Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Kraj

Powyborczy pasztet

Wielkiej powtórki wyborów nie będzie, ale mogą być mniejsze

Jarosław Kaczyński proponuje szkodliwy pomysł: skrócenie kadencji właśnie wybranego samorządu. Jarosław Kaczyński proponuje szkodliwy pomysł: skrócenie kadencji właśnie wybranego samorządu. PiS / Facebook
Pomysł prezesa PiS – uchwalania jakiejś specustawy, która miałyby skrócić kadencję wybranego właśnie samorządu – jest szkodliwym absurdem. Majstrowanie w przepisach podczas procesu wyborczego to dopiero byłby precedens, który pchnąłby polską demokrację w stronę manipulacji i fałszerstw.

Politycy opozycji na czele z Leszkiem Millerem i Jarosławem Kaczyńskim nawołują do powtórzenia wyborów samorządowych w całym kraju. To zupełna bzdura, bo – jak wiadomo – polskie prawo nie przewiduje takiej możliwości.

Stwierdzenie ważności konkretnych głosowań – na danego wójta, burmistrza albo prezydenta, radę gminy, powiatu czy sejmik wojewódzki – należy według przepisów kodeksu wyborczego do poszczególnych sądów okręgowych, których jest w Polsce 45. Nie jest prawdopodobne, aby wszystkie wydały decyzję o unieważnieniu wszystkich wyborów.

Ponadto stwierdzenie nieważności wyborów jest możliwe wyłącznie na podstawie złożonych protestów i tylko wtedy, kiedy sądy stwierdzą, że doszło do konkretnych naruszeń prawa, mających wpływ na wynik wyborów. Ciężar udowodnienia tych okoliczności i ich wpływu na wynik wyborów spoczywa na składającym protest. Podsumowując: powtórki z całego głosowania nie będzie.

Takie są zasady i musimy się ich trzymać. Szkodliwym absurdem jest pomysł prezesa PiS – uchwalania jakiejś specustawy, która miałyby skrócić kadencję wybranego właśnie samorządu. Majstrowanie w przepisach podczas procesu wyborczego to dopiero byłby precedens, który pchnąłby polską demokrację w stronę manipulacji i fałszerstw.

Politycy wymieniają wiele powodów, dla których głosowanie miałoby zostać powtórzone: opóźnienia w liczeniu głosów, błędy w ogłaszanych wynikach cząstkowych, duża liczba głosów nieważnych, nieprawidłowości dotyczące kilku konkretnych głosowań (np. skradzione karty do głosowania na burmistrza w Głogowie Małopolskim), medialne sugestie, że możliwe było logowanie do systemu informatycznego obsługującego wybory przez osoby do tego niepowołane, i wreszcie mniej lub bardziej zawoalowane sugestie, że głosowanie było sfałszowane – w domyśle: przez obecne władze.

Czy to wystarczy do powtórki głosowań? Po kolei. Opóźnienie w publikacji wyników nie ma żadnego wpływu na same wyniki. Ewentualne błędy w wynikach cząstkowych też nie – liczy się to, co pojawi się w ostatecznym komunikacie. Problemy z systemem informatycznym to oczywiście kompromitacja organizującego wybory Krajowego Biura Wyborczego, z której trzeba wyciągnąć konsekwencje, ale na ważność wyborów nie ma to żadnego wpływu.

Z kolei konkretne, udokumentowane przez składającego protest nieprawidłowości, wpływające na wynik wyborów, mogą być podstawą unieważnienia głosowania, ale tylko na dany urząd czy kandydata (kandydatów) do konkretnej rady. Tu decyzja należy do sądu na podstawie przedstawionych dowodów. Stwierdzenie nieważności nie musi jednak skutkować powtórnym głosowaniem. W razie wątpliwości co do pracy komisji wyborczej sąd może np. nakazać ponowne przeliczenie głosów.

Tezę o fałszerstwie czy fałszerstwach też trzeba udokumentować przed sądem. Łatwo jest politykom snuć w studiu radiowym czy telewizyjnym różne teorie spiskowe. Sąd poprosi o dowody. Dotyczy to również medialnych doniesień o logowaniu się do systemu.

Najtrudniejsza do rozstrzygnięcia będzie kwestia głosów dużego odsetka głosów nieważnych – zwłaszcza do sejmików i rad powiatów. Według niepotwierdzonych informacji w niektórych miejscach mógł on sięgać 25–40 proc.

Jak opowiadają pracownicy komisji wyborczych, wielu głosujących miało się zasugerować informacjami, że mają postawić krzyżyk na każdej z kart do głosowania. A ponieważ karty powiatowe i sejmikowe były całymi książeczkami, stawiali krzyżyki na każdej stronie, oddając w efekcie głosy nieważne. Można sobie wyobrazić protest oparty na rozumowaniu, że skoro nawet 40 proc. (jeśli to się potwierdzi) wyborców nie zrozumiało, jak należy głosować, to same wybory były źle zorganizowane w stopniu, który wpłynął na ich wyniki.

Z drugiej strony – już w poprzednich wyborach liczba nieważnych głosów do sejmików była wysoka – 12 proc. w skali kraju. W konkretnych gminach potrafiła być jeszcze dużo wyższa: np. w 2006 r., gdy notabene premierem był Jarosław Kaczyński, np. w gminach Mikołajki Pomorskie i Stary Dzierzgoń było ich 24 proc., w Krynicy Morskiej – 26 proc., a w Rzeczenicy pod Człuchowem – 29 proc.*. Wtedy nie było to podstawą do unieważniania wyborów.

Ponadto do wyborów samorządowych chodzą inni wyborcy niż do ogólnokrajowych. Wielu z nich interesuje miejscowy radny czy wójt, a sejmiki ich nie obchodzą. Możliwe jest, że wiele osób świadomie oddaje głosy nieważne do sejmików – byłoby to zgodne z prawem odzwierciedlenie ich woli. Nie daje to podstaw do stwierdzenia nieważności wyborów.

Sąd może mieć twardy orzech do zgryzienia. Oczywiście wtedy, jeśli ktoś taki udokumentowany protest do sądu złoży. Bo na razie słychać tylko dużo gadania w mediach.

* Przykłady za Mikołajem Chrzanem z „Gazety Wyborczej Trójmiasto”

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną