyków, zwłaszcza po maju 1926 r., gdy przejęli władzę. Prowadziło to do narastania wzajemnej nienawiści między tymi dwoma obozami, które miały przeciwstawne i konkurencyjne opowieści o historii i o swoich wyłącznych zasługach w odzyskiwaniu niepodległości. Można powiedzieć, że ścierały się ze sobą dwie dumy, Dmowskiego i Piłsudskiego. Marszałek ze swoją legendą niepodległościową miał w tej konfrontacji mocne karty, monopolu na patriotyzm endekom nie oddał. Dzisiaj nie ma takiej symetrii. Przy zachowaniu wszystkich proporcji, Kaczyński jest wyrazistszym Dmowskim niż Tusk Piłsudskim.

Notabene dodatek historyczny do tygodnika „Uważam Rze” na okładce ostatniego numeru wybił wielki tytuł „II RP Nasza Duma”. Większość tekstów poświęcono chwale tamtej Polski, nie wspominając specjalnie ani o jej słabościach, zawinionych także z własnej woli, ani o walce wewnętrznej, często prowadzonej bardzo brutalnie. Po prostu sielanka i same sukcesy, zwłaszcza w porównaniu z III RP. Widać nadal obowiązuje styl i nastrój hurrapatriotyczny.

Wydawało się, że po 1989 r. ten nastrój nie wróci. Że Polska wchodząc do Europy i otwierając swoje granice, niezagrożona z zewnątrz w żadnej porównywalnej skali takimi katastrofami, jakie na nią czyhały przed 1939 r., nie będzie licytować się w swoim wsobnym patriotyzmie. Że raczej będzie go lokować w podnoszeniu codziennej sprawności państwa i społeczeństwa niż w konfliktach z innymi.

Ostatnia dekada mija jednak pod znakiem wielkiej ofensywy patriotyzmu w wersji pisowsko-endeckiej, na który nikt jak na razie nie ma równie silnej odpowiedzi. Jest to wyraźnie koncept polityczno-ideologiczny, przyjęty – zakładać można – na zimno i logicznie realizowany. Koncept integralny, w którym opowieść o przeszłości łączy się z analizą teraźniejszości i zapowiedzią przyszłości. Wszystkie klocki są do siebie dopasowane, a role bohaterów negatywnych i pozytywnych rozpisane.

Wzruszenie, które wzrusza

W tym ujęciu „prawo do Polski” mają tylko prawdziwi Polacy. A wspólnotę tworzy przede wszystkim lud biało-czerwony, który dzięki swojemu instynktowi i przywiązaniu do tradycji i katolicyzmu daje odpór wszelkim kosmopolitom, „mało-Polakom”, liberałom, postępowcom. A też swoją biedą daje świadectwo uczciwości, bo nie kradł i nie oszukiwał, jak ci wszyscy, którzy zawłaszczyli III RP. Właśnie dzięki niemu Polska jest polska. I jak zawsze, tak i teraz da sobie radę. Dumna skromna prowincja, dumni działacze solidarnościowi z drugiego i trzeciego szeregu (jak sam Jarosław Kaczyński), dumni cisi bohaterowie, którzy nie zrobili niegodnych karier. To duma przeciwstawiona szyderstwu elit. Nie ma w niej miejsca nie tylko na gombrowiczowską prześmiewczość z ojczyźnianej tromtadracji, ale nawet na ironię i autoironię XIX-wiecznych romantyków, którzy w swoje narodowe zaangażowanie wplatali nuty autokrytycznej refleksji.

Rozdrapywanie rzekomych win polskich z przeszłości jest samookaleczeniem się, rozbrajaniem patriotyzmu, „pedagogiką wstydu”. Gdy prezydentowi Barackowi Obamie zdarzyło się niefortunnie powiedzieć o „polskich obozach śmierci”, Jarosław Kaczyński natychmiast wrócił do znanej receptury Andrzeja Nowaka: „koniec z tą nieustanną ekspiacją naszego narodu nie wiadomo za co, samooskarżaniem się, bo to właśnie ułatwia i wręcz zachęca do tego rodzaju działań, to powoduje dla nas straszliwe straty”. Poeta Wojciech Wencel, guru najbardziej radykalnych „smoleńszczyków”, napisał: „Większość Polaków, biorąc pod uwagę wyniki wyborów, nie ma żadnej dumy narodowej. Ludzie ci uznali, że lepiej być opluwanym i udawać, że deszcz pada, niż stracić święty spokój. Niektórzy czują się z tą śliną na twarzy niewygodnie, więc próbują radykalnie odciąć się od Lecha Kaczyńskiego i kontynuatorów jego misji. (…) Z oskarżeniami o radykalizm spotykam się ciągle. Jestem jednak głęboko przekonany, iż czas minimalistów minął. Po Smoleńsku tylko maksymaliści są w stanie zabezpieczyć niepodległość”.

Taki koncept ma swój patos, swoich bardów i poetów, swoje demonstrowane uczucia i swój honor. Polska duma nie zna słabości, ale jest wyjątkowo drażliwa, łatwo ją skaleczyć, tak jak łatwo nakłuć rozdęty nadmiernie balon. Zatem słyszeliśmy, że raport MAK wdeptał naród polski w błoto, że bez przerwy ktoś gdzieś Polaków obraża, że władze polskie nie potrafią i nie chcą występować w obronie ich czci.

Obrońcy polskiego honoru, co istotne, najwyraźniej doświadczają uczuć niejako drugiego stopnia: są dumni ze swojej dumy, wzrusza ich własne wzruszenie (mówiło się swego czasu o pomniku upamiętniającym samą żałobę po ofiarach Smoleńska), porusza ich to, że są patriotami lepszymi niż inni, a właściwie jedynymi. Co powoduje, że rodzi się patriotyzm patriotyzmu, kult kultu, to się potęguje i nawarstwia. I prowadzi do paranoicznych już wniosków: jak ten, że warszawscy powstańcy oraz ofiary z Katynia, gdyby żyli, głosowaliby na PiS. Albo tego, że kibice piłkarscy, nawet nieświadomie, stają po stronie Prawa i Sprawiedliwości.

Nowa polska duma

Ten rodzaj pedagogiki jest wyraźnie zwrócony ku historii, z jej uproszczonej wizji czerpie siłę i swoje przesłania na przyszłość. Tymczasem jeśli chcemy odnaleźć też powody do polskiej dumy w teraźniejszości, to na pewno nie poprzez powtarzanie zaklęcia z filmowego komiksu: Polska mistrzem Polski!

Trzeba też uważać, aby nie popaść w infantylizm. Hasła „Fajna Polska” czy „Polska jest OK”, o które spierają się teraz „Wprost” z „Newsweekiem”, są zrozumiałą reakcją na martyrologiczny smutek i katastrofizm prawicy. Ale też brzmią trochę sztucznie i nieprawdziwie. Łatwo to skontrować i pokazać duże kawałki Polski zupełnie niefajne i nie OK. Takie hasła w wielu miejscach i środowiskach mogą budzić uśmiech politowania. Pisowski kasandryzm i hurraoptymizm drugiej strony rozmieściły się niejako na fałszywych biegunach, choć oczywiście pisowska narracja, jako całkowicie demotywująca i zohydzająca rzeczywistość, jest bardziej szkodliwa. Używając kibicowskiego słownika, PiS to patriotyczni „ultrasi”, patrzący z pogardą na niedzielnych patriotów – „pikników”. Pikniki zaś uważają ultrasów za fanatyków. Te dwie strony narodowego stadionu raczej nigdy się nie dogadają.

Dlatego właściwy ton nowej dumy musi być dopiero odnaleziony. W latach 90. paliwem dla poczucia narodowego sukcesu była trudna, ale udana transformacja, aspirowanie do Unii Europejskiej, do NATO. Horyzontem oczekiwań było stanie się „normalnym europejskim krajem”, którego mitem żyły całe pokolenia. Jednak po osiągnięciu głównych celów zabrakło energii, zapanował smutek spełnionego marzenia, jakieś specyficzne wahnięcie, rozczarowanie, dezorientacja, co wykorzystała prawica w 2005 r. Duma z normalności (i oddanej w bólach autostrady A2), z założenia nie ma wielkiej mocy i trudno jej rywalizować z toksycznym, ale sugestywnym, bardzo emocjonalnym przekazem prawicy.

Tusk miał dobrą intuicję, aby lansować jako nowy cel modernizację, nowoczesność, doganianie najlepszych, ale jakoś to ugrzęzło. Niemniej trop zawarty w udanym haśle „Polska w budowie” wart jest podtrzymania: Polska jako zadanie, w sporej mierze wykonane, ale wciąż do wypełnienia. Polska może być fajna, może być OK, ale jeszcze przecież nie jest, a nawet – nigdy nie powinno się triumfalnie uznać, że już jest, bo czasy mamy takie, że nie można spocząć przy piwie, zdemobilizować się, odpuścić.

Pewność dobrze obranej drogi, świadomość, że cel jest jeszcze odległy i determinacja, aby go osiągnąć, to mogą być filary nowej polskiej „dumy w budowie”. Tylko żeby jeszcze jakaś siła polityczna potrafiła to ładnie opowiedzieć. Także, a może zwłaszcza po Euro 2012, kiedy trzeba będzie kończyć „budowę” już bez tych dopalaczy, jakie napędzały kraj w okresie przygotowań. Aby być niegłupio dumnym, trzeba to sobie zorganizować.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Groźny spam z Afryki Zachodniej

Uwaga, powracają internetowi oszuści z Afryki Zachodniej. Próbują starych szwindli w nowej technologicznej odsłonie.

Jędrzej Winiecki
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną