Kraj

In vitro in vivo

Etycy wypowiadają się o in vitro

Zarodek jako potencjalny człowiek musi podlegać ochronie. Na żywotność zarodków nie mamy wpływu. Możemy jednak ustalić, jak traktować je w sytuacji, kiedy ich los zależy od lekarza. Zarodek jako potencjalny człowiek musi podlegać ochronie. Na żywotność zarodków nie mamy wpływu. Możemy jednak ustalić, jak traktować je w sytuacji, kiedy ich los zależy od lekarza. MedicalRFcom / Getty Images
Jeśli nie da się wprowadzić zakazu in vitro, zdaje się sądzić prawica, to niech panuje dalej wolnoamerykanka. Takie podejście nie jest ani rozumne, ani moralne.
Agnieszka Kozłowska-Rajewicz jest doktorem biologii, posłanką PO, sekretarzem stanu w Kancelarii Premiera, pełnomocniczką rządu ds. równego traktowania.Radek Pietruszka/PAP Agnieszka Kozłowska-Rajewicz jest doktorem biologii, posłanką PO, sekretarzem stanu w Kancelarii Premiera, pełnomocniczką rządu ds. równego traktowania.
Jarosław Makowski jest publicystą, filozofem i teologiem, szefem związanego z PO Instytutu Obywatelskiego.Andrzej Rybczyński/PAP Jarosław Makowski jest publicystą, filozofem i teologiem, szefem związanego z PO Instytutu Obywatelskiego.

W przesyłanych na poselskie skrzynki mailowe listach zwolennicy in vitro przyrównywani są do największych zbrodniarzy XX w. Przyrównywanie zapłodnienia pozaustrojowego do eugeniki czy hitlerowskich obozów śmierci jest na porządku dziennym. Tak przeciwnicy in vitro stworzyli sobie potwora, z którym toczą bój na śmierć i życie. Nie pierwszy to raz, gdy produkowane są widma, z którymi potem toczy się pozorne, acz spektakularne wojny. Jeśli jednak bliżej przyjrzeć się choćby czterem najczęściej krążącym fantazmatom, poddając je gruntownej i rzeczowej analizie, okazuje się, że przestają one straszyć.

„Życie poczęte z in vitro rodzi się kosztem wielu zmarłych braci i sióstr”.

Oskarżenia o „zabijanie” zarodków stoją najwyżej wśród „invitrowych” widm. Każdy, kto popiera tę metodę, przedstawiany jest jako morderca. Przypuszczamy, że biskupi mówiący o „mordowanych w tym procederze braciach i siostrach” mają na myśli naturalnie obumierające zarodki. W naturze, czyli in vivo, a więc w organizmie kobiety, najwyżej 50 proc. zapłodnień kończy się urodzeniem dziecka. Reszta zarodków obumiera, a następnie jest wydalana z organizmu w sposób, by użyć słowa dla przeciwników in vitro kluczowego, naturalny.

Błędy rozwojowe zarodka, a może wady anatomiczne lub fizjologiczne, nie pozwalają mu zagnieździć się w macicy lub się w niej dłużej utrzymać. W laboratorium, gdzie tworzy się warunki niemal idealne dla rozwoju zarodków, też nie ma cudów: podobnie jak in vivo, także in vitro tylko niektóre zarodki rozwijają się i żyją, inne giną. Dlaczego akurat te, a nie inne – nie wiemy. Decyduje o tym natura (tu znów ulubione słowo przeciwników in vitro) lub, jak wolą niektórzy, Bóg.

Dla posłów PO jest jasne: zarodek jako potencjalny człowiek musi podlegać ochronie. Na żywotność zarodków nie mamy wpływu. Możemy jednak ustalić, jak traktować je w sytuacji, kiedy ich los zależy od lekarza. W klubowym projekcie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, a teraz także w sprawozdaniu podkomisji, która pracowała nad ustawami in vitro, zapisany jest zakaz niszczenia zarodków zdolnych do prawidłowego rozwoju.

Nowy projekt Platformy uwzględnia dotychczasowe prace Sejmu nad ustawami (w połączonych komisjach zdrowia i polityki społecznej) oraz część postulatów, które spokojnie zaakceptuje bardziej konserwatywna część polskiego parlamentu. Projekt ten zawiera przepisy, które zarodki chronią. Poczęcie in vitro nie wymaga poświęcania innych zarodków. Żaden nie musi, a zgodnie z ustawą, także nie może być zniszczony (mrożenie). Jest zatem niegodziwością, gdy zwolennicy całkowitego zakazu in vitro powtarzają, iż posłowie popierający in vitro „działają jak hitlerowcy”.

„In vitro to selekcja, czyli eugenika i tworzenie człowieka na zamówienie”.

Wizja „montowania człowieka na zamówienie” to przekonanie rodem z filmów science fiction. Tylko specjalne badanie, przeprowadzone na komórce pobranej z dzielącego się zarodka, może ustalić takie cechy, jak płeć lub obecność genów powiązanych z niektórymi chorobami, np. mukowiscydozą. Jest to badanie zwane preimplantacyjnym. Robi je jedna klinika w kraju – i to w bardzo szczególnych wypadkach. Badanie diagnozuje ryzyko wystąpienia choroby, ale to człowiek decyduje, co z tym wynikiem zrobić. Coraz częściej potrafimy leczyć nawet poważne choroby jeszcze w łonie matki i do tego może być wykorzystana diagnoza genetyczna zarodka.

Nie możemy, niestety, wykluczyć, że kobieta po wysłuchaniu diagnozy zrezygnuje z zapłodnienia in vitro, zostawiając zamrożony zarodek, ale zakazy tego nie zmienią. Nóż służy zwykle do krojenia chleba, ale można nim także skaleczyć – czy z tego powodu zakazujemy produkcji noży? Badanie preimplantacyjne nie jest obowiązkowym elementem in vitro, a bez niego nie ma możliwości selekcji, nie mówiąc o „tworzeniu nowego człowieka”. Lekarz, obserwując zarodki, nie ma pojęcia, z którego z nich rozwinie się ciąża, ani jak będzie wyglądało dziecko. Zwykłe in vitro, bez badań preimplantacyjnych, nie stwarza więc sytuacji, w której może dochodzić do selekcji zarodków.

Selekcjonowanie zarodków to poważny problem moralny, dlatego projekt Małgorzaty Kidawy-Błońskiej zdefiniował in vitro tak, aby stosować tę metodę tylko do leczenia niepłodności. To wykluczałoby stosowanie badań diagnostycznych u par, które są płodne, a chciałyby użyć in vitro do selekcjonowania wybranych cech u przyszłego dziecka (np. chorób warunkowanych genetycznie). Nie trzeba zakazywać in vitro, żeby zakazać rzeczy, które większość z nas uważa za niedopuszczalne.

„Mrożenie zabija zarodki i narusza ich godność”.

Posłom proponuje się następujące ćwiczenie: „wyobraź sobie dziecko włożone do temperatury minus 196 stopni Celsjusza”. Kto ma sumienie, musi poczuć się oburzony. Tyle że mrożenie zarodków w ciekłym azocie nie jest tym samym co mrożenie człowieka. To jakby porównywać warunki przetrwania nasion i owoców. Mrożenie nie zabija zarodków. Ta technika jest znana i od dziesiątków lat praktykowana na zarodkach zwierzęcych, sprawdzona w setkach wariantów i – co ważne – jest bardzo skuteczna. Mrożenie w ciekłym azocie pozwala zatrzymać rozwój zarodka, a potem – w dowolnym czasie – bez przeszkód go kontynuować. Czas nie gra tu żadnej roli.

Zwykle do zabiegu przygotowuje się tyle zarodków, ile jest możliwe. Jeśli uda się uzyskać trzy komórki jajowe, tworzy się maksymalnie trzy zarodki, jeśli dziesięć – to dziesięć. Dzięki mrożeniu lekarz nie musi transferować do macicy od razu kilku zarodków (aby zwiększyć szanse na ciążę), ale może podawać je pojedynczo lub góra po dwa. To wyklucza ciąże mnogie, które są niebezpieczne i dla ciężarnej, i dla dzieci. Historie o ośmioraczkach, selekcyjnych aborcjach i związanych z tym dramatach, które zdarzają się jako efekt leczenia niepłodności, w ogóle nie dotyczą in vitro. Przeciwnie: dzięki in vitro i mrożeniu zarodków można ich uniknąć!

Mrożenie jest po to, aby nie powtarzać całej terapii od początku. Większość par wymaga więcej niż jednej próby, by zajść w ciążę; wiele wykorzystuje wszystkie zarodki bez efektu. A zatem tezy o straszliwych skutkach mrożenia nie znajdują potwierdzenia w faktach. To skonstruowane przez domorosłych „ekspertów” widma, które mają nas przerazić, a z którymi „kościelni pogromcy zła” potem walczą.

Dyskusja ma sens, gdy mowa o godności, bo mrożenie to przejaw traktowania instrumentalnego. Czy nie jest jednak tak, że cała medycyna jest w jakimś sensie instrumentalna? A ciąża i poród? Cóż poród ma wspólnego z godnością? Wie o tym każda kobieta, która choć raz w życiu rodziła. A jednak kobiety zachodzą w ciążę i rodzą dzieci. Godzą się na to trudne doświadczenie, gdyż życie dziecka jest tego warte. Może mrożenie narusza godność zarodka, ale dzięki temu „instrumentalnemu” potraktowaniu szanse na ciążę rosną dziesięciokrotnie. Mrożenie ratuje zarodki przed obumarciem, zwiększa ich szanse na dalszy rozwój.

„Człowiek tworzony »na szkle« to nie-człowiek”.

Ten argument ma pokazywać zwolenników in vitro jako ludzi bez żadnych zahamowań. Trudno pojąć, dlaczego z licznych zabiegów medycznych wykonywanych poza organizmem, czyli in vitro, akurat zapłodnienie zyskało tak straszną ocenę. Proces zapłodnienia in vivo, czyli w bańce jajowodu znajdującego się w dole brzucha kobiety, zachodzi dokładnie tak samo jak ten „na szkle”. Plemniki otaczają komórkę jajową, jeden jest najszybszy, przebija otoczkę komórki jajowej, odrzuca witkę – i bingo! Jądra obu komórek zlewają się, powstaje nowe istnienie, które może trwać kilka dni lub kilkadziesiąt lat. Cóż złego, jeśli to cudowne zjawisko zacznie się metodą in vitro, jeśli – co ważne – za chwilę zarodek jest umieszczany w macicy pacjentki i dalej będzie się rozwijać, jak każda inna ciąża?

Posiłkujemy się medycyną, gdy nasze naturalne możliwości zdrowienia zawodzą. Czemu akurat tym razem nie mamy pomóc ludziom, którzy potrzebują wsparcia medycyny? Czyż Jezus, gdy był świadkiem cierpienia ludzi, nie działał przeciw prawom naturalnym, wskrzeszając martwego i cuchnącego już Łazarza? Oskarżenia o „bawienie się w Boga”, wizje ludzi hodowanych w słoiku to tylko niektóre z absurdalnych obrazów, jakimi nas się straszy. No i ten koronny argument – o miłości. Tak, jakby zbliżenie dopochwowe było jedynym przejawem i dowodem, że ludzie się kochają, a dziecko spłodzone naturalnie było jedynym sposobem na prokreację.

Można też usłyszeć zarzut, który mówi o „wynaturzeniu polegającym na tym, że dziecko z in vitro ma wiele matek i ojców”. To kolejna bzdura! Może się zdarzyć, że w zabiegu będą wykorzystane obce komórki jajowe lub plemniki, ale „klasyczne” in vitro polega na wykorzystaniu komórek płciowych przyszłych rodziców dziecka (w ustawie jest to tzw. dawstwo partnerskie gamet – w obrębie małżeństwa lub stałego związku heteroseksualnego). Oczywiście, in vitro potencjalnie może tworzyć problem rodzicielstwa. Właśnie dlatego potrzebne są regulacje prawne. Wprowadziliśmy już definicję macierzyństwa, która wyklucza surogację. Potrzebujemy także tych regulacji, aby patologie, pleniące się w krainie bezprawia, zostały wykluczone.

Ta ustawa zwiększa bezpieczeństwo pacjentów i dzieci rodzących się z in vitro, wprowadza do klinik nadzór medyczny i przestrzeganie standardów, także tych dotyczących przechowywania komórek i samej procedury in vitro. Po drugiej stronie jest „wszystko wolno”. A jednak, o ironio, „Prawo” i „Sprawiedliwość” przedkłada „wolną amerykankę” nad rozsądne regulacje. Od ściany do ściany. Skoro nie może być zakazu, niech obowiązuje „pustynia prawna”. Czy to jest moralne?

 

Agnieszka Kozłowska-Rajewicz jest doktorem biologii, posłanką PO, sekretarzem stanu w Kancelarii Premiera, pełnomocniczką rządu ds. równego traktowania, współautorką ustawy Kidawy-Błońskiej.

 

Jarosław Makowski jest publicystą, filozofem i teologiem, szefem związanego z PO Instytutu Obywatelskiego.

Polityka 29.2012 (2867) z dnia 18.07.2012; Ogląd i pogląd; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "In vitro in vivo"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Służba zdrowia nie taka publiczna. Leczymy się za własne

Przeciętna polska rodzina wydała w ostatnim miesiącu z własnej kieszeni na leczenie aż 557 zł. Z odpłatnej pomocy lekarskiej nie skorzystało w tym czasie tylko mniej niż co trzecie gospodarstwo domowe.

Joanna Solska
25.02.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną