Kraj

In vitro pełne dziur

Co zmieni rządowy program refundacji in vitro

Rusza program refundacji in vitro, ale nadal nie wiadomo, kto i na jakich warunkach będzie mógł z niej skorzystać. Rusza program refundacji in vitro, ale nadal nie wiadomo, kto i na jakich warunkach będzie mógł z niej skorzystać. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
1 lipca ruszył rządowy program, choć wątpliwości, kto i na jakich zasadach będzie mógł skorzystać z refundacji wciąż jest wiele, a obiecywana ustawa jest w powijakach.

Państwo zrefunduje zabiegi in vitro około 15 tysiącom par, z czego ponad dwóm tysiącom jeszcze w tym roku. Rząd planuje wydać na to prawie 250 milionów złotych. A wszystko zamiast na ustawie, tak jak w większości krajów europejskich, opiera się na ministerialnym programie leczenia niepłodności.

Wokół programu z każdym dniem narastało coraz więcej kontrowersji. Do ostatniej chwili nie było wiadomo, kto będzie mógł skorzystać z bezpłatnego finansowania zabiegów , gdyż Ministerstwo Zdrowia zwlekało z publikacją odpowiednich dokumentów precyzujących dość pobieżne zapisy programu. Stosowny regulamin pojawił się na stronie internetowej dopiero w piątek, czyli na dwa dni przed wejściem programu w życie.

Część zgłaszanych przez lekarzy wątpliwości, jak choćby to – kto może wziąć udział w programie, zostało rozwianych, jednak wciąż istnieje wiele spornych kwestii, które nie zostały uregulowane konkretnymi przepisami.  Każda z par, która będzie chciała skorzystać z programu, musi w specjalnym oświadczeniu zadeklarować, że nie jest w posiadaniu zamrożonych zarodków. W programie nie zapisano jednak, jaka kara grozi za złożenie fałszywego oświadczenia.  – Nie wiadomo też co z parami, w których jedna z osób jest obcokrajowcem i odprowadza składki za granicą. A to częsty przypadek, zwłaszcza w zachodniej części kraju – tłumaczy Sławomir Sobkiewicz, prezes Związku Polskich Ośrodków Leczenia Niepłodności i Wspomaganego Rozrodu. Większość tych wątpliwości lekarze zawarli w specjalnym liście wystosowanym do Ministerstwa Zdrowia. Odpowiedzi, które dostali w piątek po południu, nie są dla nich do końca satysfakcjonujące.

Białystok dostał najwięcej

Już sam konkurs, w ramach którego wyłonione zostały kliniki, w których będą dokonywane refundowane zabiegi, budzi wiele zastrzeżeń. Z 37 startujących w konkursie ośrodków, do programu zostały początkowo zakwalifikowane 23. Część z nich odpadła z powodu niespełnienia wymogów formalnych, np. nieprzejrzystego ponumerowania stron. Konkurs oprotestował wspomniany już Związek Ośrodków Leczenia Niepłodności, który zarzucił Ministerstwu Zdrowia brak jasnych reguł w ocenie przygotowania kliniki do przeprowadzenia zabiegów.  Ostatecznie 1 lipca do programu przystąpiło 26 klinik. Sławomir Sobkiewicz tłumaczy też, że przydział konkretnej puli środków dla każdej kliniki przeczy zasadzie, że pieniądze powinny iść za pacjentem. – Teoretycznie para może skorzystać z usług dowolnie wybranej kliniki, ale w praktyce, musi ona brać pod uwagę limity dla każdego ośrodka. Jeżeli się okaże, że w danym miejscu nie ma już środków na objęcie jej programem, może być już za późno, by  zakwalifikowała się do programu w innym ośrodku – wyjaśnia.

Kontrowersje wzbudza także sam podział środków. Nie jest on proporcjonalny do liczby mieszkańców w danym województwie. Dla przykładu największą pulę pieniędzy (bo aż 16 proc. wszystkich) przeznaczono dla województwa podlaskiego, w którym mieszka tylko 3,1 proc. ludności kraju. Województwo wielkopolskie, w którym mieszka trzy razy więcej ludzi dostanie tylko 6 proc. z całej puli środków.

Kolejną kwestią, która budziła zastrzeżenia środowiska medycznego, jest nałożony na kliniki obowiązek raportowania przebiegu ciąży, porodu i stanu dziecka po porodzie. Miałby powstać wykaz dzieci urodzonych metodą in vitro. Problem w tym, że wiele osób może nie chcieć przekazywać takich danych, zmieniając lekarza po wykonaniu samego zabiegu, w związku z czym nie wiadomo, jak rzetelne będą to statystyki.

 

Milczenie ministra

Rząd zanim zaczął refundować in vitro, powinien ustawowo uregulować kwestie fundamentalne związane z tą formą zapłodnienia. Lecz ministerialny program reguluje tylko to, komu i ile prób zapłodnienia państwo sfinansuje. Podstawowe sprawy nie są wciąż rozwiązane, właśnie dlatego, że brakuje ustawy. A przede wszystkim brakuje woli i odwagi politycznej, aby ustawa powstała. Sam minister Arłukowicz przyznał ostatnio w Sejmie, że „rozwiązania ustawowe są potrzebne, dlatego, że program jest tylko sposobem finansowania”.

Program nie definiuje czym jest zarodek i jak go chronić. Zabiegi, które nie będą refundowane wciąż będą „prokreacyjną samowolką”. Program nie reguluje kwestii niszczenia i handlu zarodkami. Co nie jest prawnie zakazane, uznaje się za dozwolone. Prawo polskie zakazuje dziś tylko handlu organami ludzkimi, a o zarodkach milczy. Nie wiadomo też jak długo zarodki mogą być przechowywane, co zrobić z nimi jeśli para zajdzie w ciążę i nie planuje już kolejnych dzieci. Czy może przekazać je innej parze, czy na przykład sprzedać?

Chcieliśmy przekazać nasze wątpliwości wiceministrowi zdrowia Igorowi Radziewicz – Winnickiemu, odpowiedzialnemu za wdrożenie programu refundacyjnego in vitro. Poprosiliśmy o spotkanie. Z ministerstwa otrzymaliśmy odpowiedź, że chętnie porozmawia z nami sam minister Arłukowicz. Jednak, gdy na prośbę rzecznika prasowego, wysłaliśmy pytania ministrowi, nagle jego kalendarz wypełnił się spotkaniami i nie znalazł dla nas czasu.

Komisyjne groźby

W ustawowym uregulowaniu in vitro nie pomogły nawet częste groźby Komisji Europejskiej. Polska wciąż nie wdrożyła dyrektywy UE o postępowaniu z tkankami ludzkimi. Prawo unijne z 2004 r. dotyczące ustalenia norm jakości, bezpiecznego pobierania, przechowywania i dystrybucji tkanek oraz komórek ludzkich, powinniśmy wdrożyć już siedem lat temu. Brak tych uregulowań wytknęła nam kilkakrotnie Komisja Europejska. Ostatni raz KE upomniała Polskę w styczniu tego roku. Wtedy też zagroziła, że jeśli w ciągu dwóch miesięcy nie przedstawimy planu wdrożenia dyrektywy, to skieruje sprawę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Jak dowiadujemy się w Kancelarii Premiera 25 marca rząd odpisał Komisji, że został już przygotowany projekt ustawy, który reguluje sprawy zapłodnienia in vitro. Gdzie jest więc ten projekt? – Obecnie jest procedowany przed podjęciem decyzji o wprowadzeniu go do wykazu prac legislacyjnych Rady Ministrów – mówi enigmatycznie Krzysztof Bąk, rzecznik ministerstwa zdrowia. Pytamy więc, czy możemy poznać założenia tego projektu, choćby to, czy będzie można mrozić zarodki (jak chce liberalne skrzydło PO), czy rząd wprowadzi absolutny zakaz takich praktyk (jak chcą konserwatyści). – Na dzień dzisiejszy nie upubliczniamy założeń tej ustawy– odpowiada Bąk. Nie potrafi też wskazać terminu, kiedy projekt będzie przedstawiony opinii publicznej.

Jest wielce prawdopodobne, że Komisja Europejska straci do polskiego rządu cierpliwość. Cztery lata temu rząd zwodził ją, że „rozpatrywany jest właśnie projekt ustawy, wprowadzający do naszego prawa przepisy dotyczące komórek rozrodczych”. Rok później, kiedy Komisja znów upomniała się o ustawę o in vitro, rząd tłumaczył, że „kwestie te są bardzo wrażliwe społecznie i zamiarem ustawodawcy jest wypracowanie takiej regulacji, która będzie zaakceptowana przez wszystkie zainteresowane podmioty”. Później rząd zapewniał KE, że w sierpniu 2011 r. ustawa trafi do podpisu na biurko prezydenta. Jak wiadomo, radykalny projekt PiS zakazujący in vitro upadł w Sejmie. Posłowie PO pracujący w specjalnym klubowym zespole nie potrafili zaś pogodzić propozycji liberalnej Małgorzaty Kidawy-Błońskiej z konserwatywną Jarosława Gowina i wspólny projekt ostatecznie nawet nie powstał.

Kto ma projekt?

Tymczasem w Platformie i w ministerstwie zdrowia panuje w tej sprawie chaos. Miesiąc temu prezydium klubu Platformy Obywatelskiej znów dyskutowało o in vitro. - Rozmawialiśmy na ten temat i postanowiliśmy przyjąć dyrektywy unijne i ratyfikować Konwencję Bioetyczną. To naszym zdaniem rozwiąże wszystkie problemy - mówi wiceszefowa klubu Platformy Małgorzata Kidawa-Błońska.

Sprawę ochrony i przechowywania zarodków, badań na embrionach, oraz zakaz handlu nimi o których mowa w dyrektywie, rzeczywiście może uregulować ratyfikowanie Konwencji Bioetycznej, którą Polska podpisała w 1999 r. za rządów Jerzego Buzka. Do jej przyjęcia przez Sejm potrzeba jednak zmian w przepisach prawa, np. w kodeksie karnym gdzie należy zapisać kary za handel zarodkami. Donald Tusk już rok temu w październiku zobowiązał klub parlamentarny PO do opracowania zmian w przepisach umożliwiających ratyfikowanie Konwencji Bioetycznej. Dziwi więc, że prezydium klubu PO dopiero miesiąc temu, podjęło decyzję, że zajmie się ta sprawą. Skąd więc wyjdzie ostateczny projekt, który wreszcie ureguluje sprawę in vitro – z klubu, czy z rządu (który jak twierdzi ministerstwo zdrowia ma już gotowa ustawę)? Nie wiadomo.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

UKRAINA: Wołodymyr i jego drużyna

Prezydent Wołodymyr Zełenski wystartował z najbardziej ambitnym programem reform w historii kraju. Krytycy twierdzą, że ta niecierpliwość zgubi albo jego, albo Ukrainę.

Oleksandra Iwaniuk
18.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną