Kraj

Czyje jest ciało

Cielesne obsesje Kościoła

W wielu Kościołach katolickich, w tym i w Polsce, właśnie seks, aborcja, eutanazja są traktowane tak, jakby to był dziś najważniejszy temat dla wiernych. W wielu Kościołach katolickich, w tym i w Polsce, właśnie seks, aborcja, eutanazja są traktowane tak, jakby to był dziś najważniejszy temat dla wiernych. Spiros Politis / Corbis
Kościół katolicki w Polsce, tracąc rząd dusz, chce utrzymać kontrolę nad cielesnością człowieka od poczęcia do śmierci.
W chrześcijaństwie już u jego początków pojawił się lęk przed ciałem, zwłaszcza kobiecym, jako domeną diabła.Wikipedia W chrześcijaństwie już u jego początków pojawił się lęk przed ciałem, zwłaszcza kobiecym, jako domeną diabła.

Artykuł w wersji audio

Kościół katolicki w Polsce, tracąc rząd dusz, chce utrzymać kontrolę nad cielesnością człowieka od poczęcia do śmierci. In vitro, aborcja, wychowanie seksualne, antykoncepcja, celibat, związki partnerskie, eutanazja – to różne oblicza tego samego zjawiska: odbierania prawa do dysponowania własnym ciałem. Skąd w Kościele ta obsesja?

Słowa „obsesja” użył papież Franciszek. W wywiadzie dla prasy jezuickiej przedstawił swoją wizję Kościoła (opieram się głównie na wersji angielskiej, ogłoszonej w piśmie jezuitów „America” w USA). Mówiąc o sakramencie spowiedzi, podkreślił, że konfesjonał nie jest izbą tortur, tylko miejscem, gdzie katolik powinien zaczerpnąć sił do poprawy. „Zastanawiam się nad sytuacją kobiety, której nie udało się małżeństwo, dokonała aborcji, a następnie wyszła za mąż powtórnie i jest dziś szczęśliwą matką pięciorga dzieci – kontynuował Franciszek. – Aborcja ciągle ciąży jej na sumieniu, szczerze żałuje, chciałaby pójść dalej swą drogą chrześcijanki. Jak się ma zachować spowiednik?”.

I w tym kontekście padają słowa, które obiegły momentalnie media: „Nie możemy skupiać się wyłącznie na zagadnieniach związanych z aborcją, małżeństwami gejów i korzystaniem z metod sztucznej antykoncepcji. To jest niemożliwe. Nie mówiłem o tych sprawach zbyt wiele i byłem za to krytykowany. Ale kiedy o nich mówimy, musimy mówić w kontekście. Nauczanie Kościoła jest jasne, ja jestem synem Kościoła, ale nie trzeba mówić o tych sprawach cały czas. Duszpasterska posługa Kościoła nie może ulegać obsesji, by natychmiast przekazywać i narzucać nieskładną masę doktrynalnych pouczeń”.

Papież uważa, że Kościół powinien odnaleźć nową równowagę w swojej misji, skupić się przede wszystkim na głoszeniu zbawczej miłości Chrystusa, a potem na religijnych i etycznych nakazach. Ta wypowiedź, niejako programowa, nie pasuje do przekazu dominującego w polskim głównym nurcie katolickim. Katolicka Agencja Informacyjna publikuje obszerne streszczenie wywiadu Franciszka pod tytułem „Co naprawdę powiedział papież?”. Taki tytuł sugeruje, że słowa papieża zostały wypaczone, wyrwane z kontekstu, że w istocie powiedział on coś innego. Jednak prawda jest taka, że przekaz mediów świeckich nie wypaczył sensu słów papieskich. Franciszek dotknął sprawy oczywistej.

Grzeszna powłoka

W wielu Kościołach katolickich, w tym i w Polsce, właśnie seks, aborcja, eutanazja, związki homoseksualne są traktowane tak, jakby to był dziś najważniejszy temat dla wiernych, jakby to było ich największe zmartwienie i wskazówek w tej materii przede wszystkim oczekiwali od księży i biskupów. Efekt jest taki, że o aborcji mówi się codziennie, o pedofilii wśród księży tylko pod presją. W Polsce lista tematów dyżurnych obejmuje jeszcze in vitro. A tematów tabu: eutanazję.

To fakt, że chrześcijaństwo od starożytności sprzeciwiało się aborcji i samobójstwu – tak jak inne religie monoteistyczne – ale z różnym nasileniem. Jezus był bezżenny, nie zaznał seksu. Św. Paweł podobnie. Szli pod prąd, bo Biblia żydowska głosi pochwałę stworzenia jako dzieła Bożego, więc także uciech życiowych. Jednak historyczny Jezus z definicji nie mógł mieć zdania w kwestiach, które wywołują gorące spory współcześnie: sztuczne zapłodnienie, sztuczna antykoncepcja, granice interwencji medycznej czy prawa mniejszości seksualnych. Przez wieki panował jednak przekaz, że ciało jako dzieło Boże jest własnością Stwórcy, a Kościół w jego imieniu porządkuje ludzką seksualność.

Seks jest potężną siłą i nie tylko religie chcą go kontrolować; rządy, ruchy polityczne i wychowawcy także. W chrześcijaństwie już u jego początków pojawił się lęk przed ciałem, zwłaszcza kobiecym, jako domeną diabła. Duży udział w kształtowaniu tego skrajnie pesymistycznego (i antykobiecego) poglądu miały starożytne prądy gnostyckie, takie jak manichejczycy czy katarowie, uważające ciało za więzienie, z którego należy jak najszybciej się uwolnić, unikając seksu, małżeństwa, nie płodząc potomstwa. Rzeczywistość była bowiem skażona złem i grzechem, elita duchowa powinna żyć w ubóstwie i czystości. Podobną niechęć ciału okazywali niekiedy starożytni Grecy (stoicy) i Rzymianie (Seneka).

Szczególnie silnie porządkowano seks w chrześcijańskiej Europie wieków średnich. Wierzący musiał się pilnować na każdym kroku, by nie zgrzeszyć nie tylko czynem, ale samą nieczystą myślą. Za niedopuszczenie do poczęcia (czyli skupienie się na rozkoszy) groziły surowe kary: seks oralny i analny karano surowiej niż spędzenie płodu. To wtedy upowszechnił się pokutujący do dziś w polskich konfesjonałach zwyczaj wypytywania, głównie dziewcząt i kobiet, o szczegóły: ile razy, z kim, jak? Niektórzy duchowni widzieli w rozkoszy grzech ciężki – kobieta miała rodzić, a nie zażywać przyjemności, małżeństwo miało służyć państwu, wydając na świat robotników i żołnierzy.

Katolicyzm od tamtych czasów rości sobie prawo i obowiązek (względem Boga i człowieka) porządkowania seksu za pomocą instytucji małżeństwa, zakazu aborcji, zakazu seksu pozamałżeńskiego, a także sztucznej antykoncepcji. Mimo zmiany oficjalnego nastawienia Kościoła, głównie w wyniku reform soborowych z połowy XX w., mimo prób stworzenia teologii małżeństwa, bardziej życzliwej seksualności (mówił o tym także Karol Wojtyła), te filary – ustawione w średniowieczu – nadal podtrzymują gmach katolicyzmu społecznego. A Paweł VI w 1968 r. potwierdził status quo: żadnych złudzeń, panie i panowie, podtrzymuję zakaz pigułki antykoncepcyjnej i prezerwatyw.

Jednostka niczym

W istocie mamy tu do czynienia z toczącym się przez stulecia sporem fundamentalnym: czyj jest człowiek? Ma autonomię moralną czy jej nie ma? Należy do siebie czy do Kościoła, rodziny, ojczyzny? Może podejmować własne decyzje życiowe i etyczne na własną odpowiedzialność, czy nie może? Jest czy nie jest właścicielem, a nie tylko użytkownikiem, własnego życia i ciała. Można zaufać jego sumieniu, czy trzeba mu narzucać prawne nakazy pod groźbą kary?

Kościół wciąż odrzuca ideę autonomii moralnej jednostki, ten fundament liberalnej cywilizacji. Na co dzień polem bitwy stają się dziś liberalne zmiany kulturowo-obyczajowe. Przy czym mniej jest to walka o sumienia, o przekonania, a bardziej o wprowadzenie instytucjonalnych zakazów i nakazów. Warto zauważyć, że zażartą, zorganizowaną, oddolną walkę z legalizacją aborcji, związków homoseksualnych, eutanazji wcześniej niż katolicyzm podjęły fundamentalistyczne ruchy protestanckie, głównie w Ameryce. Polska do tego nurtu dołączyła z opóźnieniem, ale gorliwie.

W PRL aborcja i ze względów medycznych, i społecznych była legalna od 1956 r. do końca systemu. W tamtej epoce Kościół prymasa Wyszyńskiego i (od 1978 r.) papieża Wojtyły nie wyprowadzał na ulice marszów w obronie życia, bo walczył przede wszystkim o przetrwanie katolicyzmu.

Po upadku Polski Ludowej Kościół od początku żądał delegalizacji aborcji i do dziś odrzuca prawne dopuszczenie zmian kulturowych, takich jak na przykład małżeństwa homoseksualne (zalegalizowane już nawet w katolickiej ojczyźnie papieża Bergoglio).

U nas na razie małżeństw homoseksualnych nie ma, ustawy o in vitro także (jest za to sprawa sądowa przeciwko Polsce na tym tle), nie zanosi się bynajmniej na jakiekolwiek dopuszczenie eutanazji na życzenie chorego, a petycja o zaostrzenie prawa antyaborcyjnego przy wsparciu duchownych zebrała blisko 450 tys. podpisów.

Nietrudno też wskazać u nas przykłady obsesyjnego podejścia do aborcji. Sam słyszałem, jak kaznodzieja w szczelnie wypełnionym, także dziećmi, krakowskim kościele akademickim w radosny czas świąt Bożego Narodzenia straszył wiernych rozważaniami, co by było, gdyby Maryja zdecydowała się na aborcję. (O tym, co i jak na temat aborcji czy in vitro opowiada się na wielu lekcjach religii – pisaliśmy w POLITYCE 36 i 37).

Obsesja na punkcie ciała jest obecna nie tylko w chrześcijaństwie: islam, judaizm, religie orientalne są równie purytańskie. Kto kontroluje ciało, kontroluje duszę, a przede wszystkim – ład społeczny. Tak było przez wieki, ale tak przestało być, przynajmniej na Zachodzie, w czasach nowożytnych. Nie tylko liberalne elity, ale także masy mieszkańców demokracji wyzwoliły się spod wpływu i władzy religijnej. Sprawy seksu i prokreacji znalazły się w sferze wolności osobistej. Nieuchronnie związany z demokracją proces emancypacji kulturowej dotarł też do Polski.

Moralność zredukowana

Kościół nad Wisłą próbuje ten proces zatrzymać. Naciska na wiernych, na media, na polityków, na parlamentarzystów, aby zakazali aborcji, najlepiej całkowicie; aby zabronili procedur in vitro, związków partnerskich i małżeństw homoseksualnych, eutanazji z wyboru. Efekt jest taki, że na inne ważne dla wierzących tematy, duchowe, etyczne, egzystencjalne, zaczyna brakować naszym kaznodziejom zainteresowania i czasu. Słowo „moralność”, które dotyczy przecież wszystkich sfer życia, zostało drastycznie zredukowane i obsługuje teraz de facto tylko obszar seksualności człowieka. Ktoś niemoralny to nie ten, który kłamie, oszukuje, zawodzi bliskich, stosuje przemoc, ale jedynie ten, kto się „niemoralnie prowadzi”, czyli z nieuporządkowanym, jak to katolicyzm nazywa, życiem seksualnym. Widać tu charakterystyczną wybiórczość i hipokryzję. Abp Henryk Hoser pozwala więc pracować z ministrantami księdzu skazanemu za pedofilię, ale zwalcza energicznie ks. Lemańskiego, który bronił godności dzieci poczętych in vitro.

W samym Kościele instytucjonalnym fascynacja seksem ma też dodatkowe powody, opisane choćby w książce „Kler” Eugena Drewermanna. Ten były niemiecki ksiądz katolicki, pisarz, psychoanalityk i teolog, widzi źródło kościelnej obsesji seksualnej w celibacie. Ale też w atmosferze obłudy, niepodejmowania w Kościele szczerej otwartej dyskusji o sprawach seksu. Młodzi mężczyźni w sutannach i habitach, często emocjonalnie niedojrzali, są pozostawieni sami sobie w zmaganiach ze swoją seksualnością i – bywa – przenoszą te osobiste traumy na świat zewnętrzny. Albo głosząc postulaty obyczajowego radykalizmu, albo – co jeszcze gorsze – w formie seksualnych ekscesów. Wiemy, głównie dzięki mediom, jak fatalne i dla nich, i dla ich ewentualnych ofiar są tego skutki.

Ale to gorączkowe podejście do tematów obyczajowych ma też fatalne skutki społeczne. Tam gdzie stawia się na emocje i używa języka piętnowania i wykluczania, maleje szansa działań racjonalnych nastawionych na szukanie funkcjonalnego kompromisu. Nie wszyscy polscy obywatele są praktykujcymi katolikami, nie wszyscy są w ogóle religijni, ale wszyscy, tak katolicy, jak i ludzie kierujący się innymi przekonaniami, mają te same prawa i swobody gwarantowane konstytucyjnie. Zakaz in vitro czy całkowity zakaz aborcji może przyniosą spokój sumieniu niektórych gorliwych katolików, lecz naruszą prawa wielu niekatolików. To jest realny problem społeczny, polityczny, ustrojowy, którego się nie rozwiąże pohukiwaniem z ambon i katolickich rozgłośni. Papież Franciszek zdaje się to dostrzegać wyraźniej niż wielu działaczy katolickich w Polsce.

Może dlatego, że ze swoim doświadczeniem Franciszek jest bliższy rzeczywistości. Pamiętajmy, że choć Argentyna to nominalnie kraj katolicki, jednak praktykujących wiernych jest tam ok. 20 proc., księży zaledwie ok. 6 tys., a idee demokratyczno-liberalne zyskują na popularności. Jorge Bergoglio wie, jak niebezpieczne dla Kościoła jest upolitycznienie (także rozumiane jako szukanie poparcia polityków), jak trudno zatrzymać odpływ wiernych, kiedy się wchodzi w alianse z juntami albo kiedy się nie wychodzi do ludzi, tylko moralizuje, prezentuje radykalizm etyczny wobec innych, samemu mając brudy w szafie (np. kryzys pedofilski albo prawienie o ubóstwie, kiedy się żyje w luksusach).

Niepokojący brak wątpliwości

Przekaz papieża jest całkowicie zgodny z Ewangelią i tradycyjną doktryną katolicką, a jednak wywołuje wrażenie czegoś świeżego, nowego, dynamicznego. Papież jest moralistą, ale nie moralizatorem. Wśród współczesnych papieży jego odpowiednikiem byłby chyba najbardziej Jan XXIII. We wspomnianym wywiadzie Franciszek przywołuje (w kontekście zarządzania Watykanem) dewizę papieża Roncallego: Widzieć wszystko, przymknąć oko na wiele, poprawiać niedużo.

To sprawia, że nasi radykalni obrońcy chrześcijańskiej cywilizacji białego człowieka mają problem z nowym papieżem. Osłabianie siły przekazu Franciszka polega w Polsce na przekonywaniu, że papież w istocie powiedział co innego, niż ludzie usłyszeli. Do papieża mają prawo tylko „uczeni w piśmie”, nie przysługuje ono „lewakom i liberałom” (kto nimi jest, decydują orzekający). Jest to obrona przez atak, który polega na wykluczaniu z debaty o pontyfikacie tych, którzy interpretują go inaczej niż polski katolicki mainstream. A zarazem na zawłaszczeniu debaty tak, by jej pełnoprawnymi uczestnikami mogli być tylko tradycjonaliści i konserwatyści.

Tymczasem siła nowego papieża polega na zupełnie innym podejściu. Daje on jasno do zrozumienia, że jest przeciwko wykluczaniu kogokolwiek. Także kobiet, które zdecydowały się na aborcję, także ateistów, gejów. W Buenos Aires dostawał listy od homoseksualistów, żalących się, że czują się społecznie zranieni, potępieni przez Kościół. Niepotrzebnie – mówi Franciszek – Kościół tego nie chce. Ma swój ustalony pogląd i prawo do niego, ale Bóg stworzył człowieka wolnym. Papież przypomina, iż Kościół albo jest dla wszystkich, albo nie jest Kościołem Chrystusa, tylko sektą. Sekta może być potrzebna samej sekcie, ale ogromna większość grzeszników potrzebuje czego innego. Tego, co we wspomnianym wywiadzie Franciszek nazywa szpitalem polowym, leczącym rany na ich duszy i sumieniu.

Takie podejście zjednuje nowemu papieżowi zainteresowanie, a nawet sympatię ludzi od Kościoła dalekich.

Ale w Polsce katolickiej to mało kogo interesuje. Tu nie myśli się jeszcze Franciszkiem, raczej Benedyktem XVI i (wybiórczo) Janem Pawłem II. Tu trwa wojna kulturowa z „dyktaturą relatywizmu” i „cywilizacją śmierci”. Tu jakby nie dociera pozytywny przekaz Franciszka o „cywilizacji solidarności”. W prawicowej prasie piętnuje się „synody na Czerskiej”, demaskuje wizerunkową „operację Franciszek”, mającą rzekomo zrobić z papieża przyjaciela „lewactwa” i orędownika poprawności politycznej.

Lepiej się zatem wsłuchać bezpośrednio w słowa papieża. Szczególnie we wspomniany wywiad dla czasopisma jezuickiego „La Civilta Cattolica”. To jedno z najstarszych pism katolickich i podlega bezpośredniemu nadzorowi watykańskiego Sekretariatu Stanu. Warto też przyjrzeć się, które uwagi Franciszka na kościelne tematy pominięto lub złagodzono w pierwszym polskim skrócie wywiadu na portalu KAI. Przytoczę trzy. „Lud Boży pragnie pasterzy, a nie kleru zachowującego się jak biurokraci lub oficjele rządowi”. W związku z pytaniem o szukanie Boga: „Jeśli ktoś mówi, że z całą pewnością spotkał Boga i nie dotykają go w tej sprawie najmniejsze nawet wątpliwości, to nie jest dobrze. Dla mnie to ważny sprawdzian. Jeśli ktoś ma odpowiedzi na wszystkie pytania, to jest to dowód, że Bóg nie jest z nim”. „Patrzenie na naukę Kościoła jako monolit, którego należy bronić bez niuansowania i innych jej rozumień, jest błędne”.

Czy papież przypadkiem nie walczy z Kościołem? Z pewną jego odmianą, uwikłaną w krucjaty i obsesje – jak najbardziej. Od empatii i rezygnacji z bezwzględnego potępienia zjawisk niemieszczących się w sztywnej doktrynie mogłaby zacząć się ludzka rozmowa o kwestiach moralności, życia, ciała, śmierci. Polscy hierarchowie na razie nie chcą jej podjąć.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Twarz stała się narzędziem walki w Hongkongu. Kto kogo przechytrzy?

Władze Hongkongu wykorzystują nowe technologie, żeby namierzyć i ukarać demonstrantów. Ale to broń obosieczna. Walka, choć nierówna, chwilami przypomina grę protestujących z władzą i policją.

Aleksandra Żelazińska
18.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną