10 lat temu zmarł Jacek Kuroń

Kuszenie Jacka Kuronia
Nie ma Jacka. I już go nie będzie. Był jednym z najważniejszych i najpiękniejszych ludzi dwudziestowiecznej Polski. Kim się teraz stanie? Ikoną? Pomnikiem heroicznej przeszłości dzisiejszej elity? Świeckim świętym? Kombatancką legendą?
Jacek Kuroń zmarł 17 czerwca 2004 r.
Andrzej Iwański/Polityka

Jacek Kuroń zmarł 17 czerwca 2004 r.

[Tekst ukazał się w Tygodniku POLITYKA w czerwcu 2004 r.]

Jedno wydaje się pewne. Jackowi Kuroniowi trudno będzie pozostać tym, kim był przez większość swego życia: znakiem sprzeciwu, twórcą i wehikułem idei, które sieją dobro, zmieniają i ulepszają świat. Sądząc z tego, co się o nim mówi i pisze po śmierci, grozi mu, że szybko zostanie przeniesiony do panteonu, zmumifikowany i zagłaskany jako heros XX w.

Jacek przystrzyżony do pomnikowej formy prawie każdemu się przyda i prawie nikomu nie szkodzi. Jacek z „Wiary i winy”, z „Gwiezdnego czasu”, może jeszcze z „Mojej zupy” i z „PRL dla początkujących” idealnie nadaje się dziś na bohatera czytanek i centralną postać legendy polskich zmagań drugiej połowy XX w. Jacek czerwony drużynowy, Jacek komunistyczny więzień, Jacek peerelowski dysydent, minister od zupy, człowiek pojednania – utopiony w ckliwych anegdotkach, hołdach, wspomnieniach pięknych chwil, heroicznych czynów i przebrzmiałych sporów – może prawie wszystkim poprawić samopoczucie. On z nas i my z niego. Kto z nim wtedy był, może dziś, wspominając Jacka i zajmując godne miejsce w żałobnym orszaku, dopisać parę słów do swojej własnej chwały. Kto wówczas był od Jacka daleko, przyznając mu dziś rację i składając hołdy, może wygładzić swoje rachunki z przeszłością. Każdy w miarę porządny człowiek może się takiemu Jackowi publicznie pokłonić albo go pochwalić – choćby za odwagę albo za wrażliwość. To już nikogo nic dziś nie kosztuje.

Jacek kompletny staje się kłopotliwy. Zwłaszcza Jacek z ostatnich lat życia, kiedy był już „za stary na rozwody”, ale „wciąż za młody”, by uznać, że widocznie „świat musi taki być”. Bo przecież odchodził niepogodzony z tym światem, a nie może liczyć, że jego sprzeciw wobec rzeczywistości XXI w. będzie potraktowany z podobną uwagą i podziwem, jak sprzeciw wobec totalitaryzmu, szowinizmu, przemocy, zbiorowych nienawiści i innych grzechów XX w. Jacka z ostatnich książek – z „Siedmiolatki”, z „Działania”, z niedokończonej i niewydanej jeszcze „Rzeczpospolitej dla moich wnuków” (której fragmenty drukujemy obok) – hołdami i wspominkami zbyć się przecież nie da. Ten Jacek to jest dla nas bardzo poważny kłopot. Bo ci, którzy głośno dziś deklarują, że Jacek jest dla nich ważny, nie powinni obojętnie przejść obok myśli, które są jego społecznym testamentem. A ten testament jest gorzki i – jeśli się chce Jacka traktować poważnie – bardzo wymagający.

Przesłanie i smak

Po 15 latach istnienia III Rzeczpospolitej Jacek Kuroń znalazł się w takim z grubsza miejscu, w jakim znajdował się po 15 latach istnienia PRL. Tyle że był o pół wieku starszy. Był rozczarowany, miał poczucie winy, chciał tę winę naprawiać. Ale już nie miał dość siły. Próbował zastosować metody, które się wcześniej sprawdzały – organizował ludzi myślących jak on, ogłaszał apele i protesty, spotykał się, tłumaczył, zachęcał do działania. Ani się obejrzał, a znów stał się dysydentem. Jako żywy pomnik zbiorowej historii peerelowskich pokoleń, miał wychowanków, przyjaciół i admiratorów wśród osób najbardziej wpływowych w Polsce i na świecie. Ale w istocie był dosyć odosobniony w swojej niezgodzie, w swoim buncie i w swoim rozumieniu ludzkiej powinności.

Od połowy lat 90. przyjaciele mieli z Jackiem coraz więcej kłopotu. Byli już politykami, biznesmenami, magami zbiorowej wyobraźni, członkami globalnego jet-setu latającego w kółko z jednej międzynarodowej konferencji na drugą. Stali się obywatelami nowego wspaniałego świata: Sejm, Pałac, Sheraton, Bruksela, Nowy Jork, Johannesburg, Paryż. Na ogół mieli pięciocyfrowe pensje, diety, dywidendy, dzieci w prywatnych szkołach i na zagranicznych uczelniach, domy, drugie domy, mieszkania w apartamentowcach, dobre samochody, szoferów, firmy, akcje. Robili kariery, budowali wpływy, gromadzili majątki, tworzyli sobie zabezpieczenia na spokojną starość. Marzyli o szerszych wpływach, wyższych posadach, większych firmach i lepszych kursach akcji.

Jacek bywał ministrem, miał poselskie diety, zdarzało mu się zarobić większe pieniądze na książkach, czasem dostał jakąś tłustszą zagraniczną nagrodę, ale nigdy sobie niczego nie stworzył, niczego sobie nie zbudował i nie zagwarantował. Jak by to paradoksalnie nie brzmiało – nie należał do beneficjentów nowego systemu. Kiedy coś zarobił, to natychmiast rozdawał. Jak nie miał, to od kogoś pożyczał. Właściwie pożyczał bez przerwy. Pożyczał, żeby żyć, żeby rozdawać i żeby kupić karton papierosów. Jego prywatna korzyść wynikająca ze zmiany sytuacji polegała na tym, że nikt go już nie stawiał przed sądem ani nie zamykał w więzieniu. Poza tym w jego życiu niewiele się zmieniło. Mieszkał w tym samym niewielkim żoliborskim mieszkaniu rodziców, nosił takie same dżinsowe koszule i tak samo marzył, żeby świat był lepszy, a ludzie bardziej szczęśliwi i wolni.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj