Kraj

Prawicowy umysł

Według precyzyjnego planu - tak działa polska prawica

„Prawica postawiła krzyżyk na premierze po katastrofie smoleńskiej. Dla niej był to test. Jedna z tych sytuacji, jakie bogowie zsyłają na śmiertelników, gdy chcą sprawdzić ich wartość”. „Prawica postawiła krzyżyk na premierze po katastrofie smoleńskiej. Dla niej był to test. Jedna z tych sytuacji, jakie bogowie zsyłają na śmiertelników, gdy chcą sprawdzić ich wartość”. Mirosław Gryń / Polityka
Cała dzisiejsza polityka, w tym prawicowa, jest zimna i wyrachowana. Kto zatem próbuje zrozumieć prawicę przez pryzmat smoleńskiego szaleństwa, popełnia duży błąd. Bo miesza taktykę ze stanem umysłu. Kłopot z prawicą jest inny. Ona nie zwariowała, po prostu się myli.
„Prawica uważa, że Tusk na stałe zdemoralizował Polaków. Zaniżył standardy uprawiania polityki. Strywializował jej cele. Sprymitywizował metody”.Mirosław Gryń/Polityka „Prawica uważa, że Tusk na stałe zdemoralizował Polaków. Zaniżył standardy uprawiania polityki. Strywializował jej cele. Sprymitywizował metody”.
„Prawica jest sfrustrowana na niewyobrażalną skalę. Ponieważ zrozumiała, że przestaje być stroną sporu, że nie jest już przeciwnikiem, ale obiektem złośliwej obserwacji”.Mirosław Gryń/Polityka „Prawica jest sfrustrowana na niewyobrażalną skalę. Ponieważ zrozumiała, że przestaje być stroną sporu, że nie jest już przeciwnikiem, ale obiektem złośliwej obserwacji”.
Robert Krasowski.Tadeusz Późniak/Polityka Robert Krasowski.

Pochylmy się nad prawicowym umysłem. Nad tym, co myślą prawicowi politycy i publicyści. Otóż centralne miejsce stanowi niezgoda na rządy Donalda Tuska. Niezgoda szczera i głęboka. Jej powodów jest wiele.

Po pierwsze, rząd Tuska uosabia to, czym prawica najbardziej się brzydzi. A zatem politykę minimalistyczną, pozbawioną ambicji, biernie dostosowującą się do realiów. Tymczasem prawica szczerze wierzy, że możliwa jest polityka wielkich wyzwań i wielkich celów. Tusk ze swoim prozaicznym projektem i asekuracyjnym stylem jest obiektem autentycznej pogardy. Prawica widzi w nim nie władcę, ale sługę pokornie czapkującego wyborcom. Nie rozumie, jak można zgromadzić tak dużo władzy, a potem nie mieć odwagi, aby z niej korzystać.

Drugim powodem niechęci jest entuzjazm, jaki wzbudziły rządy Tuska. Ku zdumieniu prawicy jego atrapa polityki powszechnie się spodobała. W odpowiedzi na awanturniczy rozmach IV RP, z jej obietnicą przyszłego sukcesu, lider PO ogłosił, że nie ma potrzeby gonić za sukcesem. Bo ten już się dokonał. Polska już jest dostatnia, Polska już jest bezpieczna. A Polacy w to uwierzyli. Czujność, jaką w Polakach przez wieki rodziła kruchość naszej państwowości, nasza wielka egzystencjalna nieufność nagle wyparowała. W pięć lat – tak brzmi prawicowe oskarżenie – Tusk zamienił Polaków w lemingi, bezmyślne istoty pozbawione instynktu przetrwania.

To prowadzi do pretensji trzeciej, do poczucia, że Tusk na trwałe zmienił polską politykę. Rządy Platformy nie są postrzegane jako ruch politycznego wahadła, po którym wszystko wróci do dawnego stanu. Prawica uważa, że Tusk na stałe zdemoralizował Polaków. Zaniżył standardy uprawiania polityki. Strywializował jej cele. Sprymitywizował metody. Odarł rządzenie z należnego patosu. Z odpowiedzialności przed historią. Uczynił je sztuką przetrwania od sondażu do sondażu. Przetrwania, którego warunkiem jest ciągłe schlebianie społeczeństwu. Od populistycznej retoryki po ochronę wszelkich ekonomicznych przywilejów. Prawicowa metafora mówiąca o Tusku jako obrońcy III RP opisuje system rządzenia, który polega na byciu zakładnikiem status quo. Bo w języku prawicy III RP to świat inercji. To pozór państwa, władza słaba i lękliwa, która nie narusza żadnych interesów grupowych. Ani rolników, ani oligarchów, ani kleru, ani nauczycieli.

I wreszcie pretensja czwarta, czyli kwestia smoleńska. Prawica postawiła krzyżyk na premierze właśnie po katastrofie. Dla niej był to test. Jedna z tych sytuacji, jakie bogowie zsyłają na śmiertelników, gdy chcą sprawdzić ich wartość. Zdaniem prawicy Tusk egzamin oblał. Pokazał, że nie jest przywódcą. Nie zrozumiał znaczenia wydarzenia. Tego, że w normalnym państwie prezydent nie ma prawa zginąć. Ani w czasie wojny, ani w czasie pokoju. Bo taka śmierć jest kosmiczną porażką państwa. Jego służb, jego aparatu. Porażką, po której trzeba umieć się podnieść, dowieść, że państwo nadal istnieje. I od tego jest śledztwo, mające być popisem twardości, determinacji i sprawności. Tusk temu nie sprostał. Zachował się jak cywil, skupił się na ceremoniach żałobnych, odpuszczając prawdziwą politykę. Wysłał do Rosji skromną ekipę, na niskim szczeblu, bez większych kompetencji. Nie udzielił jej wsparcia, nie stanął na jej czele, nie uczynił śledztwa państwowym priorytetem. Rosja robiła potem, co robiła, bo Tusk jej na to pozwolił.

Jest też drugi wątek smoleńskiej krytyki. Od początku było wiadomo, że główną przyczyną katastrofy był bałagan, zwłaszcza w Ministerstwie Obrony. Jednak, aby uniknąć wrażenia, że rząd przyznaje się do winy, ocenę podwładnych pozostawił Tusk przewlekłym procedurom. Premier, który jednego dnia w monarszym stylu wyrzucał z rządu Schetynę, Nowaka i Grupińskiego, tym razem się nie spieszył. To sprawiło, że katastrofa nie stała się dla państwa wstrząsem. Nawet minister Klich, który pierwszego dnia powinien z hukiem wylecieć, jeszcze przez rok kierował resortem. Widząc, że katastrofa, w której zginął prezydent i cała elita armii, okazała się wydarzeniem bez znaczenia, prawica zaostrzyła swoją diagnozę. Uznała, że Platforma reprezentuje nową kulturową formację. Polski zdziecinniałej i bezmyślnej. Polski beztroskiego pikniku, choćby na gruzach katastrofy. Polski, z którą nie można już rozmawiać. Bo ona nie mówi, ale gaworzy.

Tak narodziła się osobliwość dzisiejszej polskiej polityki. Owo obustronne wrażenie nienormalności przeciwnika. Lewa strona Polski naprzeciw siebie widzi „wariatów”, prawa z kolei widzi „idiotów”. Prawica uważa, że Polska Tuska jest w stanie hipnozy. Ona nie myśli, lecz śni. Wydaje się jej, że mieszka na zielonej wyspie, w oazie bezpieczeństwa i dobrobytu. Tymczasem cóż to za oaza, w której jednego dnia ginie prezydent, drugiego sąsiad wymierza siarczysty policzek, a trzeciego cały zewnętrzny ład staje na krawędzi rozpadu? Dla prawicy lata 2010–12 są najtrudniejszym momentem w najnowszych polskich dziejach. I w tym momencie na czele rządu stoi – jak powiada Rafał Ziemkiewicz – Piotruś Pan.

Po katastrofie zmienił się status Tuska. Przestał być przeciwnikiem, stał się wrogiem. Miarą tej wrogości była najbardziej ryzykowna decyzja w najnowszych dziejach prawicy, czyli akceptacja dla smoleńskiej strategii Jarosława Kaczyńskiego. Dla próby obalenia Tuska poprzez odwołanie się do ludzkiej głupoty, do jej wiary w spiski, zamachy i zdrady. Z początku metodę Kaczyńskiego powitano z konsternacją, ale czas wstydu szybko minął, dziś cieszy się już pełnym przyzwoleniem. Nie dlatego, że prawica jest szalona, tylko dlatego, że jest zdeterminowana. Uważa, że w wojnie z Tuskiem wszystkie chwyty są dozwolone. Zwłaszcza że Tusk sam się podłożył. Najpierw niezdarnie prowadzonym śledztwem stworzył podstawy do budowy smoleńskiego mitu, potem biernie patrzył na to, jak wokół mitu zbierają się miliony wyznawców, a teraz, gdy mit zastyga w polityczną religię, nie robi nic, aby ją podważyć. Pół Polski kiwa głową ze zdziwienia nad brutalnością Macierewicza. Drugie pół z równym zdumieniem pochyla się nad Tuskiem. Czemu całą tematykę katastrofy oddał Macierewiczowi? Przecież wiadomo było, co z nią zrobi. Macierewicz nie musiał się nawet starać, przyszedł na gotowe.

Prawica tę wojnę akceptuje, ale jej nie lubi. Bo jest miarą jej dzisiejszego upadku. Kiedyś prawica wznosiła sztandary, na których były polityczne hasła, dziś widnieją na nich ludowe brednie. Kiedyś wygrywała wybory z poparciem młodzieży i miast, dziś jest liderem smoleńskiej gawiedzi. Pełen rezerwy jest też stosunek do Jarosława Kaczyńskiego. W prawicowej elicie niechęć do niego rośnie. Za to, że zniszczył wielki obóz polityczny i za to, że niszczy go dalej. Zarazem jest postrzegany jako jedyny polityk zdolny obalić szefa Platformy. Mający w sobie bezwzględność potrzebną do tego, by wyprowadzić zwycięski cios. Użycie argumentu „zamachu” tę sprawność potwierdziło. To był szczyt perfidii. Zagranie cyniczne i bezwstydne. Nikt inny by się na to nie poważył. Jeden Kaczyński potrafił wziąć cep, unurzać go w truciźnie, wejść z nim na ring i na oczach wszystkich zadać cios poniżej pasa. A potem dowodzić, że padł ofiarą agresji.

Przeciwnicy prawicy byli oburzeni. Oczekiwali potępień. Odcięcia się od Kaczyńskiego i od jego metod. Nie doczekawszy się, uznali, że prawica straciła rozum. Niesłusznie. Straciła jedynie skrupuły. Jej strategia jest brutalna, ale jest też racjonalna. Jeśli świętym celem polskiej polityki jest obalenie Tuska, to metody Kaczyńskiego trzeba uznać za najbardziej skuteczne. Mało tego. Za jedyne. O ile Tuskowi nie powinie się noga, jedynym politykiem zdolnym go śmiertelnie ugodzić jest właśnie Kaczyński. A pytanie, kto kogo zniszczy, jest ciągle otwarte. Zasoby Tuska są bez wątpienia większe, ale gniew Kaczyńskiego jest potężniejszy. Tusk ma sporo zajęć, Kaczyński jedno – obalić Tuska. Z tą myślą się budzi, z tą myślą zasypia.

Polska prawica ma jasno wytyczony cel i zmierza do niego prostą drogą. Jej dzisiejsze emocjonalne rozedrganie jest sprawą poboczną. Objawem nie tyle szaleństwa, ile frustracji. Bo prawica jest sfrustrowana na niewyobrażalną skalę. Nawet nie dlatego, że słabnie i traci na znaczeniu. Ale ponieważ zrozumiała, że przestaje być stroną sporu, że nie jest już przeciwnikiem, ale obiektem złośliwej obserwacji. Dziś prawicy się nie słucha, dziś prawicy się przygląda. Ta reaguje więc rozgoryczeniem, pretensjami, złością.

Czując się pomijana, próbuje zwrócić na siebie uwagę. Często, zbyt często, napina głos do krzyku, co wywołuje wrażenie niekontrolowanej histerii. Jednak to nie jest syndrom posmoleński, to jedynie frustracja. Prawicowe przyzwolenie na smoleńskie szaleństwo nie jest przejawem tego szaleństwa, lecz zimną zgodą na posługiwanie się szaleństwem. Ceremonie na Krakowskim Przedmieściu, nawiedzone twarze smoleńskiego ludu, kolejne teorie zamachu, krucjaty prymitywnych blogerów – to mięso armatnie w toczonej przez prawicę wojnie. To racjonalnie dobrane środki do celu. Nieracjonalne na prawicy jest co innego. Sam cel. Przekonanie, że obalenie Tuska uzdrowi polską politykę.

Zacznijmy od prawicowego aktu oskarżenia wobec Tuska. Jest on tyleż prawdziwy, co banalny. Sformułowany w katastroficznym języku ujawnia najbardziej typowe polityczne zjawiska. To, że w okresach prosperity rządy stają się leniwe. Że więcej mówią, niż robią. Że mówią rzeczy miłe, a nie prawdziwe. Że społeczeństwa to lubią. Że wolą się cieszyć, niż martwić. Wielki prawicowy alarm przeciw rządom Tuska sprowadzić można do zarzutu, że polski premier jest podobny do większości premierów. Zaś krytykę lemingów do konstatacji, że polskie społeczeństwo nie jest mądrzejsze od innych. Owszem nie jest. A dlaczego miałoby być?

Druga wątpliwość dotyczy tego, czy prawica ma lepszą ofertę. Bo przecież obalenie Tuska nie rozwiąże problemu. Przyjdzie inny, podobny. Włosi od pół wieku średnio co rok zmieniają sobie premierów, jednak włoska polityka nie stała się od tego ambitniejsza. Prawica mówi, że chce zdynamizować politykę, że chce przełomu, po którym Polska będzie lepsza. Świetnie. Ale polityczne pytanie nie brzmi „czy”, lecz „jak” to osiągnąć? Na ten temat prawica milczy.

To samo dotyczy jej krytyki państwa. Słabości wskazane w epitecie „III RP” są w większości prawdziwe. Nie zmienia to faktu, że mądrość nie polega na tym, aby widząc słabości własnego państwa bez umiaru wyżywać się w jego krytyce, lecz by wymyślić pomysł na jego naprawę. Jak dotąd prawica nie ma takiego pomysłu. Tak jak oferta IV RP była pustym sloganem, tak samo za krytyką Tuska nie kryje się żadna konkretna idea. A jedynie namiętne wykrzykniki: „odbudować”, „naprawić”, „dźwignąć”. To zapis marzeń, a nie scenariusz działań. To utopia, a nie polityka. Czy warto z czymś takim ruszać na wojnę z własnym państwem? I to tak brutalną? Prawica miała czas, aby zrozumieć morał z fiaska IV RP. Zrozumieć, że niemądra destabilizacja prowadzi do niemądrej stagnacji. Przecież rządy Tuska są owocem rządów Kaczyńskiego. Ich naturalną kontynuacją. Nie dałoby się zalegalizować infantylnej modernizacji, gdyby nie było infantylnej rewolucji.

I wreszcie trzeci kłopot. Prawica uważa, że Kaczyński jest tylko jej chwilowym sojusznikiem. Ale to założenie pozbawione jest sensu. Bo jeśli Kaczyński obali Tuska, władza trafi w jego ręce. A to z marszu unicestwia wszelkie prawicowe marzenia. Bo z Kaczyńskim lepszej Polski nigdy nie będzie. Nie będzie silnego państwa. Nie będzie upragnionej republiki. Bo większość Polaków nigdy go nie uzna w roli narodowego przywódcy.

Widzieliśmy to już dwa razy. Po raz pierwszy, gdy Kaczyński rządził. Po raz drugi, po katastrofie, gdy Polska odmówiła kultu Lecha, bo nie chciała władzy Jarosława. To niepojęte, że prawica od trzech lat nie potrafi połączyć przyczyny ze skutkiem. Ciągle się skarży, że Polacy odmówili należnego hołdu zmarłemu prezydentowi, odmówili wzmocnienia wspólnoty, odświeżenia patriotyzmu. A przecież nie o Lecha chodziło, nie o wspólnotę, nie o patriotyzm. Ale o Jarosława, który wystartował do wyborów. I było oczywiste, że zbyt gorący kult Lecha skończy się władzą Jarosława. Na co zgody nie było.

Mówiąc wprost: tam, gdzie Jarosław, tam porażka. Nawet gdyby zbiegiem okoliczności Kaczyński pokonał Tuska, sukces będzie chwilowy. I skończy się tym samym, co kiedyś. Skompromitowaniem marzeń o ambitnej polityce i powrotem do władzy Platformy lub partii do niej podobnej.

Prawica postrzega siebie jako strażnika rozumu w bezmyślnej epoce. Jest inaczej. Prawica jest tej bezmyślności kolejnym przejawem. Nawet nie dlatego, że banalne myśli podnosi do rangi wielkiego projektu. Ale ponieważ nie widzi, że sama jest źródłem problemów, z którymi walczy. Oraz główną przeszkodą na drodze do własnych marzeń.

Robert Krasowski – publicysta i wydawca, absolwent filozofii UW. Założyciel i były red. naczelny konserwatywnego  „Dziennika”. Obecnie współwłaściciel Wydawnictwa Czerwone i Czarne. Pracuje nad książkową historią III RP. Niedawno ukazał się I tom „Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy”.

Polityka 31.2012 (2869) z dnia 01.08.2012; Ogląd i pogląd; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "Prawicowy umysł"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną