Kraj

Pałka-zapałka

Nie ma Euro bez awantur

„Policja – jak wiadomo – przyjęła zasadę 3T: „Troska – Tolerancja – Tłumienie”. Mnie się ta trójca może z grubsza podobać. Problem jest w proporcjach”. „Policja – jak wiadomo – przyjęła zasadę 3T: „Troska – Tolerancja – Tłumienie”. Mnie się ta trójca może z grubsza podobać. Problem jest w proporcjach”. EAST NEWS
Euro to karnawał i eksplozja swawoli. Kibicom daje radość, a reszcie udrękę. Czego się trzymać, żeby to wytrzymać?
„Z punktu widzenia miłośników porządku czeka nas pandemonium. Chcieliśmy, to mamy: tłok, hałas, brud”.Damian Ruciński/Reporter „Z punktu widzenia miłośników porządku czeka nas pandemonium. Chcieliśmy, to mamy: tłok, hałas, brud”.
„Z grubsza biorąc kultura (polityczna także) to przestrzeganie reguł. A mądrość – to zawieszenie ich w odpowiedniej chwili”.Wojtek Tołyż/Reporter „Z grubsza biorąc kultura (polityczna także) to przestrzeganie reguł. A mądrość – to zawieszenie ich w odpowiedniej chwili”.

Przygotowaliśmy się (prawie) na wszystko. Że Niemcy i Czesi będą po polskich ulicach grasowali z puszkami piwa w rękach. Włosi i Hiszpanie będą śpiewali do białego rana. Anglicy – wiadomo – całą dobę będą się zataczali. Rosjanie będą paradowali w stanie upojenia, a może nawet w koszulkach z sierpem i młotem albo w budionnówkach z czerwoną jak krew robotniczą gwiazdą i może z tego wyniknąć duża awantura. Francuzi oczywiście nie będą przechodzili na pasach. Polacy też nie będą za kołnierz wylewali. I nie odmówią sobie śpiewu po godz. 22.00.

Trzeba się liczyć z tym, że zmordowani wszelkimi wyobrażalnymi formami kibicowania przybysze oraz tubylcy przysną gdzieś na trawniku czy skraju chodnika albo rozłożą śpiwór na parkowej ławeczce. Kiedy kilkudziesięciotysięczny tłum przewali się ze stadionu do centrum Gdańska, Poznania, Wrocławia, Warszawy, służby miejskie będą musiały zbierać śmieci ciężarówkami, naprawiać uszkodzone wiaty, znaki i kosze.

Z punktu widzenia miłośników porządku czeka nas pandemonium. Chcieliśmy, to mamy: tłok, hałas, brud. Czyli całe to dziwne szczęście towarzyszące każdej wielkiej masowej imprezie, bez którego nie byłaby ona tym, czym byśmy chcieli, by była. Piłka się oczywiście liczy. Mobilizacja modernizacyjna i promocja Polski jest ważna. Ale dla ogółu to głównie preteksty. W istocie nie chodzi o to, o co formalnie chodzi. Chodzi o karnawał, czyli o zawieszenie codziennego porządku. Jak miesięczny sylwester czy coś w tym rodzaju. Dzieci brudne to dzieci szczęśliwe. Pod warunkiem, że na co dzień się myją. Kibice – zwłaszcza na takich imprezach – to dzieci. Tyle że trochę większe.

Z tej okazji policja – jak wiadomo – przyjęła zasadę 3T: „Troska – Tolerancja – Tłumienie”. Sąsiedzi mawiają, że „Boh trojcu lubit”. Mnie też się ta trójca może z grubsza podobać. Problem jest w proporcjach. Polska policja zazwyczaj z którymś „T” przesadzi. A 11 listopada 2011 r. przesadziła z dwoma. Z przesadną tolerancją patrzyła, jak łysi narodowcy terroryzowali śródmieście Warszawy, jednocześnie z przesadną stanowczością tłumiąc niemieckich antyfaszystów, nawet gdy już byli w areszcie, choć – jak się okazało w sądzie – nie można im było niczego zarzucić.

Od tego, jak władza będzie rozumiała 3T – o kogo się będzie troszczyła, co będzie tolerowała i co będzie tłumiła – zależy wrażenie, jakie Polska zrobi na Europie. A także to, z jakim smakiem w ustach zostaniemy my sami, gdy zabawa się skończy. To dziś największy znak zapytania wiszący nad Euro.

Politycy ogromnie się martwili nie tylko ewentualną kibolską wojną polsko-ruską, ale i tym, co będzie, jeżeli podwykonawcy żądający zapłaty urządzą pikietę przed Stadionem Narodowym. Albo przed jakimś innym stadionem, na którym rozgrywa się Euro. Albo jeżeli ciężarówki zablokują którąś świeżutką autostradę. Albo gdy taksówkarze będą sobie wolniutko dużymi grupami jeździli po miastach. Bo wstyd. Bo bałagan. Bo jednak niewygoda. Bo co pomyślą/powiedzą/napiszą nasi zagraniczni goście?

Mnie to jakoś snu z powiek nie spędza. Czasy są w całej Europie – poza Białorusią – takie, że praktycznie codziennie ktoś gdzieś demonstruje, okupuje albo pikietuje. Dziwne i podejrzane są kraje, gdzie protestów nie widać. To zresztą mogłoby dość malowniczo wyglądać. Gdyby budowlańcy przedarli się ze swoim żółto-pomarańczowym sprzętem, byłoby naprawdę ciekawie. Nie tylko wizualnie. Politycznie, społecznie i piarowsko także.

Widok przewodniczącego Dudy maszerującego przez miasto na czele solidarnościowych hufców też by mnie raczej ucieszył, niż zmartwił. Podobnie jak widok Oburzonych koczujących na Krakowskim Przedmieściu.

Może widząc taką demonstrację, zobaczyłbym jakiś powodzik do dumy? Bo wprawdzie goście przekonają się, że drogi mamy niedokończone, koleje powolne, a drużyna gra, jak gra, ale przynajmniej nasza demokracja jest żywa. A to zawsze jest powód do radości.

Lubię demokrację. Mimo wszystkich jej uciążliwości. „Nie ma niestety wolności, za którą nie trzeba by płacić znacznej ceny – pisał Kołakowski. – Ci, co tego nie pojmują, twierdzą, że popierają wolność, ale bez tej ceny, wolność »prawdziwą« (zarówno inkwizycja, jak Stalin, a także Hitler, taką »prawdziwą« wolność wspierali) mało o świecie wiedzą”.

Akceptuję także cenę bezprzymiotnikowej wolności. Także to, że musimy walczyć z kibolstwem i chuligaństwem. Lubię demokrację żywą, uliczną, gorącą. Nawet kiedy uważam, że nie mają racji ci, którzy gorąco żądają albo się sprzeciwiają. Lepiej się czuję, gdy widzę oznaki wolności. Nawet jeżeli mnie same w sobie wkurzają. Bo porządek też lubię. Spokój, ciszę, bezpieczeństwo, wygodę – podobnie. Lubię spokojne parki i przejezdne ulice. Nie lubię szkła, puszek ani innych śmieci na chodnikach.

Niepokoi mnie tłum wznoszący okrzyki. Bez względu na to, co myślę o ich treści. Niepokoi mnie nawet, gdy za dużo głosów śpiewa naraz „Sto lat”. W samej ludzkiej masie jest coś niepokojącego. Zwłaszcza gdy jest to masa dla siebie, czyli taka, która czegoś chce, domaga się, żąda. Ale niezdolność do sformowania masy, masa milcząca, tłum, który niczego nie chce, budzi mój większy niepokój. Wolę być skazany na korki lub rower niż na życie wśród ludzi, którzy nie walczą o swoje.

Nietzsche retorycznie pytał, czy może być coś bardziej kojącego niż widok stada krów spokojnie pasących się na alpejskim stoku. Dla mnie raczej nie może. Ale gdy ludzie zachowują się jak alpejskie krowy, nie jest to kojące. To jest deprymujące. Pokorne ciele dwie krowy ssie, ale społeczeństwo, które się zachowuje jak krowa, jest dojone jak krowa. Może spokojnie przeżuwać, ale inni robią użytek z jego mleka, a zwłaszcza ze śmietanki.

Tu jest fundamentalne napięcie między każdym z nas jako potencjalnie „pokornym cielęciem” a społeczeństwem jako potencjalnym stadem. Świat, w którym jedni cicho przeżuwają, a inni równie cicho kręcą sobie lody z ich mleka, nie jest dobrym światem. Nie dlatego, że jest niesprawiedliwy, bo żadna uniwersalna sprawiedliwość raczej nie istnieje, ale przede wszystkim dlatego, że – jak uczy historia – wcześniej czy później jedni się tymi lodami udławią, a drudzy się wściekną, że ich wykorzystano. I będzie duży kłopot. Tego się obawiam.

Jeśli ceną jest dojenie jednych ludzi przez drugich, to wolę mieć mniej spokoju. Wolę, żeby ludzie protestowali, maszerowali, pikietowali, krzyczeli, blokowali. Nawet by spalili oponę albo stłukli szybę. Dopóki to robią, mam poczucie, że nic nam nie grozi. Najwyżej postoimy w korkach, trzeba będzie znieść smród czy hałas, zaśmiecą chodniki. Ale nie grozi nam nic poważniejszego. Zgadzam się z Benjaminem Barberem i Ronem Inglehardtem, że gdyby ibn Laden mógł w Arabii Saudyjskiej legalnie demonstrować i pikietować, głosząc swoje poglądy i wyrażając swój sprzeciw, to Al-Kaida zapewne nigdy by nie powstała. Podobnie, gdyby rosyjscy robotnicy mogli demonstrować i pikietować w Petersburgu i Moskwie, jak współcześni im robotnicy brytyjscy demonstrowali i pikietowali w Londynie i Liverpoolu, rewolucja październikowa zapewne by nie wybuchła i bolszewicy nie doszliby do władzy.

Z tego między innymi powodu ani ciut-ciut nie współczułem posłom, kiedy solidarnościowa pikieta uwięziła ich w Sejmie. Nie rozumiem wzmożenia demokratów oburzających się, że posłów pozbawiono wolności. Więzienie ludzi (podobnie jak tłuczenie szyb i blokowanie ulic) nie jest oczywiście dobre. To pewne. Ale w demokracji na obrzeżach pewności zawsze jest niepewność. Zasadniczo trzeba przestrzegać reguł. Pod warunkiem jednak, że trzyma się w zanadrzu świętą regułę nadzwyczajną, czyli pochwalaną przez Leszka Kołakowskiego zasadę niekonsekwencji. Chociaż nie bardzo wiadomo, co ona dokładnie oznacza. Z grubsza biorąc kultura (polityczna także) to przestrzeganie reguł. A mądrość – to zawieszenie ich w odpowiedniej chwili.

Proszę się nie obruszać. Ne ma tu za grosz relatywizmu. W życiu prywatnym każdy doskonale rozumie, że niekonsekwencja jest warunkiem przetrwania. Co za dużo, to zawsze niezdrowo.

Skrajna konsekwencja najszlachetniejszą rację zamienia w obsesję, fundamentalizm, manię, destrukcję lub autodestrukcję. Pracowitość jest na przykład cnotą, ale jak ktoś się zapracuje na śmierć, niewiele osób będzie go podziwiało. I on sam nie będzie miał z tego pożytku. Higiena też jest cnotą, ale kiedy ktoś myje ręce co kwadrans, odsuwa się od innych na półtora metra, chodzi po mieście w masce chirurgicznej i białych rękawiczkach, to wiemy, że coś z nim nie tak. Bo sobie szkodzi. Człowiek, by mógł zdrowo funkcjonować, potrzebuje kontaktu z zarazkami. Tak się zdobywa odporność. Ale to również nie znaczy, że najlepiej robi ten, kto się tygodniami nie myje i nie zmienia bielizny.

Jak to się ma do pijanych kibiców na ulicach oraz do uwięzienia posłów? A co państwo robicie, kiedy o drugiej w nocy od sąsiadów wciąż słychać hałasy hucznej prywatki? Cisza nocna w zasadzie obowiązuje, wasze prawo do wypoczynku, mir domowy, zasady współżycia – także. Ale jeśli nie brakuje wam rozumu i wiecie, że sąsiad właśnie zdał maturę albo się ożenił, nie będziecie wzywali policji. Co innego, gdyby to było co dzień. Trzeba by konsekwentnie domagać się swoich praw. A od czasu do czasu można i należy pozwolić sobie na niekonsekwencję.

To się da racjonalnie wyjaśnić. Po naszej stronie na szali jest jedna zmarnowana, przecierpiana noc. Po stronie sąsiada to jest TA wyjątkowa, zdarzająca się raz w życiu czy raz w roku noc. My szybko zapomnimy, że ją zmarnowaliśmy. On jej zmarnowania w życiu nam nie wybaczy.

W polityce podobnie, chociaż nie tak prosto. Posłowie trochę dłużej posiedzieli w Sejmie. I trochę się wkurzyli. Co w tym złego? Oni wkurzyli związkowców. Związkowcy wkurzyli ich. Można by przyjąć postawę legalistyczną i rozpędzić związkowców policyjnymi końmi w nowiutkich kosmicznych zbrojach lub oddziałami pieszymi w supernowoczesnych hełmach. Czy świat stałby się dzięki temu lepszy? Raczej stałby się gorszy. Nie tylko dlatego, że związkowcy mogliby zostać zepchnięci do podziemia albo w następnych wyborach oddać głos na jakichś ultraradykałów. I także nie dlatego, że kiedy policja ściera się z demonstracją, zawsze jest ryzyko jakiegoś nieszczęścia.

Gorsze jest to, że nadmierne tłumienie ma taki skutek, jak tłuczenie termometru. Napięcie rośnie dalej i wybucha z jeszcze gorszym skutkiem. Albo w postaci bardziej radykalnych, często ślepych i bezhasłowych konfliktów. Albo jako kryzys wywołany nieoprotestowaną i niezablokowaną błędną polityką. Społeczny protest, także radykalny i nawet niesłuszny, wymusza większą staranność w sprawowaniu władzy i uodparnia władzę przeciw pokusie pochopnych decyzji, za które płacą inni.

Bo ludzie, którzy w wyniku procesu demokratycznego dochodzą do władzy, nie są nieomylni, a demokratyczny mandat nie jest mandatem robienia czegokolwiek. Władza, która tego nie rozumie, nie jest władzą demokratyczną, nawet jeśli jest demokratycznie wybrana.

W Polsce mamy z tym kłopot. Przez ponad dwie dekady nie nauczyliśmy się publicznie deliberować. Władza wciąż tkwi w potrzasku między nicnierobieniem a drakońskim prawem uchwalanym ad hoc oraz reformami wprowadzanymi przez sejmową większość na przekór społecznej większości. Nie ma mechanizmów oraz obyczaju zdobywania społecznej większości dla poważnych reform. Ani takiego konstruowania reform, żeby były skuteczne i społecznie akceptowalne zarazem. To sprawia, że co rusz pojawia się pokusa polityki radykalnej, fundamentalistycznej, skrajnie konsekwentnej.

Ta pokusa jest dla polskości nowa. Polska zawsze była katolicka, ale czarownic nie paliła. Dzięki niekonsekwencji PRL był nie tylko najweselszym, ale też najznośniejszym barakiem w obozie sowieckim. Dzięki niej daje się w III RP wytrzymać, mimo kolejnych fal drakońskiego prawa.

Gdybyśmy na przykład jeździli z przepisową prędkością, nasza gospodarka umarłaby w korkach. Teraz, gdy władza odkryła w kierowcach źródło łatwego dochodu, mimo autostrad grozi nam drogowy paraliż spowodowany konsekwentnym przymusem realizowanym z pomocą tysięcy fotoradarów.

Dzięki niekonsekwencji przez lata jakoś działał biurokratyczny mechanizm refundacji lekarstw. Teoretycznie od lat można było odmówić refundowania leku, a lekarza surowo ukarać za choćby niewielki błąd na recepcie czy w dokumentacji. Ale urzędnikom starczało rozumu, by tego z byle powodu nie robić. Kiedy NFZ zaczął konsekwentnie egzekwować wymogi i kary, cały system runął.

Ciążenie ku takiej głupiej konsekwencji jest największym ryzykiem polskiej polityki. To klasyczny zespół nuworysza. Lustracja robiona pod hasłem „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”, przyniosła mniej sprawiedliwości i prawdy niż krzywd i pomówień. Skrajna konsekwencja w walce z marihuaną spowodowała, że do więzień trafiły tysiące nastolatków, a liczba narkomanów wzrosła. Głupia konsekwencja w oddawaniu tego, co PRL zabrał, dewastuje tkankę wielu polskich miast.

Chwaląc niekonsekwencję i do niej wzywając, trzeba jednak mieć gotową odpowiedź na pytanie o jej sensowne granice. Kiedy niekonsekwencja jest gorsza niż konsekwencja? Wtedy gdy dotyczy jakiejś szczególnej, wyjątkowo dojmującej, powszechnie odczuwanej, szczególnie groźnej bolączki. Ale zawsze trzeba to dobrze przemyśleć i wyjaśnić. I zawsze musi to być krytyczny wyjątek.

Kiedy na przykład epidemia skłonności do nadmiernego ryzyka w sektorze finansowym rozwala światowy porządek, konsekwentne, literalne egzekwowanie zasad bezpieczeństwa może przynieść chwilowy ratunek. Gdy sferę publiczną paraliżuje rosnąca agresja, chwilową odpowiedzią może być zasada „zero tolerancji” i twarda reakcja. Gdy politykę i gospodarkę dewastuje narastająca korupcja, konsekwentna antykorupcyjna krucjata, prześladująca każde odchylenie od normy, może katastrofę zatrzymać i odwrócić proces.

Jak niekonsekwencja musi być krytycznym wyjątkiem od zasady konsekwencji, tak konsekwencja musi być krytycznym wyjątkiem od reguły niekonsekwencji. Brzmi to skomplikowanie, ale znaczy prosto. Tyle z grubsza, że jeśli chcemy żyć w miarę sensownie, nie możemy liczyć, że paragrafy zwolnią nas z myślenia. Rzeczywistość niestety się w żadnych ramkach nie mieści, więc zbawienie – w jakimkolwiek sensie – zawsze wymaga raczej dobrego serca i krytycznego rozumu niż regułek.

Polityka 24.2012 (2862) z dnia 13.06.2012; Euro 2012; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "Pałka-zapałka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Rafał Wojaczek pod gwiazdą rozpaczną

Swego czasu stał się idolem i do dziś rozbudza namiętności wśród czytelników. Spośród wielu młodo zmarłych literackich straceńców i nadwrażliwców może jeszcze Halina Poświatowska wywołuje czytelnicze emocje. Blednie za to mit Edwarda Stachury, mało kto wraca do wierszy Andrzeja Bursy czy prozy Marka Hłaski. Dlaczego jedne literackie legendy trwają, inne zdają się rozwiewać?

Mirosław Pęczak
08.12.2001
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną