Kraj

Iwona, matka Iwony

Co się naprawdę stało z zaginioną Iwoną Wieczorek?

Matka Iwony mówi, że jest już gotowa na wiadomość, że córka nie żyje. Ale mówi też, że wolałaby tego nigdy nie usłyszeć, bo wcale nie jest na to gotowa. Matka Iwony mówi, że jest już gotowa na wiadomość, że córka nie żyje. Ale mówi też, że wolałaby tego nigdy nie usłyszeć, bo wcale nie jest na to gotowa. Dominik Werner / Agencja Gazeta
Dwa lata temu, 17 lipca rano, zaginęła w Gdańsku bez śladu Iwona Wieczorek. Życie matki napędza taka myśl: Iwonka jest w jakiejś Afryce, nie ma tam telefonu, dlatego nie dzwoni do domu.
O godzinie czwartej dwanaście Iwona Wieczorek schodzi z ekranu przy wyjściu na plażę numer 63. Co dalej? – zawsze w tym momencie pyta matka.Materiały Policji O godzinie czwartej dwanaście Iwona Wieczorek schodzi z ekranu przy wyjściu na plażę numer 63. Co dalej? – zawsze w tym momencie pyta matka.

Matka Iwony, która też ma na imię Iwona, a z wyglądu jest taka sama jak Iwona, mówi, że w tej Afryce nie ma wielkiej przesady – może to niemądra myśl, ale pozwala funkcjonować. Dzięki niej Iwona starsza w ogóle wstaje rano, je śniadanie, bierze proszki, elegancko się ubiera i idzie na główną ulicę Sopotu otworzyć swój zakład fryzjerski i solarium pod nazwą Iwona. Tyle razy Iwonka sama jeździła na wakacje, miała 9 lat, gdy pojechała pierwszy raz na kolonie letnie do Legolandu, z każdych kolejnych kolonii wracała zachwycona i zakochana, więc teraz może być w jakiejś Afryce, prawda?

Matka Iwony mieszka w pokoju córki. Wśród pluszowych misiów z dzieciństwa, które sama Iwonce kupowała, z widokiem na tablicę korkową ze zdjęciami córki, z fiszkami wiszącymi na ścianie jako pamiątka po dopiero co zdanej dwa lata temu maturze córki, z jej kurzącym się od nieużywania komputerem. Córka chciała być prawniczką, ale jej się odwidziało, że jednak za dużo z tym roboty i szkoda marnować najlepsze lata, parę dni po zaginięciu przyszedł list z Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni o przyjęciu Iwonki na studia: stosunki międzynarodowe. Dwie Iwony, matka i córka, zawsze były najlepszymi przyjaciółkami i skakałyby za siebie w piekło, gdyby zaszła potrzeba; matura Iwonki była ich wspólną, wygraną walką.

Czasem jednak, mimo uspokajającej myśli o Afryce, matkę Iwony budzi w nocy głos córki, z zakątków domu dochodzi: mamo, szukaj mnie.

W czerwcu, miesiąc temu, przychodzą do matki Iwony dwaj policjanci, których, chcąc nie chcąc, musi znać od dwóch lat, bo służbowo szukają Iwonki, i po kurtuazyjnych, a może po prostu niezgrabnych wstępach pytają, czy wybiera się na urlop. Nie, mówi Iwona starsza, nigdzie nie jedzie, musi czekać w domu, bo Iwonka nie ma nowych kluczy do drzwi. Poza tym musi pracować, bo zakład fryzjerski w sezonie prosperuje najlepiej. Aha, mówią policjanci, niech pani sobie odpoczywa i będzie cierpliwa. Ale mówią takim tonem, że matka od razu wie, że oni wreszcie coś mają, jakiś ślad Iwonki, tylko nie mogą powiedzieć.

Czekanie na powrót dziecka jest najbardziej męczącym zajęciem na świecie, mówi Iwona, matka Iwony. Mówi: wie o tym każdy, kto czekał choćby godzinę.

W głowie się miele wciąż ten sam film z przemysłowej kamery miasta Sopotu. Iwonka dwa lata temu idzie boso, ubrana w czarną mini, w ręku niesie buty na obcasach. Tej nocy jest prawie 30 stopni, dochodzi godzina czwarta, idzie promenadą nad morzem, bardzo energicznie; matka wie, że Iwonka idzie prosto do domu. Potem się mówiło, że być może uciekła od rodziny, może popełniła samobójstwo, ale matka Iwony najlepiej zna swoją córkę, która przez piksele zamazanego obrazu z kamery idzie prosto do łóżka w swoim pokoju – spać po imprezie i już.

Za Iwoną widać faceta z ręcznikiem na ramionach, drugiego w spodniach bermudach. O godzinie czwartej dwanaście Iwona Wieczorek schodzi z ekranu przy wyjściu na plażę numer 63. Co dalej? – zawsze w tym momencie pyta matka.

Dalej był normalny dzień, sobota, 17 lipca 2010 r. To znaczy jest, bo to się wcale nie kończy, mówi matka Iwony – powraca i męczy. Rano przez otwarte okno sypialni matka słyszy, że Adria, koleżanka Iwony, rozmawia z Iwoną przez komórkę. Czyli już dziewczyny wracają z imprezy na Monciaku w Sopocie. Potem w mieszkaniu dzwoni telefon, dziwne, że ten stacjonarny, który prawie nigdy nie dzwoni, dziwne, że wpół do ósmej rano po imprezie – Kasia, koleżanka córki, pyta, czy jest Iwona, bo mają iść na plażę. Nie ma Iwony, pewnie nocuje u Adrii. Aha, mówi Kasia, która miała być na tej samej co Iwona imprezie, ale mówi, że była na innej.

Matka Iwony wychodzi do pracy, w przedpokoju nie ma śladu powrotu Iwonki, nie ma nowych niebieskich szpilek, które Iwona pożyczyła bez pytania. Matka z córką są takie same, więc często od siebie pożyczają ciuchy, ale żeby te niebieskie bez pytania? Iwona starsza dzwoni opieprzyć młodszą, wyłopotać się nerwowo za fajne szpilki, ale Iwonka ma wyłączony telefon. Więc matka idzie otworzyć zakład fryzjerski, przez cały dzień obcina ludziom włosy i rozmawia miłym głosem, aż o szesnastej przychodzą znajomi Iwonki z pytaniem, gdzie ona może być, bo cały dzień jej szukają.

To wy nie kacujecie po imprezie, dziwi się Iwona Wieczorek, matka Iwony. Na razie z humorem. Wykonuje z dziesięć telefonów do koleżanek Iwony, z kolei do babć i cioć, ale nigdzie jej nie widzieli. Nie kacujecie? – pyta matka nagle spoważniała, bo dziwne jej się wydaje, że oni, zamiast spać, tak od rana, w upale, biegają i szukają. Na imprezie była kłótnia, mówią, Iwona się wściekła, trzasnęła drzwiami i wyszła. W ogóle była cała w nerwach, na imprezie ktoś na kogoś źle spojrzał, ktoś zatańczył z kimś niepotrzebnie i Iwona trzasnęła drzwiami. To do Iwonki pasuje, ma charakter wojowniczy po matce, ale żeby tak się łopotać, obie muszą mieć poważny powód. O co poszło? – pyta matka. O bzdury – mówią młodzi.

Bzdury – i tak już zostaje, przez dwa lata Iwona, matka zaginionej Iwony, nie może się dowiedzieć od świadków, co tak bardzo zdenerwowało jej córkę. Policja nie mówi, czy wie, ale matka jest pewna, że policja też nie wie. Przez pierwsze dni dom Wieczorków pełen jest młodych ludzi – siedzą na parapetach, na podłodze, z matką Iwony obradują, co zrobić. Ale matka ich zamęcza; taka niby zawsze fajna, a wpada w humory i tylko: co się tam stało? Nic, mówią, bzdury. Narkotyki? Ktoś Iwonę w tyłek klepnął? – pyta.

Młodzi wychodzą pojedynczo i grupami, urażeni tym wypytywaniem, bo przecież oni tylko chcą pomóc. Dziś już nikt z młodych nie rozmawia o tamtej nocy sprzed dwóch lat, powyprowadzali się, poszli na studia, ktoś odpłynął w alkohol. W nocy Iwona, matka Iwony, wybudzona siada do Internetu i przerzuca strony o zaginionych, bo mała znowu szeptała: mamo, szukaj mnie.

Zostaje tylko były chłopak Iwony, z którym zerwała trzy miesiące przed zaginięciem, ale byli przyjaciółmi. Chłopak po zerwaniu przychodził jeszcze na imprezy do Iwony, wciąż zakochany, a teraz przychodzi do matki. Siedzą, gadają, wspominają. Święty Antoni jest patronem zaginionych, mówi ostatnio chłopak. A ty się modlisz? – chce wiedzieć matka Iwony. Chłopak podwija rękaw, zrobił sobie tatuaż ze świętym Antonim na przedramieniu; oprócz twarzy patrona wykłuł słowa: wiara, nadzieja, miłość, IW.

Iwonka: drobna blondynka, zgrabna, z kolczykiem-diamencikiem nad górną wargą. W dniu zaginięcia policjanci w komisariacie pokazują sobie jej zdjęcie, przyniesione przez matkę, znacząco. Chłopaka ma? – pytają, może zabalowała, może poszła spać do chłopaka, może na inną imprezę. Ale matka Iwony już wie, że tak się nie stało, że to coś poważnego; zaczyna krzyczeć i tylko szyba oddzielająca policjantów ratuje ich twarze.

Ludzie ciągle mówią matce Iwony, że ma pozytywną aurę, spokojne oczy i pogodny głos; z tych powodów lubią ją i nie lubią. Po dwóch latach Sopot wciąż obwieszony jest plakatami o poszukiwaniu, matka mija twarz Iwony, swoją twarz, na rogach ulic w drodze do pracy, a sąsiad sklep obok mówi gazecie, że matka Iwony zbyt pogodna, nie obnosi tragedii. Iwona starsza występuje nawet w telewizjach śniadaniowych, aby świat się dowiedział o jej pięknej córce, a ludzie mówią – lansuje się. Dociera do komisji sejmowej; mówią – znajomości ma. Nobliwy facet w supermarkecie krzyczy do niej: wiem, w jakiej piwnicy jest twoja córka!

Lecą wióry, bo nie wolno zadzierać z godnością matki, która czeka na powrót dziecka z Afryki. Iwona, matka Iwony, wpada do sklepu obok i pyta, wymachując gazetą z fragmentem o niedostatku rozpaczy: czy chciałby pan być na moim miejscu? Nie chciałby, spuszcza oczy.

Przewijają się przez życie Iwon detektyw Rutkowski i jasnowidz Jackowski – czasem występują jednocześnie, na przykład, gdy na potrzeby telewizji jasnowidz biega po nadmorskich wydmach wskazując, nieprawdziwe miejsca ukrycia zwłok, a detektyw obserwuje reakcje zebranych – obaj znikają z obrazu, jak rozmyci w pikselach, jak Iwonka przy drodze na plażę numer 63. Gdy się detektyw pojawia, kilka dni po wyjściu Iwonki z obrazu, mówi matce twardo, że jest po pięćdziesiąt procent na życie i śmierć, a według niego Iwonka nie żyje. Lecą wióry: jak pan w ogóle może mówić takie rzeczy!

Fiszek do matury jakoś nigdy nie było czasu zdjąć ze ścian pokoju Iwony. Miała to zrobić sama po powrocie z imprezy, miała przygotować pokój na potrzeby studentki, a potem pojechać na wakacje do Hiszpanii. Ale skoro postanowiła wyjechać gdzie indziej, fiszki wiszą. Wróci, to sprzątnie. Szukam cię, mówi matka obudzona przez Iwonkę w nocy, na pewno znajdę. Kiedy policjanci przyszli pytać, czy matka Iwony wybiera się na urlop, poczuła, że mają złe wiadomości. Matka Iwony mówi, że jest już gotowa na wiadomość, że córka nie żyje. Ale mówi też, że wolałaby tego nigdy nie usłyszeć, bo wcale nie jest na to gotowa.

Iwona, matka Iwony, mówi, że sama już wie, jak to jest umierać. Umiera, kiedy Iwona nie wraca, codziennie od dwóch lat. Kiedy rano, mechanicznym krokiem, w lipcowym upale przemierza ostatnią trasę córki, nagrywana przez te same kamery. Gdy wiesza się chłopak, który podobno był świadkiem gwałcenia i zabijania Iwony. Gdy gdańska prokuratura podaje, umarzając śledztwo, że z analizy psychologicznej Iwony wynika, że prawdopodobnie padła ofiarą przestępstwa seksualnego. Że internauci zgłaszali linki do stron pornograficznych z filmami, w których występuje Iwona – dziewczyny na filmach bardzo były podobne.

Matka Iwony umiera, kiedy w Wigilię dostaje MMS ze zdjęciem córki trzymającej w ręku aktualną gazetę – porywacz żąda 800 tys. okupu, każe założyć osobną skrzynkę mailową do kontaktów z nim; okazuje się zwykłym chłopakiem z Częstochowy, podczas procesu sądowego uśmiech nie znika z jego twarzy, w czerwcu 2012 r. dostaje 7 lat więzienia. Potem dzwoni do matki inny fantasta, żąda 8 tys. za Iwonę, ale poprzestaje na 2 tys. Pyta modulowanym głosem: wiesz, co to jest świat podziemny? Wpada w supermarkecie. Codziennych śmierci matki Iwony nie można obejrzeć w żadnym programie, dzieją się w domu. Na ulicę wychodzi pogodna, jasna, elegancka...

Rano, kilka dni przed drugą rocznicą zaginięcia Iwony, dzwoni do matki znajomy z Anglii, mówi, że nie mógł spać pół nocy, bo śniła mu się Iwonka. We śnie jest dzieckiem, stoi przy łóżku i odzywa się: ty się, wujku, nic nie martw. I idzie się bawić z Piotrusiem, synem znajomego, rówieśnikiem, też dzieckiem w tym śnie. Ten dzień będzie dobry: Iwona, matka Iwony, pokrzepiona jest snem znajomego. Iwona jest na wakacjach w Afryce, mówi z uśmiechem, ja tylko muszę tę jakąś Afrykę odnaleźć.

Polityka 29.2012 (2867) z dnia 18.07.2012; Kraj; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Iwona, matka Iwony"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jedni śpiewali – drudzy donosili

Jak powiedział pewien przyjaciel poety, „Mamy przed sobą dwa oblicza tej samej Rosji, jedno tworzy i śpiewa, drugie buduje i donosi”.

Daniel Passent
19.01.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną