Kraj

Król bez Dworu

Krasowski o Lechu Wałęsie - część II tryptyku

Obrady Okrągłego Stołu. Od lewej: Mieczysław Gil, Tadeusz Mazowiecki, Lech Wałęsa, Władysław Frasyniuk, Zbigniew Bujak. Obrady Okrągłego Stołu. Od lewej: Mieczysław Gil, Tadeusz Mazowiecki, Lech Wałęsa, Władysław Frasyniuk, Zbigniew Bujak. Leszek Łożyński / Reporter
Lata 1988–90 to najświetniejszy okres w karierze Lecha Wałęsy. Zwycięstwo za zwycięstwem. Jednak im większy był Wałęsa, tym trudniej było w jego wielkość uwierzyć. Im bliżej był władzy, tym bardziej się go bano. Siermiężność chłopa-króla stała się problemem.
W 1988 r. Jaruzelski nie miał już wyjścia. Zaproponował Wałęsie rozmowy, lecz jako warunek postawił zgaszenie strajków. I Wałęsa je zgasił.Wikipedia W 1988 r. Jaruzelski nie miał już wyjścia. Zaproponował Wałęsie rozmowy, lecz jako warunek postawił zgaszenie strajków. I Wałęsa je zgasił.
Robert Krasowski, publicysta i wydawca. Założyciel i były redaktor naczelny gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”.Tadeusz Późniak/Polityka Robert Krasowski, publicysta i wydawca. Założyciel i były redaktor naczelny gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”.

Opowieść o tamtych latach trzeba zacząć od sprostowania kolejnej legendy. O dwóch ojcach Okrągłego Stołu – Lechu Wałęsie i Wojciechu Jaruzelskim. Bo nie było dwóch ojców, tylko jeden – Wałęsa. To on przez całe lata 80. forsował ideę porozumienia. Mówił o tym setki razy, na przykład podczas sławnego spotkania z wicepremierem Mieczysławem Rakowskim w Stoczni Gdańskiej w 1983 r. „Nie chcemy burzyć socjalizmu, nie chcemy przejąć władzy, nie chcemy podważać sojuszy. Chcemy, byście z nami siedli do stołu i pogadali o błędach”. Jednak oferta ugody za każdym razem była odrzucana.

Generałowie byli bardzo zacietrzewieni. I bardzo niezdarni. O ile stan wojenny był organizacyjnym majstersztykiem, gdyby nie ofiary z Wujka, można by go uznać za dowód wielkiej politycznej sprawności, to kolejne lata były żałosnym spektaklem. Cała ówczesna polityka – poza kolejnymi nieudanymi reformami – sprowadzała się do pobić, fałszywek i prowokacji. Bo generałowie mieli obsesję służb. Mieli całe państwo z jego licznymi narzędziami, jednak korzystali tylko ze służb. A te werbowały, podsłuchiwały, zastraszały. Lata 80. nie znały polityki, jedynie tajne operacje.

Jednak najgorsze było nie to, że była to dyktatura ubeków, ale że była to dyktatura tępych ubeków. Bo ton działaniom władzy nadali nie świetnie wyszkoleni oficerowie wywiadu, lecz prymitywne natury znające tylko język przemocy. Zapewne słabnąca władza musiała pałować manifestantów, ale po co biła Andrzeja Gwiazdę, po co mordowała księdza Jerzego Popiełuszkę, po co nasyłała nieznanych sprawców na pomniejszych działaczy? Przecież to było dramatycznie niemądre. W opozycyjnej legendzie używa się innych słów. Władzę generałów ostro się potępia. Opisuje się ją jako groźną, demoniczną, zbrodniczą. Tymczasem była ona głównie nieudolna. Wojskowi na polityce się nie znali. Autorytarne państwo szybko rozpadło im się w rękach, zamieniając się w toporny, policyjny reżim, nad którym również utracili kontrolę. Średni aparat zaczął prowadzić politykę na własną rękę, czyli bić każdego, kogo zechce. Do centrum systemu władzy wdarła się anarchia.

Po opozycyjnej stronie budowało to wrażenie świadomie reżyserowanej agresji. Co rodziło rosnącą wrogość. Jeden Wałęsa przyjmował to wszystko spokojnie. Nadal nie zmieniał swej linii. Krytykował władzę, ale stale wyciągał do niej rękę. Nawet po zabiciu Popiełuszki ponowił ofertę rozmów. Bo rozumiał, że społeczeństwo nie ma szansy w starciu z władzą. Że komunizm można silniej zranić, wchodząc z nim w ugodę, niż wydając mu otwartą wojnę.

Była to ryzykowna strategia, bo Wałęsa coraz mocniej mijał się z nastrojami swojego zaplecza. Aż w końcu w podziemnej Solidarności doszło do rozłamu. W 1987 r. antykomunistyczne jastrzębie – Gwiazda, Jan Rulewski, Marian Jurczyk, Andrzej Słowik – poszły własną drogą, domagając się otwartej walki z komunizmem. Mimo to Wałęsa linii nie zmienił. Oferta ugody pozostała na stole. Lecz generałowie nadal jej nie chcieli. Mimo że Michaił Gorbaczow odwołał doktrynę Leonida Breżniewa i sam zaczął zachęcać Jaruzelskiego do rozmów z opozycją.

I

Minął rok. Wiosną 1988 r. wybuchła fala strajków. Wziął w nich udział Wałęsa. Znowu w świetnej formie. Panował nad społecznymi emocjami jeszcze lepiej niż dawniej. Więc jesienią zaatakował jeszcze raz. Wywołał falę strajków tylko po to, aby władzę zmusić do rozmów. Ale Jaruzelski nadal odmawiał. Więc nacisnął sam Gorbaczow. W czasie wizyty w Warszawie zażądał rozmów z opozycją. W ogóle przez cały 1988 i 1989 r. przez ambasadę rosyjską szły kolejne naciski na ugodę z opozycją. Ugodę – jak mówili Rosjanie – „uczciwą” i „trwałą”. Moskwa naciskała nie tylko dlatego, że na gwałt ocieplała stosunki z Amerykanami. Przede wszystkim chciała przetestować – w Polsce i na Węgrzech – bezpieczne granice demokratyzacji komunizmu. Dla Rosjan była to sprawa gardłowa – musieli gdzieś sprawdzić, jak daleko mogą się posunąć ze zmianami u siebie, w Związku Radzieckim. Jako poligon Polska była idealna – miała opozycję, z którą władza mogła rozmawiać.

Jaruzelski nie miał już wyjścia. Zaproponował Wałęsie rozmowy, lecz jako warunek postawił zgaszenie strajków. I Wałęsa je zgasił. Dziś ta informacja brzmi sucho, ale właśnie wtedy Wałęsa zaczął najbardziej ryzykowną rozgrywkę w całej swojej karierze. Po raz pierwszy od 1981 r. społeczeństwo się obudziło i nagle Wałęsa – na żądanie władzy – kazał mu się poddać. Radykałowie zaczęli krzyczeć, że to zdrada, młodzi robotnicy byli wściekli, studenteria także. To był ruch na granicy politycznego samobójstwa. Zwłaszcza że szansa na dotrzymanie słowa przez władzę była niewielka. Jednak Wałęsa się uparł. Wszystko postawił na jedną kartę. Na ugodę. Jeździł po Polsce i zmuszał robotników do powrotu do pracy. W niektórych fabrykach czekały na niego taczki, na których jako łamistrajka chciano go wywieźć. Ale Wałęsa wpadał do strajkujących, wygłaszał płomienne antykomunistyczne przemówienie. Dzikie, agresywne, brutalne. Rozgrzewał robotników do takiej rewolucyjnej euforii, że ostrożny Mazowiecki wpadał w panikę. Łapał się za głowę i powtarzał: „Co on mówi, co on mówi”. Tymczasem Wałęsa zdobywszy wiarygodność robotników, chwilę potem dowodził, że aby „czerwonych” pokonać, trzeba się rozejść do pracy. I się rozchodzili.

Strajki zostały zgaszone. Wałęsa umowy dotrzymał, Jaruzelski nie. Rozmowy Okrągłego Stołu miały się zacząć w październiku, jednak generał zwlekał z decyzją jeszcze przez pół roku. Do ostatniej chwili nie chciał porozumienia. Owszem, aby mieć wolne ręce, przeforsował w partii zgodę na rozmowy z opozycją, ale ten wariant traktował jako ostateczność. Jednak wiosną skończyła się cierpliwość Gorbaczowa. Widząc opór Jaruzelskiego, Moskwa postanowiła nawiązać kontakt z polską opozycją, co – jak opisuje Rakowski – wywołało w PZPR panikę, że Moskwa dogada się z opozycją za plecami polskich komunistów. Chwilę potem na Jaruzelskiego spadł kolejny cios. W gospodarce wybuchł kryzys, największy w historii PRL, z perspektywą całkowitego załamania w ciągu pół roku. To już był koniec gry, Jaruzelski nie miał wyjścia. I dopiero wtedy się zgodził usiąść do rozmów. Wałęsa postawił na swoim. Po dziewięciu latach zmusił generałów do ugody.

II

Przy Okrągłym Stole ustalono, że w wyborach do Sejmu udział weźmie opozycja. Po latach stworzono legendę, że komuniści dzielili się władzą z opozycją, ale było inaczej. Dzielili się tylko odpowiedzialnością. Pulę mandatów, o którą się biła opozycja, wyznaczono tak małą, aby komuniści mieli gwarancję wygranej. Czemu Wałęsa przystał na takie warunki? Bo chciał legalizacji. Chciał wpuszczenia do środka systemu. Okrągły Stół był dla niego koniem trojańskim. Wszystko jedno mu było, czy w koniu pomieści się dziesięciu czy stu żołnierzy. Ważne, by zmieścił się on sam. Bo Wałęsa był w swojej życiowej formie. Czuł, że jeśli wejdzie do środka, sam wszystkich pokona. Już po 13 grudnia Wałęsa zrozumiał, że wyrasta ponad swoją epokę. Ponad swoich zwolenników i ponad przeciwników. Gdy w 1982 r. władza korumpowała go różnymi ofertami, Wałęsa powiedział biskupowi Alojzemu Orszulikowi: „Oni mnie nie doceniają. Myślą, że jestem gamoniem i prostym robotnikiem, a ja bym ich wszystkich sprzedał”. Siedem lat później Wałęsa czuł się jeszcze pewniej. To był czas, w którym w Wałęsie rodziło się poczucie wielkości. I nie była to iluzja wielkości, ale wielkość realna.

No i stało się. 4 czerwca 1989 r. koń trojański wjechał do środka systemu. Wystarczyło kilka tygodni, by Wałęsa znalazł szczelinę pozwalającą przewrócić cały porządek. Były to dwie partie wydmuszki, ZSL i SD, które PZPR od lat wprowadzał do Sejmu, aby udawać demokratyczny porządek. I nagle tym wydmuszkom Wałęsa złożył ofertę wspólnego rządu. Dzięki czemu wybory, których Solidarność nie mogła wygrać, zostały wygrane.

Dziś ten manewr wydaje się oczywisty, ale wtedy nikomu nie przyszedł do głowy. Komuniści byli wstrząśnięci. Rzutem na taśmę próbowali zastopować budowę solidarnościowego rządu. Na polecenie generałów przeprowadzono wielką kampanię dezinformacyjną. Straszono liderów opozycji, a także liderów ZSL i SD, puczem pułkowników, buntem twardogłowych, interwencją Moskwy. A ta znowu pomogła. Ambasador rosyjski w Warszawie spotkał się z szefami ZSL i SD. I oznajmił, że polskie partie mogą robić, co chcą.

III

Solidarność przejęła władzę. Ale za kulisami zwycięstwa działy się dziwne rzeczy. Zaplecze Wałęsy znowu się pogubiło. Solidarnościowi politycy nie potrafili zrozumieć, co się wokół nich dzieje. Oprócz Wałęsy tylko Jarosław Kaczyński rozumiał, że komunizm właśnie dogorywa. Reszta obawiała się, że to chwilowy kryzys. Że przy Okrągłym Stole komuniści popełnili błąd, który za chwilę brutalnie naprawią. Głęboko wierzyli w blef generałów, w perspektywę zamachu stanu lub rosyjską interwencję. I kopiowali strategię Wałęsy z 1980 r. – ugody za wszelką cenę – nie chcąc przyjąć do wiadomości, że nastała nowa epoka.

Wałęsa stanął przed problemem, jak zmusić swoje zaplecze do pójścia za ciosem. Najpierw nie chciało brać władzy. Potem sprzeciwiało się agresywnej wobec komunistów koalicji z ZSL i SD. Potem, gdy władzę wzięło, sprawowało ją bardzo nieśmiało. Z nieustającym lękiem przed komunistycznym odwetem. Lękiem irracjonalnym, bo na oczach całego świata imperium się właśnie rozpadło. Węgrzy i Czesi zdecydowali się na wolne wybory. Ba, zażądali wyjścia Armii Czerwonej, a Rosjanie się na to zgodzili. Tempo agonii komunizmu było zawrotne. Jesienią 1989 r. upadło imperium. Natomiast już zimą zaczął się walić sam Związek Radziecki, którego kolejne republiki ogłaszały niepodległość.

Wałęsa zażądał przyspieszenia. Nie wieszania komunistów, jak parodiowano jego intencje, lecz odebrania im władzy. Prezydentury, policji, wojska. Logika Wałęsy była prosta: skoro przegrali, zabierzmy im wszystko. W polityce trudno o bardziej naturalne zachowanie. Ale Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Adam Michnik czy Władysław Frasyniuk twardo się sprzeciwili. Postawę dwóch pierwszych łatwiej zrozumieć. W upadek komunizmu nigdy nie wierzyli. Nie wierzyli tak mocno, że nawet gdy ten umarł, jego śmierci nie dostrzegli i wokół trupa chodzili na palcach. Natomiast dziwniejsze było zachowanie dawnych radykałów. Gdy w 1981 r., w epoce Breżniewa, Wałęsa dowodził, że nie wolno dociskać komunistów, widzieli w nim tchórza. Gdy w epoce Gorbaczowa Wałęsa ogłosił, że teraz już można dociskać, dostrzegli w nim szaleńca.

Tamte fakty warto przypomnieć nie po to, by krytykować Mazowieckiego, Geremka, Kuronia czy Michnika. Ich notoryczne pomyłki, ich wieczne pogubienie, są o tyle ciekawe, że pokazują, jak bardzo Wałęsa nad nich wyrastał. Jak wielka była dysproporcja między zdolnościami Wałęsy i jego zaplecza. Kiedy krok po kroku prześledzimy dzieje Solidarności, zobaczymy, że jej wszystkie sukcesy były sukcesami Wałęsy. Bo za każdym razem odnosił je nie dzięki swojemu zapleczu, lecz wbrew niemu.

Kariera Mazowieckiego jest dobrym przykładem. Tytuł „pierwszego niekomunistycznego premiera” brzmi dumnie, jednak został nim człowiek, który odmówił startu w wyborach 4 czerwca, a potem do ostatniej chwili dowodził, że Solidarność nie powinna brać władzy. Aż przyszedł dzień, kiedy Wałęsa wezwał go do Hotelu Europejskiego i oznajmił: „Panie Tadeuszu, będzie pan premierem”. Warto dobrze uchwycić naturę tej nominacji. Mazowiecki został premierem nie wysiłkiem własnej woli, inteligencji czy talentu. Lecz wysiłkiem woli, inteligencji i talentu Wałęsy. Wysiłkiem idącym wbrew woli samego Mazowieckiego. Szerzej będzie o tym mowa przy opisie solidarnościowych rządów. Ale już teraz warto zasygnalizować generalną tezę na temat natury solidarnościowego obozu. Otóż była to formacja wielkich obywateli. I małych polityków. Nieprzypadkowo zresztą. Gdy się głębiej zastanowimy, zrozumiemy, że jedno wyklucza drugie.

IV

Z powodu politycznej niezdarności proces przejmowania pełni władzy okazał się trudny. Z początku problemem był Mazowiecki, który poczuł się liderem Solidarności. Wymówił lojalność nie tylko Wałęsie, ale i Geremkowi, zerwał kontakty ze związkiem, a nawet z posłami. Zaczął rządzić na własną rękę. Wałęsa był wściekły, ale przełknął urazę. Konflikt pojawił się wtedy, gdy Mazowiecki odmówił Wałęsie nie tylko wpływu na rząd, ale też prawa do prezydentury.

Do jesieni 1989 r. dla wszystkich – Mazowieckiego, Geremka, Michnika, Kuronia – było jasne, że Wałęsa sięgnie po prezydenturę. Każdy z nich ten scenariusz popierał, pozostało wiele relacji, w których powtarzają, że Wałęsa jest kandydatem jedynym i naturalnym. Nagle, kilka miesięcy później, wystąpili przeciw prezydenturze Wałęsy. Najciekawsze – bo pokazujące siłę mitów i słabość faktów w polskiej historii – jest to, że Wałęsa nie chciał konfliktu. Nie chciał brać prezydentury w logice wojny na górze. Powodem była duma. Wałęsa nie chciał się bić o koronę. Wolał, by mu ją podano, by go publicznie proszono o jej przyjęcie.

Kulisy tamtych wydarzeń dobrze dziś znamy. Po latach szczerze je przedstawili Kuroń, Zbigniew Bujak i Aleksander Hall. W pierwszej połowie 1990 r. Wałęsa zorganizował cztery spotkania z udziałem solidarnościowej elity – m.in. Mazowieckiego, Geremka, Kuronia i Michnika – w czasie których zwracał się o wsparcie dla swojej kandydatury. Obiecywał zarazem swoje poparcie dla reform i pozostawienie Mazowieckiego na stanowisku premiera. Na początku nie było odzewu, potem twarde „nie”, a na końcu wrogie „nie”, czyli zapowiedź startu Mazowieckiego przeciw Wałęsie. To nie Wałęsa ruszył do wojny z własnym obozem, to obóz postanowił go wysłać na emeryturę.

Na to wszystko nałożył się spór trzeci, bezsprzecznie najważniejszy. Spór o reformy gospodarcze. Terapia Leszka Balcerowicza była bardzo sensowna i bardzo bolesna. Prowadząc taką politykę, każdy rząd skazany jest na rychły upadek. Dlatego Wałęsa domagał się dla reform osłony. Domagał się – jak mówił – drugiego Balcerowicza. Oficjalnie troszczącego się o społeczeństwo, ale wiadomo było, że na realną opiekę nie ma pieniędzy. Chodziło więc o socjotechnikę. O pokazanie społeczeństwu, że w tej wspólnej biedzie władza dba o sprawiedliwość, że łapie nomenklaturę kradnącą mienie państwowe, że wyrzuca z pracy złych dyrektorów. Odwołując się do współczesnych realiów – Wałęsa domagał się kastracji pedofilów i walki z dopalaczami.

V

Dziś to polityczny elementarz, z którego wielokrotnie korzystali Miller, Kaczyński czy Tusk. Ale Mazowiecki czy Geremek z demokratycznej polityki niewiele rozumieli. Ich koncepcja reform pochodziła z arystokratycznego muzeum. Uważali, że jeśli elity poprą reformy zgodnie i jednomyślnie, to społeczeństwo się nie zbuntuje. Bo nie poczuje bólu. Oraz nie znajdzie lidera, który je poprowadzi do buntu.

Dokładnie taka koncepcja walki z gniewem społecznym została przedstawiona podczas wielkiej awantury na posiedzeniu komitetu obywatelskiego w czerwcu 1990 r. To wobec niej Wałęsa wypowiedział sławną ripostę, że stłuczenie termometru nie wystarczy, aby się pozbyć gorączki. Że milczenie elit nie zmieni emocji mas. Że trzeba robić odwrotnie. Krzyczeć samemu. Krzyczeć głośniej od populistów. Trzeba wykrzyczeć społeczny gniew i stanąć na jego czele. Stanąć na czele gniewu na skutki tego, co samemu się robi. Jednak dla inteligentów starej daty było to zbyt szokujące, oni nawet nie rozumieli, co Wałęsa do nich mówi. Uznali, że Wałęsa jest wrogiem reform. I zaczęli z nim walczyć.

Kilka miesięcy później odbyły się prezydenckie wybory, pozwalające zmierzyć skuteczność proponowanych strategii. Mazowiecki ze swoją koncepcją ochrony reform nie wszedł nawet do drugiej tury. Przegrał ze Stanem Tymińskim. Polska demokracja zobaczy jeszcze wielu populistów, ale takiego już nigdy. Dziwnie zachowujący się osobnik z peruwiańskiej dżungli. A przecież gdyby Wałęsa w wyborach nie wziął udziału – zgodnie z wolą solidarnościowej elity – prezydentem byłby Tymiński. Obóz Mazowieckiego dowodził potem, że to Wałęsa jest winny. Że wypuścił dżina z butelki. Nawet nie rozumiejąc, że dżin był od zawsze. Bo był nim lud. Podmiot demokracji. Kapryśny, naiwny, często niemądry, z którym trzeba umieć rozmawiać jego własnym językiem.

VI

Wydarzenia pierwszego roku demokracji zapamiętano jako ataki frustracji Wałęsy, który nie potrafi się pogodzić z tym, że polityka radzi sobie bez niego. Ale prawdziwy sens tamtych wydarzeń był inny. Owoc sukcesu Wałęsy – odebraną komunistom władzę – przejęło zaplecze Wałęsy. I uwierzyło, że sobie lepiej poradzi. Kłopot w tym, że nie rozumieli demokracji. Tak długo o niej marzyli, tak długo ją idealizowali, że w ich głowach powstała utopia. W realnej demokracji okazali się niezdarni jak albatrosy. Nieustannie potykali się o swoje piękne skrzydła. Wałęsa uratował ich przed monstrualną klęską. Przed prezydentem Tymińskim.

Wałęsa zrobił to, czego jego obóz nie potrafił. Zakotwiczył w demokracji solidarnościowe zwycięstwo. Pokazał, jak się wygrywa wybory. A na koniec wykonał najbardziej triumfalny gest tamtej epoki – po 10 latach zmagań z Jaruzelskim odebrał rywalowi koronę. Po pańsku, skracając mu kadencję, każąc mu odejść. A co do losu reform… Pierwszą decyzją prezydenta Wałęsy było pozostawienie w rządzie Balcerowicza. Igrzyska polityczne – co w 1990 r. powtarzał Wałęsa swoim nic nierozumiejącym kolegom – nie są zagrożeniem reform, lecz ich warunkiem.

Grudzień 1990 r., czas wyborczego zwycięstwa, to moment największej świetności Wałęsy. Ale też moment, który z całą ostrością ujawnił jego fundamentalny defekt. Bo zwycięzca był sam. Zapewne historia o samotniku, który zawsze ma rację, a którego inni nie potrafią zrozumieć, brzmi bardzo romantycznie. Jednak w przypadku polityka nie jest to nobilitacja, lecz dowód kalectwa. Czemu Wałęsa potrafił uwieść lud, a nie potrafił przekonać elit? Czemu nie potrafił utrzymać przy sobie nawet najbliższych współpracowników? Dlaczego nawet ci, którzy przyznawali mu wielkość, chwilę potem przestawali w nią wierzyć?

Odpowiedź brzmi brutalnie. Bo wielki talent Wałęsy został wrzucony w zbyt siermiężną powłokę. Brak wykształcenia, brak manier był nazbyt krzyczący. Wszystkie rozsądne myśli wypowiedziane fatalną polszczyzną, puszącym się tonem, z chytrym chłopskim uśmieszkiem na twarzy, z miejsca przestawały być rozsądne. Nie wierzono, że w sedno sprawy trafić może człowiek o takim kulturowym standardzie. I takim edukacyjnym poziomie. Któremu wiecznie się mylą państwa, nazwiska czy organizacje.

Pół Polski to ludzie ze społecznego awansu. Wyszli z biednych rodzin wiejskich lub robotniczych, by w kilkanaście lat zdobyć wykształcenie i nabrać ogłady. Wałęsa był inny. Nie chciał się uczyć, nie chciał nad sobą pracować. Szedł na salony władzy i wierzył, że wystarczy, gdy włoży garnitur. Nie wystarczyło. Wałęsa naprawdę był wielki. Ale wielkość ukrył pod formą, która w tę wielkość nie pozwalała uwierzyć.

III i ostatnia część eseju o Lechu Wałęsie w następnym numerze POLITYKI

Robert Krasowski, publicysta i wydawca. Założyciel i były redaktor naczelny gazety „Dziennik Polska – Europa – Świat”. Obecnie współwłaściciel Wydawnictwa Czerwone i Czarne. Pracuje nad książkową historią III RP. Autor wywiadów rzek z politykami: Leszkiem Millerem, Janem Rokitą i Ludwikiem Dornem.

Polityka 40.2013 (2927) z dnia 01.10.2013; Kraj; s. 24
Oryginalny tytuł tekstu: "Król bez Dworu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną