Kraj

Dywizje Dudy

Na kogo może liczyć przewodniczący Solidarności?

Połączone siły Solidarności, OPZZ i Forum ZZ tuż po wakacjach mają nawiedzić Warszawę, by obalać rząd. Połączone siły Solidarności, OPZZ i Forum ZZ tuż po wakacjach mają nawiedzić Warszawę, by obalać rząd. Adam Ciereszko / PAP
Przewodniczący Solidarności Piotr Duda naobrażał premiera, zerwał stosunki z rządem i zapowiada ofensywę wrześniową. Jaka armia za nim stoi?
Solidarność deklaruje liczbę 680 tys. zrzeszonych, aktywnych zawodowo członków „S” jest ok. 550 tys.Adam Ciereszko/PAP Solidarność deklaruje liczbę 680 tys. zrzeszonych, aktywnych zawodowo członków „S” jest ok. 550 tys.

Połączone siły Solidarności, OPZZ i Forum ZZ tuż po wakacjach mają nawiedzić Warszawę, by obalać rząd. Mają go nękać wszelkimi możliwymi sposobami – włącznie ze strajkiem generalnym. W oficjalnym komunikacie „S” informuje, że to wola większości związkowców. Tak wynika z sondażowego referendum, w którym wzięło udział blisko pół miliona członków. 84 proc. głosujących jest gotowych strajkować. Jeszcze więcej chce wziąć udział w ogólnopolskiej manifestacji.

Zasoby i zapasy

Żeby prowadzić wojnę, potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i pieniędzy – mawiał Napoleon. Solidarność jest bogatym związkiem. Głównym źródłem jej utrzymania są składki: 0,8 proc. miesięcznego wynagrodzenia brutto każdego członka związku. Do kasy „S” trafia w ten sposób co roku ok. 200 mln zł – to dużo więcej niż do jakiejkolwiek partii.

60 proc. z tych pieniędzy pozostaje jednak w organizacjach zakładowych, które mają osobowość prawną i własne budżety. Zatrudniają prawników, udzielają pracownikom doraźnych pożyczek, ubezpieczają ich. – Większość pieniędzy, które do nas wpływają, wraca do pracowników w postaci różnych zapomóg i świadczeń – relacjonuje Roman Gałęzewski, szef „S” w Stoczni Gdańsk. Ostatnio, gdy były opóźnienia w płaceniu pensji, udzielali tysiączłotowych pożyczek. Z tego samego konta stoczniowa „S” rekompensuje też członkom związku udział w wyjazdowych manifestacjach i zarobki utracone z powodu nieobecności w pracy.

25 proc. pieniędzy ze składek trafia do regionalnych komisji „S” (na ich działalność, etaty i lokalne protesty), 10 proc. zasila budżet Komisji Krajowej, a 5 proc. – fundusz strajkowy (regionalny i krajowy po połowie). Te 5 proc. daje ok. 10 mln zł rocznie na ogólnopolskie akcje protestacyjne – ewentualne strajki generalne itp. Trzeba ludzi wyżywić, dowieźć, zakupić akcesoria (flagi, petardy), nagłośnić protest – to kosztuje. Jednak w poprzednich latach udawało się zaoszczędzić przynajmniej część tych pieniędzy – prowadzone w skali ogólnopolskiej akcje tyle nie kosztowały – a zatem zapasy rosły. Ile się uzbierało, to jedna z najbardziej strzeżonych tajemnic związku. – Pieniądze z funduszu strajkowego są lokowane za pośrednictwem fachowców i pracują – mówi Marek Lewandowski, rzecznik prasowy przewodniczącego KK.

Związek prowadzi też działalność gospodarczą. Komisja Krajowa jest właścicielką spółki Dekom (Piotr Duda zasiada w radzie nadzorczej), zarządzającej należącymi do związku hotelami Dal w Gdańsku i Kielcach oraz Sanatorium Uzdrowiskowym Bałtyk w Kołobrzegu (z aquaparkiem Morska Odyseja). Region Gdańsk zarabia na wynajmie powierzchni biurowych w swej siedzibie, którą dzieli z Komisją Krajową (współwłasność), a przede wszystkim w dawnym Domu Prasy, przekazanym związkowi za mienie utracone w stanie wojennym. Działacze „S” okazali się zapobiegliwi nieporównanie bardziej niż ich koledzy z innych związków. Dużą wagę do budowy bazy materialnej „S” przywiązywał Janusz Śniadek – najpierw jako zastępca Mariana Krzaklewskiego, potem jako szef KK przez dwie kadencje.

Chyba nie ma regionu, który nie miałby własnego budynku, tylko wynajmował – relacjonuje Marek Lewandowski. – Biuro warszawskie też jest nasze. Blisko Sejmu i Dworca Centralnego, żeby nie wydawać na przejazdy taksówkami. To racjonalne gospodarskie podejście. Tak samo w Brukseli – mamy swoją kamienicę, by nie płacić za hotele. W Brukseli mieszczą się międzynarodowe centrale związkowe, przy których „S” jest afiliowana. „S” aktywnie pozyskuje też fundusze unijne.

 

Generalicja i oficerowie

Struktura generalicji i dowództwa jest skomplikowana. Generałami byliby przewodniczący zarządu w poszczególnych regionach (jest ich 34) oraz przewodniczący sekretariatów branżowych (takich jest 16) – bo struktura związku jest podwójna, równoległa.

Oficerów „S” ma o szczebel niżej. Ilu etatowych działaczy ma związek w skali kraju – nie wiadomo. Podobno nikt ich nie liczy. Może rzecz w tym, iż te etaty finansowane przez pracodawców budzą dyskusje, kłują w oczy, bo sporo osób uważa, że powinien finansować je związek. Związek dysponuje jedynie informacją, że 15–20 tys. działaczy „S” jest objętych szczególną ochroną przed zwolnieniem, a więc funkcyjnych. Pozyskanie 150 członków w danym zakładzie daje związkowi prawo do jednego etatu związkowego, opłacanego przez pracodawcę. Powyżej 500 dusz związkowi przysługuje drugi etat, powyżej 1000 – kolejny. W ponad 60 proc. komisji nie ma jednak żadnych działaczy etatowych. Największe organizacje zakładowe „S” (w hutach, kopalniach) mają 3,5–4,5 tys. ludzi – ale takich gigantów jest niewiele. Komisja Krajowa zatrudnia 120 osób, duże regiony po 50–60 osób, najmniejsze zaledwie 3–4 osoby. Liczbę etatów w regionach, branżach i centrali oblicza się na 550–600.

Związkowe szable, czyli pojedyncze dusze, grupują Komisje Zakładowe – coś jak oddziały „S” w poszczególnych zakładach pracy. Takich jest w Polsce prawie 8 tys.

W strukturze organizacji kluczową rolę odgrywają regiony. To dziedzictwo po czasach komuny, lustrzane odbicie struktur PZPR, z którą „S” wtedy walczyła – potem nie było już silnych, aby dostosować liczbę regionów do zmniejszonej liczby województw. Największy Region Śląsko-Dąbrowski, z którego wywodzi się Piotr Duda, to ponad 100 tys. osób. Duże regiony liczą 30–50 tys. członków. Przeciętna to kilkanaście do dwudziestu paru tysięcy. Najmniejsze skupiają po kilka tysięcy ludzi.

Znaczenie branż – wyjąwszy te najsilniejsze (wydobywcza, metalowcy, chemiczna) – jest niewielkie. – Po stronie pracodawców nie mamy partnera w postaci reprezentacji, która mogłaby negocjować z branżami układy zbiorowe – mówi Marek Lewandowski. – Dlatego uważamy organizacje pracodawców za grupy lobbystyczne, pilnujące swoich interesów.

Szefom regionów i sekretariatów powyżej 100 tys. żołnierzy przysługuje miesięcznie 2,4 średniej płacy krajowej. Tym poniżej 40 tys. – dwie średnie. Pensja wodza naczelnego Piotra Dudy to 2,9 przeciętnego wynagrodzenia (ok. 11 tys. zł brutto). Regionalni i branżowi generałowie zasiadają jednak w różnych radach związkowych spółek.

Szeregowi i rekruci

Solidarność deklaruje liczbę 680 tys. zrzeszonych, ale wlicza w to emerytów. Aktywnych zawodowo członków „S” jest ok. 550 tys. Związek jest zmaskulinizowany. W grupie stu członków Komisji Krajowej jest tylko sześć kobiet, w dół drabiny proporcje są podobne. To nie jest młode wojsko. Średnią wieku swoich członków „S” szacuje na 46 lat, choć według opracowań Fundacji Friedricha Eberta wynosi ona nawet trochę więcej – mamy więc do czynienia z wojakami nadającymi się bardziej do rezerwy niż na front. Aż 39 proc. to pracownicy niewykwalifikowani i przyuczeni.

Z roku na rok wojska ubywa. Solidarnościowi liderzy od kilku lat powtarzają, że udało się powstrzymać spadek liczby członków, ale to optymistyczny obraz. Owszem, udało się wyhamować szybki odpływ, ale nawet oficjalne statystyki (te z uwzględnieniem emerytów) pokazują, że solidarnościowe oddziały się kurczą. Średnio – o 10 tys. dusz rocznie, mimo że związek pozyskuje w tym czasie, jak deklaruje, 10–15 tys. nowych członków. W firmach prywatnych związki buduje się bardzo trudno. Ostatni sukces „S” to założenie organizacji w sieci dyskontów Lidl (ok. 150 członków). W Kauflandzie w ciągu dwóch lat „S” udało się pozyskać 2 tys. członków. W firmach ochroniarskich „S” ma 3–3,5 tys. członków – choć to kropla w morzu, bo ta branża zatrudnia 250 tys. ludzi. Ale nowe związki dość wyraźnie odbiegają już od tych starych, osadzonych głównie w spółkach Skarbu Państwa. Są bardziej nastawione na negocjacje niż na konfrontację, ich mobilność strajkowa jest mniejsza. Niechętne wchodzeniu w politykę, zorientowane na praktyczną ochronę pracowników.

 

Kacper Stachowski, szef Działu Rozwoju Związku w KK, za trudności w naborze wini rzecz jasna rząd, który wspiera tzw. elastyczne formy zatrudnienia, a także media (bo mało przychylne związkom) i pracodawców. Ale trudno oczekiwać, że rynek pracy dostosuje się do związków. To raczej one muszą się dostosować – i w większości krajów mają z tym problem (choć w Polsce jest on większy, bo elastyczne formy zatrudniania są bardziej rozpowszechnione).

W OECD uzwiązkowienie maleje, a z doświadczeń pojedynczych państw, gdzie związki rosną w siłę, wynika jednak, że szansą dla współczesnych związków jest organizowanie ludzi zamiast świadczenia dla nich usług – czyli poniekąd powrót do korzeni, tych z początków kapitalizmu.

Brytyjski związek GMB w ciągu ostatnich 12 lat urósł z 500 tys. do 630 tys. ludzi. Wcześniej testowano tam różne metody – wspieranie Partii Pracy, urządzanie manifestacji, ale bez efektu. Aż ich lider zaproponował wyjście do ludzi, pod zakłady pracy. Dziś GMB ma 200 organizatorów związkowych, którzy właśnie tym się zajmują.

Dział „S”, którym kieruje Kacper Stachowski, zatrudnia obecnie 11 osób (licząc z regionami, pozyskiwaniem nowych członków zajmuje się ok. 40 osób). Gdy Piotr Duda stawał za czele „S”, w dziale rozwoju było 20 pracowników, w regionach było dodatkowo 50 osób. Zatem, mimo rozmaitych deklaracji, pozyskiwanie nowych członków priorytetem „S” nie jest. Starzejącym się działaczom trudno zmienić optykę i nawyki. A nawet więcej: w okrzepłych organizacjach zakładowych młodzi bywają postrzegani jako konkurencja do funkcji objętych ochroną, do bezpiecznych etatów niepodlegających redukcji, gdy firma zwalnia.

Związki i polityka

„S” idzie w innym kierunku, coraz częściej organizuje manifestacje i happeningi, używa widowiskowych gadżetów (jak łańcuchy do zamknięcia przejść parlamentarzystom), zwołuje happeningi (na Śląsku „miasteczko wkurzonych” z zupą szczawiową i kompotem z mirabelek, towarzyszące kongresowi PO), wykupuje billboardy (akcja z Syzyfem/syfem przeciw umowom śmieciowym). Szuka sojuszników w postaci oburzonych różnej proweniencji. I angażuje się politycznie – co znów sprowadza się do sojuszu z PiS.

Przewrotnie, aktualny szef Piotr Duda dowództwo przejął pod hasłem uwolnienia „S” od politycznych uwikłań. Szybko wszedł jednak w stare koleiny. Niektórzy uważają, że głębiej niż jego poprzednik Janusz Śniadek – bo za jego czasów to liderzy PiS przyjeżdżali na związkowe zjazdy, a teraz szef „S” objeżdża konwentykle partyjne PiS i Solidarnej Polski.

Ale też do tej pory zawsze tak było – gdy związek napotykał trudności, w elicie „S” zwyciężało przekonanie, że politycy pomogą, zwłaszcza że PiS obiecuje dzisiaj spełnienie niemal wszystkich postulatów związkowych (od obniżenia wieku emerytalnego i podwyżki świadczeń aż po likwidację bezrobocia). – Obecnie trudno mi współpracować z szefem związku, który zawarł sojusz z jedną partią polityczną, odmawia dialogu w Komisji Trójstronnej i zapowiada wyprowadzenie ludzi na ulice. Strajkami i manifestacjami nie przyciągniemy inwestorów i nie zmniejszymy bezrobocia – mówi dr Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan.

Krzysztof Dośla, szef Regionu Gdańskiego, twierdzi, że „S” swymi działaniami utrzymuje w karbach niezadowolenie ludzi, które niekontrolowane mogłoby wylać się na ulicę. Ale obserwując te działania, można dojść do wniosku, iż społeczne wrzenie to szczyt marzeń związkowych elit. Jak mówią działacze: był Stambuł, jest Kair, będzie Warszawa. Ale uliczne demonstracje to maksimum tego, co Duda może ze związku wycisnąć, bo, jak dotąd przynajmniej, o strajku generalnym nie ma co marzyć. Ta armia może urządzać parady i demonstracje siły, ale na wojnę nie ruszy.

Polityka 28.2013 (2915) z dnia 09.07.2013; Kraj; s. 14
Oryginalny tytuł tekstu: "Dywizje Dudy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną