Kraj

Zanim Pan Bóg zacznie się śmiać

ANALIZA: Kościół sam powinien się nawrócić

Nasz episkopat zachowuje się, jakby ktoś go pozbawił instynktów przetrwania. Nasz episkopat zachowuje się, jakby ktoś go pozbawił instynktów przetrwania. Mirosław Gryń / Polityka
Co się stało z polskim Kościołem? W czasach wymagających większej otwartości i zmiany języka nasz episkopat zachowuje się tak, jakby zatracił instynkt przetrwania.
Stefan Bratkowski - dziennikarz, pisarz, z wykształcenia prawnik. Debiutował w 1956 r. na łamach „Po prostu”.Tadeusz Późniak/Polityka Stefan Bratkowski - dziennikarz, pisarz, z wykształcenia prawnik. Debiutował w 1956 r. na łamach „Po prostu”.

Artykuł w wersji audio

Niepokoi mnie pytanie, co będzie, jeśli się Pana Boga rozśmieszy. A wszystko możliwe, nasz Kościół bowiem, zwalczając (w imię Boże) sztuczne zapłodnienie, awansuje tym samym członek męski do pozycji boskiego instrumentu. Zarodkom zaś nadaje rangę człowieczeństwa, choć wiemy już dziś, jak bardzo rozrzutna jest natura: nie tylko strzela tysiącami plemników, ale i dodatkowymi jajeczkami, te zaś, nawet zapłodnione, niekoniecznie się lokują, gdzie trzeba, lecz bez żadnej obrazy boskiej i wiedzy niedoszłej matki uchodzą – delikatnie mówiąc – w niebyt. Jeśli zarodki to ludzie, to czy należy przyznać im dusze? Ku zdziwieniu teologii, o duszy się na wszelki wypadek jednak nie rozmawia i robi się już niepewne, czy aby katolicy jeszcze w ogóle mają dusze...

Było inaczej

Nie pora jednak na dowcipy. Rolę Kościoła trudno przecenić. W różnych aspektach. Dziś w tak skłóconej i podzielonej Polsce oczekiwałoby się z jego strony czegoś lepszego w sferze publicznej. Bo przecież ten sam (czy na pewno…?) Kościół odegrał niegdyś, nie tak znów dawno!, ogromną rolę w „cudzie polskim” – przyczyniając się do porozumienia stron, dwóch światów, jak się wydawało, nie do pogodzenia. Przyjaźniłem się z ówczesnym biskupem Bronisławem Dąbrowskim, pomagałem, w czym potrafiłem, wiedziałem o rozmowach nieocenionego, niestrudzonego negocjatora, księdza Alojzego Orszulika, znałem wysiłki biskupa Tadeusza Gocłowskiego, nie mówiąc już o roli partnera najbardziej wpływowego, historycznej roli, naszego papieża. Jakże potrafili, nie narzucając się, rozmawiać z obiema stronami – aż te były zdolne zasiąść do wspólnej rozmowy. W tym procesie porozumienia uczestniczyli nie tylko biskupi, ale cała rzesza „szeregowych” proboszczów, wikarych i zakonników, uczących wiernych wyrozumienia i zdolności przebaczania. Kościół polski pełnił wówczas swą misję tak, by znosić przedziały i nienawiści między Polakami oraz godzić ich w imię wspólnej przyszłości na tej samej ziemi.

Kościół Wojujący – o co?

Tak było. Tak nie jest. Po wyborze nowego – rzekłbym, antykościelnego papieża – nasz obecny episkopat nieoczekiwanie wystąpił mu na przekór, niczym twarde, nowe Biuro Polityczne – w imię Kościoła Wojującego. Ten Kościół miast godzić i nawoływać do opamiętania, jeszcze pogłębia nowe podziały, przydając im fałszywej sakry. Sam syci społeczeństwo pretensjami i nienawiścią. Nie koi, nikogo nie godzi i nie wiedzie do stołu rozmów. Przeciwnie – sam oskarża, a niewiernych chce zmuszać przepisami państwowymi do akceptowania poglądów religijnych w sprawach biologii. Z zatrważającą pewnością siebie – by nie powiedzieć pychą – sam dzieli Polaków i skłóca. Stoi w obliczu szerzących się zakażeń drogą płciową, ale zwalcza prezerwatywy; stoi wobec problemów demograficznych i walki z niepłodnością, a zwalcza in vitro, opowiadając na dobitek banialuki o dzieciach urodzonych ze sztucznego zapłodnienia; zdaje sobie sprawę z chorób genetycznych, ale zwalcza badania prenatalne. Jakby zapomniał, że pogodził się z teorią Kopernika, że wycofał się z zakazu transfuzji, z zakazu transplantacji narządów, a nawet już teoria ewolucji mu nie przeszkadza.

 

W czasie trudnym, wymagającym zmiany podejścia do problemów społecznych, zmiany języka i większej otwartości doktrynalnej – nasz episkopat zachowuje się, jakby go ktoś pozbawił instynktu przetrwania. Pozbywa się lub ucisza najcenniejsze postacie Kościoła, jak ks. red. Boniecki, jak ostatnio ks. ­Lemański (nie wszystkie wyciszenia są głośne). Wszystko, co ciekawsze i zdolne podjąć dialog ponad rafami – jest już prawie poza Kościołem. Co gorsza, Kościół nasz, przerażony procesem świecczenia, tuli się w objęcia jednej partii, zamiast higienicznego dystansu do wszystkich. Rodzi to fatalne skutki, odstraszając wiernych. Jest coraz więcej tych, którzy wprost kpią z powiastek o wrogach Kościoła i narodu, o zniewolonej Polsce i potrzebie krucjaty dla ratowania kraju. Wiadomo, że bez oporów wpuszcza się do sanktuarium w Częstochowie – i przyzwala się na jątrzące diagnozy – cynika w szatach świętoszka, głoszącego, z Jasnej Góry!, iż Kościół jest w Polsce… prześladowany, on zaś jest – jego rycerzem. Pomyśleć, kiedyś, gdy Prezes objawił się jako człowiek wiary, napisałem: „A to się Pan Bóg zdziwił…”.

To nie jest tylko lepszy buddyzm

By nikogo nie mylić – mała deklaracja: jestem bezinteresownym zwolennikiem Pana Boga, czy jest czy Go nie ma. Życie pozagrobowe z perspektywą spotykania wszystkich, których zdołałem uniknąć na ziemi, nie kusi mnie, wieczność wydaje mi się nieskończoną nudą, ale gdyby można było istnienie Boga przegłosować, głosowałbym zdecydowanie „za”. Co więcej, uważam chrześcijaństwo nie za jedną z wielu, ale za najpiękniejszą z ludzkich religii. Kiedyś, gdy świeżo poznaliśmy się z ks. prof. Markiem Kiliszkiem (później odesłanym przez prymasa na odległą od Warszawy parafię), Marek zapytał mnie: „Co się panu, panie Stefanie (jeszcze nie byliśmy na ty), w chrześcijaństwie najbardziej podoba?”. I… obaj równocześnie powiedzieliśmy: „To, co zrobiliście najmniejszemu z was, mnie zrobiliście…”.

Tak, to jedyna religia, która każe Boga szukać w innym człowieku (co przypominam egotykom, propagującym szukanie Go tylko w sobie i w Kościele). Wymaga ona czegoś więcej niż buddyjskie powstrzymanie się od czynienia zła niż zakonne pogrążenie się w sobie i modlitwie. Wymaga dobroci, i to czynnej, która może zmieniać świat na choć trochę lepszy. Nawet jeśli modlitwa pracą jeszcze uchodzi za czystą herezję.

Jeździłem przez całe lata 80., od października 1980 r., po dziesiątkach naszych kościołów na nieocenzurowane spotkania, mówiłem od ołtarzy i po salkach katechetycznych o nieznanej większości naszego duchowieństwa nauce społecznej Kościoła – bo to była i nadal jest mądra propozycja zachowań społecznych. Bardzo się ona nie podobała, nie ukrywam, mojemu przyjacielowi Stefanowi Kisielewskiemu, który jako szczery prawicowiec mówił: „ja cię rozumiem, to przecież tak lewicowe, że mógłbyś te encykliki oprawić w czerwoną książeczkę myśli tow. Mao”. Pocieszyłem go, że niestety, mało kto je zna – nawet wśród biskupów. Opowiedziałem mu, jak po jednym moim wykładzie przemiły biskup gospodarz podziękował mi słowami: „tylu się nowych dla siebie rzeczy dowiedziałem”.

 

Co w nich jest? Przykładowo – temat z gorącą aktualnością (o który sam wojuję od lat, raczej bezskutecznie, dlatego wracam do niego): kiedyś Karol Fourier chciał wciągnąć pracowników do ról współwłaścicieli z poczuciem współodpowiedzialności za los przedsiębiorstwa (oczywiście nie za darmo). „Towarzysz Pius XI”, jak mówił Kisiel, zrobił spółki pracownicze propozycją Kościoła, ale tej propozycji duchowieństwo (nie tylko polskie) nawet nie zauważyło, prawomyślnie małomyślne. Nie pomogło nawet poparcie Jana Pawła II ani poparcie „towarzysza Reagana”, którego Plan Własności Pracowniczej, ESOP, upowszechniający własność, wyeliminował strajki z wielu korporacji Ameryki. Wiem, że temat mało religijny, ale Pius XI i nasz papież byli jednak ludźmi wierzącymi.

Nawrócić Kościół na chrześcijaństwo

Oczywiście dojść może w świecie katolickim do zmian olbrzymiej skali, w czym ja się już nie czuję kompetentny. Bo wszystko jest możliwe. Toż okazał się możliwy Drugi Sobór Watykański! Proszę sobie wyobrazić, że argentyński papież postawi pytanie, czy Kościołowi potrzebne jest w ogóle własne państwo biskupa Rzymu z akredytowanymi ambasadorami, cały aparat biurokratyczny, niebywale kosztowny dwór, z książęcymi pałacami kardynałów, i te wszystkie kongregacje i dykasterie, które mają poprawiać religię Jezusa. Też bez źdźbła poczucia humoru: celibat (od XI w.!) zwalnia duchowieństwo od ciężaru utrzymania rodziny i wychowywania dzieci, a ma ono propagować… rodzinę i rodzenie dzieci! Nie mogę patrzeć, jak marnujemy tylu potencjalnych wspaniałych, pełnych dobrotliwego ciepła ojców – bez dzieci! Św. Paweł, wielki pionier i organizacyjny ojciec chrześcijaństwa, orędownik braterstwa i pomocy wzajemnej, wymagał od biskupów wzorowego ojcowania rodzinom, za co go po prostu cichcem wykluczono z Kościoła. „Ochronę życia od poczęcia” wymyślono dopiero w XX w., by ożywić rozrodczość białych ludzi, choć w autentycznym chrześcijaństwie bardzo praktycystyczna, to prawda, teza św. Tomasza z Akwinu stwierdzała, że dusza wstępuje w płód po szóstym tygodniu ciąży (inaczej każde wczesne poronienie wymuszałoby kościelny pogrzeb).

Uważam za wcale prawdopodobne, że Kościół, nasz, polski – choć jako partia z radiowym prymasem Rydzykiem ambitnie dąży do władzy – uda się nawrócić na chrześcijaństwo. Nawet arcybiskupa Hosera. Powiadam, to naprawdę bardzo piękna religia, parę razy się odradzała... Miłość bliźniego, nawet niewierzącego, życzliwość, przychylność, pomocność, godzenie skłóconych, rozmowa z innymi niż „swoi”, to nawet i dla naszego Kościoła nie jest luksus ponad stan. Ba, ten luksus przywróciłby ludziom Kościół – instytucję spotkań i dyskusji o tym, jak uczynić świat koło siebie choć odrobinę lepszym, interesując się i wiedząc o wszystkich, którym trzeba naszej pomocy. Zamiast pouczeń, stawiania wymagań i karcenia. Zamiast niszczenia księży, oddanych swoim wiernym i Kościołowi…

Arcybiskup, który odwołał Wojciecha Lemańskiego, człek wybitnej inteligencji, sprowadził szamana. Nie mam nic ­przeciw szamanowi. Jeśli pomoże ludziom, którzy weń uwierzą, to dobrze, nie kładźmy tamy dobroczynności. Jeśli, powołując się na Jezusa, uczy dobroci, tym lepiej. Ale gdy go zaprasza arcybiskup, degradujący dobrego księdza, wniosek z tego – proszę wybaczyć – że znowu ktoś próbuje Pana Boga rozśmieszyć.

Stefan Bratkowski (ur. w 1934 r.) – dziennikarz, pisarz, z wykształcenia prawnik. Debiutował w 1956 r. na łamach „Po prostu”. Wieloletni prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (1980–90). Uczestnik obrad Okrągłego Stołu po stronie solidarnościowej. W latach 1991–92 prezes Spółdzielni Wydawniczej Czytelnik. Autor ponad 20 książek.

Polityka 30.2013 (2917) z dnia 23.07.2013; Kraj; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Zanim Pan Bóg zacznie się śmiać"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną