Kraj

Kto nam podłożył te świnie?

Polityczny pomór trzody

Kolejną handlową wojnę Rosji z Unią trudno oderwać od ukraińskiego kontekstu. Kolejną handlową wojnę Rosji z Unią trudno oderwać od ukraińskiego kontekstu. Ineke Kamps/Flickr Select / Getty Images
Dwa chore białoruskie dziki rozpętały kolejną świńską wojnę. Tym razem – prawie światową. Polska może zostać jej największą ofiarą. Stawką jest 4 mld euro.
Rosja mówi tak: uznajcie Polskę, Litwę, Łotwę i Estonię za kraje, gdzie panuje afrykański pomór świń.Mark Peters/Wikipedia Rosja mówi tak: uznajcie Polskę, Litwę, Łotwę i Estonię za kraje, gdzie panuje afrykański pomór świń.

Z powodu kolejnego embarga Rosji na unijną wieprzowinę wali się cały polski eksport żywności, także do innych państw. W kraju zostaje drób, mleko w proszku, sery, wszystko, co wymaga świadectwa Inspekcji Weterynaryjnej. Weterynarze przestali je wydawać, bo od kilku dni Polska oficjalnie przestała być krajem wolnym od afrykańskiego pomoru świń (ASF – African Swine Fever). Nigdy wcześniej ta choroba w naszym kraju nie występowała.

Polscy eksporterzy wieprzowiny jeszcze nie wylizali się z ran zadanych im przed kilkoma miesiącami, a już otrzymują następne ciosy. Wtedy pretekstem do wprowadzenia zakazu było dla Rosjan odkrycie hiszpańskiej słoniny w transporcie z Wierzejek do Moskwy. Wkrótce okazało się, że autorem oszustwa był odbiorca rosyjski. Teraz sprawa jest o wiele poważniejsza, a skutki mogą być jeszcze groźniejsze. Pierwsza embargo wprowadziła Rosja, ale fala obaw przed wieprzowiną rozlała się po całym świecie. Import polskiego mięsa wstrzymały właśnie Chiny, Japonia i Korea Południowa, nasze największe, tak zwane rynki trzecie. Wieprzowiny za granicę sprzedajemy za około 1 mld euro, z tego połowę do Rosji i na Białoruś.

Kolejną handlową wojnę Rosji z Unią trudno oderwać od ukraińskiego kontekstu. Im bardziej zdeterminowani byli protestujący na kijowskim Majdanie, tym mocniej dostawali po kieszeni polscy hodowcy trzody chlewnej. Ich dosięgnąć najłatwiej. Duże nowoczesne gospodarstwa dławią się dziś mięsem, którego zagranica nagle nie chce odbierać.

Stada zwierząt tyją na fermach, ponieważ firmy eksportujące mięso wstrzymały skup żywca albo też, korzystając z okazji, obniżyły ceny. Kilogram żywca jeszcze niedawno kosztował 6 zł. Teraz już 4,70 zł, a mimo to coraz trudniej go sprzedać. Produkcja przestała być opłacalna, teraz liczy się tylko wysokość strat. Przetwórcy na razie korzystają z załamania handlu zagranicznego i z tańszego żywca, nie obniżając cen wędlin ani mięsa. Robią zapasy; wiedzą, że kryzys dotrze także do nich.

Konsumenci skali problemu na razie nie zauważają. Zorientują się później, gdy wpadniemy w tzw. świński dołek i mięso gwałtownie zdrożeje. Na razie będzie tanieć. Tysiące ton, które nie wyjadą za unijną granicę, ktoś będzie musiał zjeść. Hodowcy sprzedadzą je za każdą, najmarniejszą nawet cenę. I zrezygnują z nieopłacalnego interesu. Potwierdza to już pierwszy wskaźnik – gwałtownie maleje sprzedaż prosiąt. Niesprzedanym mięsem dławi się też cała Unia. Najbardziej Niemcy i Dania.

Rosja chce podzielić Unię

Hodowcy, protestujący pod gmachem Ministerstwa Rolnictwa, nie ukrywają, że mają za złe polskim politykom nadmierne – ich zdaniem – zaangażowanie w sprawy Ukrainy. A wicepremierowi Januszowi Piechocińskiemu, że oprócz wpisu na blogu nic w tej sprawie nie zrobił. Nagle zniknął z mediów, choć wcześniej wszędzie go było pełno. Zaś ministrowi Kalembie – że dopuścił, by w internecie na stronach OiE (Światowej Organizacji do spraw Zdrowia Zwierząt) ukazała się nieprawdziwa informacja, że cała Polska jest zagrożona pomorem. – Poszedł sygnał w świat, żeby od nas nie kupować – zżyma się hodowca. Choć, prawdę mówiąc, nie bardzo wiadomo, co można było zrobić. Jak się przygotować na pierwszy w Polsce przypadek afrykańskiego pomoru świń? Bo to, że zaraza do nas przyjdzie, było pewne.

Choroba nie przenosi się na ludzi, ale jest groźna dla zwierząt. Stado, w którym zostanie wykryte ognisko choroby, trzeba doszczętnie wybić. W przeciwnym razie zwierzęta i tak zdechną, a zarazki mogą zostać rozwleczone. Na ASF nie ma także szczepionki. Świński pomór dla rolnika oznacza więc ruinę ekonomiczną.

Zwłaszcza że zagrożony jest także handel drobiem i produktami mlecznymi. Rocznie wysyłamy ich za granicę za prawie 3 mld euro. Ich eksport także wstrzymano. Ze strachu. – Wirusa można przywieźć nawet w mięsie zamrożonym – twierdzi prof. Andrzej Kowalski, szef Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Strach także liczyć straty. Ale najgorsze dopiero przed nami.

Jeśli Unia zgodzi się na scenariusz podpowiadany przez Rosję, to Polska jako światowy eksporter żywności może przestać się liczyć. A Rosja mówi tak: uznajcie Polskę, Litwę, Łotwę i Estonię za kraje, gdzie panuje afrykański pomór świń. Wtedy od innych unijnych krajów nadal chętnie będziemy kupować mięso. Do handlu z Unią, wolną od pomoru, chętnie wrócą też Chiny, Japonia i Korea.

Rosyjski scenariusz, być może, odpowiadałby hodowcom niemieckim i duńskim – to najwięksi eksporterzy wieprzowiny. Dania wysyła w świat aż dwie trzecie swojego mięsa, jest tańsze od polskiego, bardziej konkurencyjne. My w ostatnich latach mocno rozepchnęliśmy się na światowych rynkach, psując interesy unijnym konkurentom. Wyeliminowanie Polski z rynku sprowadziłoby nasz handel zagraniczny do poziomu sprzed 2004 r., kiedy więcej żywności importowaliśmy, niż sprzedawaliśmy za granicę. Nasi konkurenci mogliby wrócić na utracone pozycje. To nie pierwsza sprawa, w której Rosja usiłuje Unię podzielić.

Zaraza przyszła ze Wschodu

W tym, że świat się boi afrykańskiego pomoru świń, nie ma nic dziwnego. Dziwne jest to, kto nim straszy. Unijne służby weterynaryjne od lat wiedzą, że na Białorusi oraz w Rosji świnie na ASF chorują dosyć często. Białoruś nie jest eksporterem mięsa, więc próbuje fakt tej choroby ukrywać. W przypadku Rosji nie jest to już możliwe, odkąd stała się członkiem Światowej Organizacji Handlu. – Musi raportować o wszystkich wykrytych ogniskach choroby – zapewnia Janusz Związek, główny inspektor weterynarii. W ostatnich latach przypadków afrykańskiego pomoru świń wykryto tam aż 600. Informacja o tym także wisi na stronach Światowej Organizacji do spraw Zdrowia Zwierząt. Trudno więc nie posądzać Rosji o grę polityczną, najwyraźniej nie chodzi tu o świnie. Ponieważ jednak Rosja także mięsa nie eksportuje, pomorem świń w tym kraju świat się nie przejmował. Dopóki zaraza nie przekroczyła unijnej granicy. U nas stwierdzenie przypadku choroby natychmiast uruchamia RASFF (System Wczesnego Ostrzegania o Niebezpiecznej Żywności i Paszach). Dowiaduje się o nim z internetu cała Unia i cały świat.

To właśnie nastąpiło w styczniu tego roku w dniu, kiedy chory białoruski dzik przekroczył litewską granicę i padł. Badanie padliny wykazało obecność wirusa ASF. Taki dzik może być źródłem rozprzestrzeniania się wirusa różnymi drogami. W systemie RASFF zaczęło migać czerwone światełko.

Drugiego dzika znaleziono 13 lutego u nas, w gminie Szudziałowo na Podlasiu, też 900 m od granicy z Białorusią. Badanie wykryło obecność wirusa ASF. Potem był jeszcze trzeci, również na Podlasiu. Co się stało, że białoruskie dziki nagle ruszyły na zachód?

Na Białorusi zaczęto do nich strzelać – mówią w Inspekcji Weterynaryjnej. Właśnie z powodu wykrycia afrykańskiego pomoru u dzików w obwodzie grodzieńskim (na zachodzie kraju), mińskim i witebskim wybito jedną trzecią populacji tych zwierząt. Obławę zaczęto w centrum kraju, powoli kierując się w stronę zachodniej granicy. To jak polowanie z nagonką: dziki muszą uciekać do nas. Pierwsze przypadki mogą nie być ostatnie.

Hodowcy trzody zdają sobie sprawę z zagrożenia już od dawna. Witold Choiński, szef związku Polskie Mięso, postulował nawet, by wzdłuż całej wschodniej granicy postawić płot na solidnej, betonowej podmurówce. Długości 140 km. Może wtedy dziki by nie przeszły? Andrzej Kowalski z IERiGŻ sobie tego nie wyobraża. – Część granicy biegnie przez ścisły rezerwat przyrody w Puszczy Białowieskiej, mur naruszałby ekosystem rezerwatu, a w dodatku wcale nie chroniłby przed dzikami. Jak go bowiem postawić na bagnach?

Zresztą przed laty płot na granicy postawili Białorusini. Twierdzili, że z obawy, by chore zwierzęta z Polski nie mogły przechodzić do nich. Dzikom płot nie przeszkadza. W okolicach Sokółki ogrodzenie jest zrujnowane i nikt go nie naprawia. To, że przepłoszone zwierzęta, do których Białorusini zaczęli strzelać, będą się przemieszczać, nietrudno było przewidzieć. Co bardziej krewcy rolnicy uważają, że akcja odstrzału jednej trzeciej pogłowia dzików na Białorusi i kierowania reszty w naszą stronę wręcz była sterowana.

Z tego powodu wzdłuż unijnej granicy od pewnego czasu prowadzono program monitorowania ASF. Dlatego zwrócono uwagę na martwego dzika, którym normalnie niekoniecznie ktoś by się przejmował. Obecnie każdy dzik stał się już podejrzany. Bada się każde zdechłe zwierzę, także świnie, w promieniu 40 km od wschodniej granicy. W powiatach: augustowskim, białostockim, bielskim, hajnowskim, monieckim, sejneńskim, siemiatyckim, sokólskim i suwalskim zakazano organizacji targów i pokazów świń. Gospodarstwa hodujące te zwierzęta muszą używać mat dezynfekcyjnych przy wejściach do pomieszczeń, w których znajdują się zwierzęta. Żeby się nie rozniosło.

Ostrzega się kłusowników, że wprawdzie mięso dzików ludziom pomorem nie grozi (niebadane grozi natomiast innymi, bardzo groźnymi chorobami, na przykład włośnicą), ale skutecznie może wykończyć gospodarstwa rolników, gdy np. ­porzucona noga chorego dzika dostałaby się w zęby bezdomnych psów.

Kordon sanitarny

Chore dziki zza wschodniej granicy to już nie jest tylko nasz polski problem. To problem całej Unii Europejskiej. Ona też, wspólnie z nami, szuka rozwiązania. Takim rozwiązaniem mogłoby być stworzenie czegoś w rodzaju kordonu sanitarnego, strefy buforowej oddzielającej powiaty nadgraniczne od reszty kraju. To pomysł Komisji Europejskiej. Unijne prawo pozwala, by za zagrożony chorobą uznać jakiś region (dokładnej definicji regionu, na szczęście, nie ma), a pozostałą część kraju od zagrożenia wolną. Wtedy znów moglibyśmy sprzedawać światu swoją żywność. I my, i inne kraje Unii.

Ten kordon sanitarny w zasadzie już jest. Z tego terenu nie wysyła się żywności do żadnego z krajów Wspólnoty, na wszelki wypadek. Chociaż żadne ograniczenia handlu wewnątrz UE nie hamują i odbywa się on normalnie. Nawet wieprzowiną. Ciągle kupuje ją od nas także Hongkong i Tajwan; Japonia oczekuje zapewnień o dodatkowych środkach ostrożności.

Dyplomaci rozmawiają z Chińczykami. Nadzieje na szybki powrót na tamtejszy rynek stwarza fakt, że nasz Animex, do niedawna będący własnością amerykańskiego koncernu, właśnie przeszedł w chińskie ręce. Druga wielka firma mięsna w Polsce, czyli Sokołów, kontrolowana jest przez Duńczyków. W tym przypadku jest to gwarancja, że nasze kłopoty stały się także ich kłopotami.

W promieniu 10 km kontroluje się też dokładnie gospodarstwa rolników i wszystkie padłe zwierzęta – zapewnia Janusz Związek. Zwierząt nie wolno wyprowadzać poza teren gospodarstwa. Wirusa ASF nigdzie nie znaleziono. Nasze świnie są zdrowe. Eksporterzy i hodowcy postulują, by na wschodnią granicę wysłać jak najwięcej wojska. Wzmocnić Straż Graniczną. Uszczelnić całe 140 km. Bo że dziki będą próbowały się przecisnąć, to pewne.

Od podjętych środków ostrożności i naszej sprawności organizacyjnej zależy, czy świński pomór zatrzyma się na granicy i nie zostanie przywleczony w głąb kraju. To byłaby dla nas gospodarcza katastrofa. Za zagrożoną pomorem uznano by wtedy całą Polskę. W strefie buforowej znaleźlibyśmy się wszyscy. Unia, broniąc interesów całej Wspólnoty, musiałaby nas poświęcić.

O tym, czy Polacy są w stanie ustrzec siebie i całą Unię Europejską, zdecydują inspektorzy unijni oraz rosyjscy, którzy sprawdzali szczelność naszej strefy buforowej pod koniec ubiegłego tygodnia. Inicjatorem kontroli była Komisja Europejska.

Znów powraca stare pytanie „wejdą czy nie wejdą?”. Tyle że tym razem chodzi o dzikie świnie.

Polityka 10.2014 (2948) z dnia 04.03.2014; Polityka; s. 19
Oryginalny tytuł tekstu: "Kto nam podłożył te świnie?"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Nie każdy archeolog to Indiana Jones

Popkulturowy obraz archeologa awanturnika umacnia przekonanie, że ich głównym zadaniem jest odkrywanie skarbów. Ten fałsz fatalnie odbija się na wiedzy o przeszłości.

Agnieszka Krzemińska
27.02.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną