Kraj

Zawsze byłem antysalonowy

Rozmowa z szefem klubu PO o tym, co łączy Platformę

Rafał Grupiński, od jesieni 2011 roku szef klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Rafał Grupiński, od jesieni 2011 roku szef klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Kamil Kraszewski / Newspix.pl
Z Rafałem Grupińskim, przewodniczącym Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej, o tym, co spaja, a co rozrywa partię, oraz czemu służy koalicja z PSL
Rafał Grupiński (z prawej) w towarzystwie posła PO Andrzeja Halickiego. Poza przynależnością partyjną łączy ich to, że obaj są zaufanymi Grzegorza Schetyny.Adam Chełstowski/Forum Rafał Grupiński (z prawej) w towarzystwie posła PO Andrzeja Halickiego. Poza przynależnością partyjną łączy ich to, że obaj są zaufanymi Grzegorza Schetyny.

Janina Paradowska: – „Jeżeli nie łączy nas wspólny pogląd na in vitro, związki partnerskie, finansowanie Kościoła, aborcję, to czy umiemy powiedzieć, co nas właściwie łączy oprócz władzy?”. To być może najważniejszy cytat z wystąpienia Donalda Tuska na spotkaniu Klubu Parlamentarnego PO i kluczowe pytanie dla partii. Jak pan na nie odpowiada?
Rafał Grupiński: – Z tego fragmentu wystąpienia media wydobyły głównie krytykę postępowania ministra Jarosława Gowina wobec taktyki PiS, aby podzielić Platformę. Ten wyraźny kontekst sytuacyjny nie unieważnia oczywiście pytania, co nas łączy. Łączy nas przede wszystkim plan modernizacji państwa, wolnorynkowe poglądy na gospodarkę, podobne poglądy na sprawy społeczne, podatkowe. Ale też Platforma dokonała przełomu w polskiej polityce, starając się łączyć różne nurty wewnątrz wspólnego środowiska.

To jest przełom czy przekleństwo partii, w której nie da się uzgodnić stanowisk w ważnych kwestiach?
To jest przełom i zarazem ograniczenie. Przełom, bo wyszliśmy z zaklętego kręgu partii ideologicznych i zmusiliśmy całą scenę polityczną, aby się w ten sposób przeorientowała. Dziś nawet Ruch Palikota nie jest partią ideologiczną, bo łączy w sobie naiwną lewicowość i skrajnie liberalne poglądy gospodarcze. Jednak w takich sprawach jak in vitro czy związki partnerskie należy pamiętać, że nie tworzymy prawa dla siebie, dla jednej czy drugiej partii, wyłącznie w zgodzie z własnymi poglądami, ale dla ludzi i środowisk o bardzo różnych poglądach, światopoglądzie, wyznaniu.

Także dla osób podzielających pogląd ministra Gowina, że zamrożone zarodki to zamrożone dzieci. Jeżeli uwzględniamy różne wrażliwości, to tę też. I jak wtedy napisać ustawę? Pan jawnie promował mniej konserwatywny projekt ustawy, firmowany przez Małgorzatę Kidawę-Błońską.
Sprawa była dość prosta. Kilka tygodni kolegium klubu czekało na projekt opracowany przez posła Gowina, a ponieważ go nie dostało, uznaliśmy, że czas rozpocząć dyskusję przynajmniej nad tym projektem, który był gotowy, czyli Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, zakładając, że tezy drugiego i tak znamy. Uważałem i uważam nadal, że sprawy in vitro nie należy odkładać w nieskończoność, bo opinia publiczna oczekuje od nas wreszcie decyzji. Tym bardziej że dyskusja o in vitro na posiedzeniu wyjazdowym klubu Platformy zajęła sporo czasu, chociaż nie miała być głównym punktem programu. Warto więc było tę debatę dokończyć i spuentować decyzją. Nikt nie przesądzał konkluzji, ale część naszego środowiska konserwatywnego wystraszyła się, że nie będzie to decyzja po jej myśli, stąd jeszcze spotkanie z premierem i decyzja o powołaniu zespołu, który ma szukać punktów wspólnych.

To, co się dzieje właśnie wokół in vitro, wcale nie czyni retorycznym pytania: co nas łączy, jeśli tak wiele nas dzieli? Nie wiem, czy należy być dumnym z przełomu, że stworzyliście partię niepołączoną ideologią, bo jak nie ma żadnej ideologii, to jaka to partia? Zaczyna się taki pragmatyzm do bólu, a może nawet nie do zniesienia.
Dziś cała polityka, czy jak kto woli postpolityka, tak wygląda. Nie tylko u nas w kraju. Trudno odróżnić zasadnicze elementy dzielące demokratów od republikanów w Stanach Zjednoczonych czy chadeków od socjalistów w wielu krajach europejskich, zwłaszcza gdy kryzys wymusza na wszystkich zachowania pragmatyczne. Platforma musi teraz być gotowa do wykonania następnego kroku, czyli przekroczenia podziałów światopoglądowych. My nie wycinamy skrzydeł, jak robi to PiS. U nich z odrzuconych powstają nowe partie. My idziemy drogą trudniejszą. Chcemy zmierzać do wypracowywania wspólnych pomysłów, kompromisów, z myślą nie o swoich poglądach czy zaspokojeniu swoich ideowych potrzeb, ale z myślą o wolności obywateli.

Jak ten kompromis może zostać wypracowywany w czasie, gdy istnieje zapotrzebowanie właśnie na wyraziste poglądy w sferze światopoglądowej? One bardzo przemawiają do wyobraźni, do emocji, zyskują najwięcej zwolenników.
Naszym realnym problemem nie jest myślenie o tym, kto w partii jest za mrożeniem zarodków, a kto przeciw mrożeniu, ale o tych kilkuset tysiącach rodzin, które chcą mieć dzieci i za pomocą żadnej innej metody nie mają szansy się ich doczekać. To powinno mieć znaczenie zasadnicze, a nie szukanie politycznego kompromisu w partii. To nie o nas chodzi, ale właśnie o rodziny i ich dramaty.

W Platformie nieraz przechodziliśmy trudne głosowania, chociażby przy próbach zaostrzenia lub liberalizowania ustawy o przerywaniu ciąży i mimo różnic, nic się z tego powodu partii nie stało, zawsze dochodziliśmy do politycznego porozumienia, czyli środek partii przeważał nad skrajnościami.

A może jest tak, że przez kilka lat udawało się uzyskać kompromisy polityczne, a teraz każdy chce mieć swoją tożsamość?
Jedynym elementem, który niewątpliwie zdynamizował sytuację, jest fakt, że mamy tak małą przewagę w Sejmie. Niektórzy wyciągają z tego błędne wnioski, że łatwiej będzie narzucić swój pogląd.

To może trzeba realnie zacząć myśleć o poszerzeniu koalicji.
Ta koalicja ma bezpieczną przewagę kilku głosów, co w konkretnych głosowaniach daje przewagę jeszcze większą, bo opozycja rzadko kiedy ma jednakowe zdanie. Ponadto, nasza mobilizacja jest zawsze większa niż opozycji, więc nic nie zagraża koalicji w tej kadencji.

Mamy właśnie nową awanturę związaną z nagraniami Serafina i to też nie zagraża koalicji? To przecież wynik tego, że ludowcom jednak więcej było wolno, że kontrola nad ich poczynaniami była mniejsza.
Zazwyczaj jest tak, a dotyczy to także koalicji samorządowych, że mniejszy podmiot ma większe wpływy. Z pozycji szefa klubu parlamentarnego mogę powiedzieć, że moja współpraca z Janem Burym, szefem klubu PSL, jest jak najlepsza. Mogę mówić wyłącznie dobrze o współpracy z PSL, nawet w trudnej sprawie reformy emerytalnej udało się wypracować kompromis. PSL jest koalicjantem wartościowym i przewidywalnym.

I to, co dzieje się ostatnio, co ujawnia się i mówi się na temat PSL, nie wpływa na obraz koalicji?
Oczywiście wpływa, ale wydaje się, że wyborcy mają jednak wyrobiony pogląd na funkcjonowanie tej koalicji, często odmienny od obrazu medialnego. Zawsze przekonywałem koleżanki i kolegów, żeby mieć większe zaufanie do świadomości wyborców i tego, jak oni oceniają naszą pracę, a także poszczególne partie. Tak zwana afera hazardowa nie zaszkodziła PSL i myślę, że z kolei to, co przydarzyło się obecnie na zapleczu PSL, nie powinno mieć zasadniczego wpływu na długofalowe postrzeganie pracy PO i koalicji.

To jakie koalicja ma dziś priorytety?
Dwie kwestie wydają mi się najważniejsze – sprzyjanie rozwojowi gospodarczemu, czyli pójście śladami zmian derogacyjnych z poprzedniej kadencji, które określano jako pakiet Szejnfelda. Druga kwestia to wsparcie samorządów, które coraz bardziej uginają się pod ciężarem obowiązków, nie mając wystarczającego finansowania. Stąd między innymi potrzeba zmian w Karcie Nauczyciela. Jeśli zaś idzie o samą Platformę, to mamy skrzydła, ale w istocie najważniejsze jest to, że spaja nas środek Platformy, czyli ci ludzie, którzy uważają, że z punktu widzenia rozwoju państwa najważniejsze jest, aby partia nie dzieliła się i nie osłabiała.

Ale jednak was też rozrywają interesy i frakcje. Tu Schetyna z panem, tam pani marszałek Ewa Kopacz z premierem, jeszcze gdzieś zaginiona spółdzielnia Cezarego Grabarczyka i na dodatek Gowin.
Nie można ignorować faktu, że silne indywidualności mają też silne wpływy w partii, że każda z nich stara się zdobyć jak największą przestrzeń poparcia. To jest naturalne. W partiach walczy się o wpływy, o władzę w regionie, o przywództwo. Bywa, że nie jest to walka zbyt estetyczna, ale nigdy dotąd te wewnętrzne różnice zdań nie powodowały zagrożenia dla Platformy.

A pan jest z frakcji Schetyny?
Jestem przyjacielem Grzegorza Schetyny, blisko współpracuję z premierem. Ale jestem także przewodniczącym klubu, więc nie może być mowy o żadnych frakcjach. Jedyny problem, jaki dostrzegam, to ten, że mamy mniej okazji niż dawniej, aby z premierem dłużej porozmawiać. To jest zresztą wyłącznie kwestia logistyki i znajdowania czasu, a nie sporów.

Sondażowa różnica między PO i PiS nie jest duża i niewiara w rządy PiS nie wynika ze szczególnych zalet PO, ale z tego, że PiS może nawet wygrać wybory, ale nie ma zdolności koalicyjnej. Program PiS jest dla wielu atrakcyjny.
Program PiS może jest atrakcyjny dla części wyborców, ale w istocie jest zagłuszany polityką smoleńską, sporami z Ziobrą, sposobem myślenia o polityce międzynarodowej, w którym każdy sąsiad Polski jest jej wrogiem. W istocie PiS nigdy nie przedstawiło alternatywy gospodarczej, modernizacyjnej, raczej szereg luźnych pomysłów i obietnic, a dziś dodatkowo ta partia stała się zakładnikiem Tadeusza Rydzyka.

Coś jednak niedobrego dzieje się wokół PO. Traci, i to bardzo szybko, poparcie szeroko rozumianego świata kultury. Partia zaścianka, przykościelna, nierozumiejąca kultury – ta opinia się bardzo upowszechniła. A pan – poeta, wydawca – co na to?
Osobiście zawsze byłem antysalonowy, jeśli chodzi o środowiska kulturalne, więc patrzę na ten konflikt z pewnym dystansem. Otóż środowiska filmowe i teatralne, bo one są najbardziej zawzięte w krytyce, cechuje tradycyjna roszczeniowość. Nie można kazać oszczędzać wszystkim, a pozwalać na blisko 330 etatów w Warszawskiej Operze Kameralnej. Zawsze uważałem, że większy strumień pieniędzy powinien być kierowany na wydarzenia artystyczne, a nie na same instytucje. Byłem też zawsze zwolennikiem teatrów impresaryjnych, zarządzanych przez menedżerów zawierających kontrakty z aktorami, a nie teatrów etatowych. Jednak przyzwyczajenia świata kultury są tak mocne, że trudno tę mentalność większości środowiska zmienić.

Wydaje mi się jednak, że zasadniczym problemem jest ten, od którego zaczęliśmy naszą rozmowę. PO jest zbyt konserwatywna, za mało liberalna.
Sam jestem człowiekiem wierzącym i praktykującym, i moja zasada brzmi: nie zabraniać niczego nikomu, kto ma inne poglądy, inne hierarchie wartości, pod warunkiem że mieszczą się one w obrębie Dekalogu. Natomiast Platforma jest taka jak większość Polaków, czyli jest proeuropejska, liberalna gospodarczo, ale rzeczywiście w sprawach obyczajowych jest trochę bardziej konserwatywna niż środowiska liberalno-lewicowe.

Musimy, oczywiście, nadążać za oczekiwaniami młodego pokolenia, które będzie nadawać ton państwu za lat 20. Jeśli chce się być formacją długowieczną, a chcemy nią być, nie można tych oczekiwań ignorować. I nie chodzi o wyborczy pragmatyzm, czyli dostosowywanie się do poglądów większości, co często się nam zarzuca, ale aby uwzględniać rzeczywistość. W przeciwnym razie świat realnych potrzeb zacznie się rozmijać ze stanowionym prawem, co może stać się źródłem społecznej anomii, a to byłoby niesłychanie groźne.

Czy Jarosław Gowin szkodzi dziś Platformie?
Cnotą w polityce jest zdolność kompromisu, a tej cechy Platformie nie brakuje.

Polityka 31.2012 (2869) z dnia 01.08.2012; Rozmowa Polityki; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "Zawsze byłem antysalonowy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Kobiety na froncie

Rozmowa ze Swiatłaną Aleksijewicz, autorką bestsellera „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, o żołnierkach Armii Czerwonej

Paweł Sulik
15.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną