Trudne pytania 2013

Czas szukać odpowiedzi
To, co widzimy dookoła, to nie jest kryzys, to jest świat, który toczy się już całkiem nowymi torami. Nowa epoka już tu jest, a więc obudźmy się - Jacka Żakowskiego życzenia dla Państwa, dla państwa i dla świata na 2013 rok.

Gdybym miał zaproponować hasło przewodnie na rok 2013, powtórzyłbym za Jarosławem Kaczyńskim „Polsko, obudź się!”. Ale niech Państwa ta zbieżność słów nie myli. Jarosław Kaczyński krzyczy do obudzonych, a nawet pobudzonych. I to chyba pobudzonych nadmiernie oraz niezbyt sensownie. Ja chciałbym się zwrócić do tych, którzy spokojnie drzemią znieczuleni wynikami sondaży, mocną złotówką i utrzymującym się wzrostem gospodarki.

Poukładać Polskę i Europę
Nie  mam zamiaru krakać, straszyć, ani nic takiego. Chcę tylko delikatnie zasugerować Państwu, że - wbrew rozmaitym złudzeniom – to, co nazywamy kryzysem, wcale nie ma zamiaru się kończyć. Przeciwnie - dopiero się rozkręca. I nie chodzi mi tylko o wzrost gospodarczy, który będzie słabszy, bo kiedy wszyscy zwalniają, my nie damy rady przyspieszać.

Wzrost ma być w tym roku trochę mniejszy, a potem pewnie będzie odrobinę większy. Lub nie. Tak czy inaczej, zdecydowanie nie będzie to wzrost na miarę naszych aspiracji. O czterech, pięciu, siedmiu procentach nie ma sensu marzyć. Rzecz w tym, że wzrost sam w sobie nie jest teraz naszym najważniejszym problemem. Dużo tu nie możemy zrobić. Próbować trzeba, ale nie należy liczyć na zbyt wiele. Raczej trzeba myśleć, jak poukładać sprawy w czekającym Europę i Polskę wieloletnim okresie dość niskiego wzrostu, stagnacji, stagflacji, przejściowych recesji i towarzyszących im nieprzyjemnych procesów społecznych. Miłe to nie będzie, ale - jeśli mądrze się dostosujemy - żyć się z tym jakoś da.

Prawdziwym problemem, przed którym stajemy są kumulujące się od kilku lat skutki słabego wzrostu w Polsce i wokół Polski.

Maleją płace, demografia dołuje
Statystycznie biorąc ta kumulacja widoczna jest w bezrobociu. Jej odbiciem są wolno - ale konsekwentnie - malejące płace, stały wzrost liczby umów śmieciowych, nasilająca się niezatrudnialność kolejnych roczników absolwenckich, rosnące zadłużenie wszystkich, którzy coś mogą od kogoś pożyczyć. To oczywiście jest bardzo nieprzyjemne dla osób, których dotyczy, ale samo w sobie nie pozwala jeszcze mówić o społecznym dramacie. Na razie są to tylko problemy. Podobnie jak demografia, niesprawność służby zdrowia, bierność pedagogiczna oświaty, chaos w szkolnictwie wyższym, degeneracja mediów, faktyczny brak debaty publicznej.

Jako społeczeństwo jakoś nauczyliśmy się żyć z wszystkimi tymi problemami. Nawet pewnie poczulibyśmy się trochę nieswojo, gdyby nagle znikły kolejki do lekarzy, gdyby media z dnia na dzień przestały traktować nas jak idiotów, gdyby rząd poczuł się odpowiedzialny za to, na jakie kierunki studiów wydaje publiczne pieniądze, albo gdyby zaczął dbać o równe i cywilizowane warunki zatrudnienia. Gdyby coś takiego się stało, jeszcze raz musielibyśmy się uczyć życia w nowej rzeczywistości.

Niewiele jednak wskazuje, by nam to prędko groziło.

Na Zachodzie bez zmian
Na żadnym horyzoncie, w tym - ani w następnym roku - nie widać żadnej zasadniczej zmiany. Końca świata nie będzie, nic wielkiego się nie zawali, żadna dziejowa katastrofa nie wisi w powietrzu. Nie zapowiada się nawet żadne poważne tąpnięcie. Rewolucja nie czai się za rogiem. A w każdym razie nie będzie żadnej spełnionej rewolucji. Realne są tylko próby. Ale nie powinno nas to uspokajać.

Kiedy sprawy pozornie tak po prostu się toczą, warto wrócić do Hegla i Engelsa, by odświeżyć w pamięci pierwsze prawo dialektyki mówiące, że ilość przechodzi w jakość. Kiedy liczby przez dłuższy czas rosną (bezrobotnych, dni oczekiwania na lekarza, głupot w mediach, samotnych rodziców, singli i bezdzietnych par, czy naziolskich ekscesów) warto się zastanawiać, jaka nowa jakość się z tych ilości wyłania. A jeśli nam się jeszcze wyraźnie nie wyłania, trzeba pomyśleć, co się może wyłonić. I co możemy zrobić, żeby wyłoniło się raczej coś możliwie przyjemnego. A nie nieprzyjemnego.

Żeby takie myślenie stało się możliwe, trzeba jednak przestać myśleć i mówić o kryzysie. Trzeba przestać się łudzić, że to, co się dzieje, jest tylko jakimś antraktem w trwającym dwieście lat spektaklu i że po tym antrakcie wszystko będzie z grubsza, jak dotąd. Trzeba uwierzyć, że bez reklamy i szumnych zapowiedzi, dyskretnie i niezauważenie zaczął się jakiś nowy spektakl. Tylko nie całkiem jeszcze wiemy, jaki. Nie wiemy w dużym stopniu dlatego, że wciąż żyjemy złudzeniem kontynuacji, więc nie jesteśmy gotowi zauważyć, że tymczasem ilość zaczyna już przechodzić w jakość.

Nowa epoka już tu jest
Ta nowa jakość musi być wypadkową bardzo wielu czynników, na które nie mamy lub już nie mamy wpływu - od globalizacji i eksplozji cywilizacyjnej w Chinach, przez nową potęgę sektora finansowego, po kryzys demograficzny, zanikanie aktywnych obywateli i słabnięcie elit politycznych. To są rzeki, których się kijem nie zawróci. Ale w jakimś stopniu zależy też ona od tego, co teraz zrobimy lub czego nie zrobimy.

A to jest sprawa otwarta. Pod warunkiem, że głowy mamy otwarte.

Jeżeli bym więc za Jarosławem Kaczyńskim powtarzał „Polsko, obudź się”, to dlatego, że ci, którym ten świat się z grubsza podoba, muszą się wyrwać z drzemki, żeby sobie pootwierać głowy i zacząć kombinować, co dalej. Co na przykład zrobić, by przy dwucyfrowym poziomie bezrobocia - na które możemy być skazani przez lata, i na które niewiele możemy poradzić - uniknąć dwucyfrowego wzrostu przestępczości, dwucyfrowego przyrostu radykalnej prawicy, dwucyfrowego skoku korupcji, dwucyfrowego wydłużenia kolejek w szpitalach czy dwucyfrowego zwiększenia któregoś zadłużenia. A jednocześnie żebyśmy zachowali możliwie dużo liberalnych wolności, którymi najłatwiej jest płacić w obliczu społecznych zagrożeń i kapitałów wzrostu, bez których na prostą nigdy nie wyjdziemy, gdziekolwiek miała by ona prowadzić.

To nie są łatwe pytania, na które można by udzielić prostych odpowiedzi. Z pewnością są one zbyt poważne, jak na Sylwestra, kiedy ogólnie zadowoleni z życia martwią się raczej o fryzury czy stroje. Ani na Nowy Rok, kiedy będziemy leczyli szum w głowach. Ale moment jest na tyle ważny, że trzeba te pytania postawić właśnie teraz - by mieć cały rok na szukanie dobrych odpowiedzi.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj