Kraj

Więcej związków!

Związki zawodowe – potrzebne, ale nie takie

Zestaw zarzutów wobec reprezentacji polskich pracowników jest długi. Niektórzy krzywią się już na samą formę. Na to, że związki bronią swoich interesów krzykliwie i histerycznie. Zestaw zarzutów wobec reprezentacji polskich pracowników jest długi. Niektórzy krzywią się już na samą formę. Na to, że związki bronią swoich interesów krzykliwie i histerycznie. Darek Redosdarek redos / Reporter
W całym rozwiniętym świecie związki zawodowe to ważny mechanizm stabilizujący zdrowie gospodarki i budujący dobre społeczeństwo. Tylko dlaczego nie u nas?
Ilekroć w III RP poważne gazety zabierały się w Polsce do pisania o związkach zawodowych, to i tak wychodziła im zwykle tabloidowa karykatura.Mariusz Gaczyński/EAST NEWS Ilekroć w III RP poważne gazety zabierały się w Polsce do pisania o związkach zawodowych, to i tak wychodziła im zwykle tabloidowa karykatura.

Artykuł w wersji audio

We współczesnej Polsce uzwiązkowiony górnik albo nauczyciel stał się odpowiednikiem imperialisty ze stalinowskiego plakatu propagandowego. Tego obrzydliwego uprzywilejowanego tłuściocha, który śmieje się w twarz prawdziwym ludziom pracy. O ile jednak tamtego komunistycznego imperialisty nikt nie traktował poważnie, o tyle w straszliwego związkowca z najnowszej karykatury wielu Polaków zwyczajnie uwierzyło.

Weźmy choćby media. W 2000 r. socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego Wiesława Kozek opublikowała tekst pod wiele mówiącym tytułem „Destruktorzy. Tendencyjny obraz związków zawodowych w tygodnikach politycznych w Polsce”. Autorka przeanalizowała w nim treść artykułów prasowych ukazujących się w najważniejszych polskich mediach opiniotwórczych. I doszła do bardzo wyraźnego wniosku: ilekroć w III RP poważne gazety zabierały się w Polsce do pisania o związkach zawodowych, to i tak wychodziła im zwykle… tabloidowa karykatura. Związkowca roszczeniowego, nieodpowiedzialnego i prymitywnego. – To, co mówiono i pisano w mediach o działaczach związkowych przy okazji ostatniego napięcia w górnictwie, pokazuje, że tendencja nie uległa zasadniczej zmianie. Obecnie gorzej się o związkach mówi, ale trochę lepiej pisze – ocenia z dzisiejszej perspektywy Wiesława Kozek. Jeśli kogoś nie przekonuje takie stawianie sprawy, może sięgnąć po badania CBOS. Według najnowszego (2014 r.) więcej niż jedna trzecia Polaków (38 proc.) uważa działalność związków za korzystną dla kraju. Niewiele mniej (31 proc.) badanych uważa, że związkowcy to po prostu szkodniki na zdrowym ciele społeczeństwa. A jeżeli dodać do nich pokaźną (31 proc.) grupę respondentów, których temat związków w ogóle nie obchodzi, to widać wyraźnie, że zwolennicy silnych i aktywnych lobby pracowniczych są w Polsce w zdecydowanej mniejszości. W badaniach CBOS rzuca się w oczy coś jeszcze. Wielki sceptycyzm wobec skuteczności rodzimych organizacji związkowych. Wśród Polaków dominuje bowiem przekonanie, że „nie widać efektów ich działalności” (38 proc.) albo „starają się, ale niewiele im się udaje” (36 proc.).

W efekcie wokół polskich ZZ powstaje coś w rodzaju błędnego koła. Są słabe i skompromitowane, więc nie warto sobie nimi zawracać głowy. A skoro nie warto sobie zawracać głowy, to pewnie słabe i skompromitowane już pozostaną. Solidarność (oficjalnie 700 tys. członków) i OPZZ (800 tys.) chwalą się wprawdzie, że uzwiązkowienie od kilku lat przestało w Polsce spadać, faktem jest jednak, że znalazło się ono na bardzo niskim jak na Europę poziomie ok. 12 proc. (w 1990 r. było 40 proc.). A fortecą „S” i OPZZ pozostaje kilka tradycyjnych branż, takich jak przemysł czy budżetówka. Co samo w sobie nie jest złe i jest efektem obowiązującego prawa związkowego, które skutecznie utrudnia związkom ekspansję w sektorze drobnych i średnich przedsiębiorstw prywatnych. Tworzy jednak wśród pracowników innych części gospodarki przekonanie, że związki to nie jest narzędzie, które może im się kiedykolwiek przydać. Wszystko to razem buduje obraz związku zawodowego jako takiego mniej lub bardziej zębatego dinozaura. Który trochę tam jeszcze porykuje, ale równie dobrze można ten ryk nazwać łabędzim śpiewem.

Pszczoły, nie dinozaury

Tymczasem z punktu widzenia stabilności całej gospodarki (i społeczeństwa też) związki absolutnie żadnymi dinozaurami nie są. Na dobrą sprawę należałoby je raczej porównać do pszczół. Które jak zaczną bzyczeć nad uchem, to mogą poirytować, ale ich ewentualne wyginięcie groziłoby poważnymi konsekwencjami dla równowagi całego systemu. Nie chodzi tu wcale o jakieś przesadne idealizowanie związków. Raczej o to, by przestać je demonizować. Bo to instytucja ładu społecznego taka sama jak rząd, trybunały albo bank centralny. Może być lepsza albo gorsza, ale na pewno potrzebna. I to z kilku powodów. Po pierwsze, związki to właściwie jedyny w kapitalizmie sposób na wymuszanie wzrostu płac. Co prawda pracownik może naciskać na podwyżkę w drodze indywidualnych negocjacji. Ale to ścieżka dostępna tylko dla niewielkiej grupy uprzywilejowanych, których umiejętności rynek w danym momencie wycenia wysoko (nierzadko zbyt wysoko). W gospodarce takiej jak nasza dominują jednak pracownicy, którzy jeżeli już ośmielą się prosić o podwyżkę, to usłyszą zapewne: „na twoje miejsce czeka dziesięciu młodszych i bardziej dyspozycyjnych, którzy zrobią to samo za połowę twojej pensji”.

Oczywiście można stać na stanowisku, że słaby pracownik to dobry pracownik. Nie grymasi, nie chce więcej pieniędzy i jest elastyczny. Sprawy wyglądają tak zwłaszcza z punktu widzenia pojedynczego pracodawcy. Ale co dobre dla pojedynczego pracodawcy, nie musi być dobre dla całej gospodarki. I najczęściej właśnie nie jest. Bo stagnacja płac niesie ze sobą cały szereg problemów. Na przykład niedomagający popyt, co w końcu uderzy w samych pracodawców, bo oni przecież muszą komuś swoje produkty sprzedać (wszystkiego wszak nie wyeksportują). Niskie płace to również niższe wpływy podatkowe, bo fiskus zawsze głębiej sięga do kieszeni obywatela (PIT) niż firmy (CIT). Płacowa stagnacja to również potencjalny problem z rosnącym zadłużeniem prywatnym, bo przecież wielu obywateli będzie próbowało zaspokoić swoje kluczowe potrzeby (mieszkanie!) za pomocą kredytu.

W zdrowej gospodarce płace mogą, a nawet powinny rosnąć. Zwłaszcza wtedy, gdy rośnie produktywność. I tak się składa, że akurat Polska w latach 1995–2012 była w tej dziedzinie wśród krajów OECD niekwestionowanym mistrzem (średni wzrost produktywności na poziomie 4 proc. rocznie). Jednocześnie płace permanentnie za tą tendencją nie nadążały. Czego dowodem bardzo niski udział płac w polskim PKB wynoszący (według Eurostatu) 46 proc., podczas gdy unijna średnia to 58 proc.

Prócz wzrostu płac związki pilnują również stabilności i wysokich standardów zatrudnienia. Doświadczenia pierwszych 25 lat polskiego kapitalizmu uczą nas bowiem bezlitośnie, że pozostawienie tej dziedziny niewidzialnej ręce rynku prowadzi do powstania wielu (widzialnych) patologii. Od inwazji umów śmieciowych i wymuszonego samozatrudnienia po superelastyczny czas narzucany kierowanym do pracy w specjalnych strefach ekonomicznych.

Takie związki to nie u nas

Faworyzowanie tańszych pozakodeksowych umów o pracę albo omijanie ZUS to ostatecznie ciosy, które wymierzamy sami sobie. Bo przyjdzie nam ze tę kreatywną księgowość zapłacić kryzysem finansów publicznych, krachem emerytalnym. Wszystkie te patologie są logiczną konsekwencją słabości polskich związków zawodowych – tych automatycznych stabilizatorów każdego systemu gospodarczego.

Najpóźniej na tym etapie pojawi się pewnie u krytycznego czytelnika niezawodny argument, że może i jest w tym wszystkim trochę racji, ale takie rzeczy to nie u nas. Może w Niemczech albo Skandynawii. Ale nie w Polsce. I nie z naszymi związkami! Zestaw zarzutów wobec reprezentacji polskich pracowników jest długi. Niektórzy krzywią się już na samą formę. Na to, że związki bronią swoich interesów krzykliwie i histerycznie. Co tworzy wrażenie, że nie rozumują w sposób całościowy, tylko są ciągle na „nie”. Taki zarzut nie jest do końca fair. Teoretycznie związki mogą reprezentować interesy pracowników na trzech poziomach. Najwyższym: wpływając na stanowienie prawa w takich miejscach jak komisja trójstronna. Średnim: negocjując układy branżowe. Oraz najniższym: w formie walki pracowniczej na poziomie konkretnego zakładu. Niestety, w Polsce pierwszy i drugi poziom dialogu społecznego w praktyce nie istnieją. Zwłaszcza po tym, jak dwa lata temu załamał się mechanizm komisji trójstronnej. Związki demonstracyjnie ją wówczas opuściły. Ale nie był to wcale przejaw siły, lecz raczej desperacji. – Nie podjęto tam żadnej kluczowej uchwały i nie przyjęto żadnej naszej propozycji. Jednocześnie rząd podjął cały szereg postanowień dotyczących elastycznego czasu pracy, komisja trójstronna była po prostu listkiem figowym dla dyktatu pracodawców popieranego przez rząd – tłumaczył kulisy tamtej decyzji jeden z działaczy ZZ.

W tej sytuacji akcje w konkretnych zakładach pracy to dla związków nie tyle wybór, co konieczność. Jeżeli związki zrezygnują z oporu na tym poziomie, to właściwie równie dobrze mogą się rozwiązać.

Inny zarzut stawiany często związkowcom to ich uprzywilejowanie na tle innych pracowników. Z pozoru uzasadniony. Bo przecież w warunkach mocno sprekaryzowanego (czyli trapionego permanentną niepewnością) rynku pracy w Polsce niewielu pracowników może się dziś pochwalić równie stabilnymi warunkami zatrudnienia, co pracownicy kopalni albo chronieni Kartą Nauczyciela.

Wyspy dobrej pracy

Ale przecież ZZ zostały powołane właśnie po to, żeby chronić dobre miejsca pracy, by przeciwstawiać się ciągłej (i naturalnej w kapitalizmie) presji na równanie warunków zatrudnienia w dół – zazwyczaj w imię poprawy konkurencyjności. Oczywiście, że prowadzi to do miejsca, w którym interesy pracodawcy i pracownika są ze sobą sprzeczne. To właśnie moment, w którym pojawia się państwo ze swoją regulacją. Taką jak na przykład wymyślona w Szwecji po drugiej wojnie światowej (zresztą przez związkowych ekonomistów) zasada Rehna-Meidnera, polegająca na obowiązku płacenia pracownikom tej samej branży takich samych godziwych zarobków niezależnie od kondycji ekonomicznej firm. Co prowadziło do sytuacji, w której przedsiębiorstwa musiały konkurować ze sobą na polach innych niż koszty pracy. Z korzyścią dla szwedzkiej gospodarki.

Innym niż regulacja sposobem państwa na stabilizację rynku pracy jest sama jego obecność w charakterze pracodawcy. Według tej logiki rząd występuje w roli pracodawcy nie tylko po to, by zarabiać pieniądze. Jego prawdziwym celem jest tworzenie wysp dobrej pracy i silnego uzwiązkowienia w warunkach naturalnej dla sektora prywatnego presji na rugowanie związków i trzymanie płac w ryzach. Jeżeli rząd tego nie rozumie, to podcina gałąź, na której sam siedzi. Bo załóżmy, że w polskiej polityce pojawia się tak upragniona przez niektórych publicystów żelazna dama. Która żelazną ręką wybija zęby kopalnianym albo nauczycielskim związkom, odbierając im zdobycze socjalne. Czy od tego polepszy się prekariuszom pracującym w innych miejscach systemu gospodarczego? Czy pracujący na śmieciówkach dostaną upragnione etaty? Czy pensje w pozostałej części gospodarki zaczną wreszcie rosnąć? Nie, po prostu padnie tylko kolejny bastion (w miarę) stabilnego zatrudnienia.

Owszem, państwo (jako pracodawca) zaoszczędzi w ten sposób trochę pieniędzy. Ale cóż z tego, skoro taka „oszczędność” wygeneruje koszt w innym miejscu systemu. W miejsce dobrego podatnika pojawi się prekariusz, który podatki płaci mikre i nie odkłada pieniędzy na emeryturę. Sytuacja robi się jeszcze bardziej skomplikowana, gdy mówimy o takich miejscach jak regiony górnicze. Gdzie łatwo zlikwidować dobrego pracodawcę i wykazać się oszczędnościami budżetowymi. Które i tak trzeba będzie potem – z nawiązką – wydać na zasiłki i programy walki ze strukturalnym bezrobociem. To cierpka lekcja zarówno wielkiej pogromczyni związków Margaret Thatcher (brytyjscy górnicy wcale nie znaleźli miejsca w innych częściach gospodarki), jak i jej naśladowców w początkach rodzimej transformacji.

Irytujące związkowe konfitury

Zwyczajny człowiek niekoniecznie musi silić się na tego rodzaju systemowe spojrzenie. Mogą go po prostu irytować konkretne związkowe „konfitury”. Na przykład ochrona zatrudnienia związkowych działaczy. No, bo czemu oni mają, a ja nie? Takich argumentów lekceważyć nie wolno. Zacznijmy jednak od tego, że tak legendarna ochrona bardzo często bywa fikcją. Niedawna próba dyscyplinarnego zwolnienia aktywistów w kopalni Budryk to raczej norma. Najczęściej opinia publiczna w ogóle się o tym nie dowiaduje. Znana jest historia kobiety, która próbowała założyć „S” w Lidlu. Po kilku miesiącach sabotowania jej działalności została zwolniona z pracy. Wniosła sprawę do sądu. Trwa już rok i pewnie jeszcze się trochę potoczy. Nic dziwnego, że takie sprawy kończą się zazwyczaj na dużo wcześniejszym etapie. Gdy wystarczy wezwanie potencjalnego „związkowego wichrzyciela” na dyrektorskie piętro i sugestia, że „istnienie związków zawodowych kłóci się z kulturą korporacyjną naszej firmy” (cytat autentyczny). Oczywiście są i patologie, mnogość struktur związkowych. Są też nieuczciwi związkowi baroni, dla których nie ma wytłumaczenia. No, może poza tym, że ich istnienie bywa efektem nie tyle nadmiernej siły związków, co ich słabości. Skutkującej na przykład kupowaniem działaczy związkowych przez pracodawcę. Wedle zasady: „Ja ci tu dam pod stołem parę tysięcy, a ty siedź cicho”.

A co z argumentem, że duże centrale związkowe koncentrują się tylko na interesach swoich członków? – Naszym obowiązkiem statutowym jest reprezentowanie naszych członków związku. Nie jesteśmy armią zbawienia – przyznaje Marek Lewandowski z Solidarności. Zaraz jednak dodaje, że korzyści, jakie uzyskuje „S” w ramach porozumienia z pracodawcą, dotyczą wszystkich pracowników danego zakładu. Trzeba również przyznać, że to „S” do spółki z OPZZ jako pierwsze nagłośniły kwestie umów śmieciowych. Choć przecież akurat największe centrale najmocniejsze są wśród pracowników podlegających Kodeksowi pracy.

Niektórym przeszkadzać mogą zbyt bliskie związki dużych central związkowych z partiami politycznymi. Ale jak się nad tym głębiej zastanowić, to wszyscy żywiący takie obawy powinni być raczej gorliwymi zwolennikami... wzmocnienia siły związków. Tak by zachowały niezależność wobec swoich politycznych patronów i przyjaciół. I w razie czego OPZZ potrafił pilnować również SLD, a Solidarność była cięta nie tylko na PO, lecz równie mocno krytykowała ewentualne antypracownicze ruchy przyszłego rządu PiS. Wiedzą o tym również związkowi liderzy. Szef Solidarności Piotr Duda od kilku lat konsekwentnie realizuje wizję związku aktywnego, z którym trzeba się liczyć. Tworzyć to może wrażenie, że jego ambicje sięgają wyżej. Jest to jednak wrażenie mylne. Duda to działacz ulepiony już z innej gliny niż jego poprzednicy w stylu Mariana Krzaklewskiego. Rozumie, że dziś nie da się już być jednocześnie związkowcem i klasycznym politykiem. A zbytnie zbliżenie do tej drugiej roli jego pozycję osłabi. Dlatego tej granicy nie przekroczy. No, chyba że jest politycznym samobójcą.

Kogo jednak wciąż martwi polityczne uwikłanie naszych największych central związkowych albo irytuje go ich skostnienie, z radością przyjmie pewnie fakt, że na Solidarności i OPZZ nie kończy się polski pracowniczy krajobraz. Zawsze można szukać wsparcia na przykład w założonej w 2002 r. Inicjatywie Pracowniczej. IP chce być zaprzeczeniem związkowych gigantów. Forma ma być oddolna i apolityczna. Wiele naszych komisji zakładowych nie korzysta z przywilejów związkowych. Nie chcemy od pracodawców etatów, telefonów, faksów. Bo one bywają potem powodem ubezwłasnowolnienia związków – dowodzą w ideowej deklaracji. IP angażowała się w walkę o prawa pracownicze w takich miejscach, jak Poczta Polska, Auchan, Zakłady Cegielskiego w Poznaniu czy Kaufland. Ale jej siłą jest również docieranie do miejsc i problemów, które pozostają zazwyczaj poza radarem większych związkowych graczy. IP protestowała przeciwko usuwaniu targowisk z centrów polskich miasteczek i lokowaniu w tym samym miejscu nowoczesnych hipermarketów. Bo pracujący na tych targowiskach sprzedawcy to grupa tradycyjnie nieposiadająca prawie żadnej reprezentacji związkowej. Były też akcje związkowe wśród pracowników sezonowych – kolejnej zapomnianej frakcji polskiego prekariatu.

Jest też Związek Syndykalistów Polski. – Próbujemy stawiać opór tam, gdzie innych nie ma. To znaczy w stale rozrastającej się strefie pozakodeksowej – mówi Xavier Woliński z ZSP. Jego organizacja jest obecna na wielu frontach: od tradycyjnych miejsc pracy fizycznej po pełen młodych ludzi trzeci sektor. Zasłynęła niedawno wygranym dzikim strajkiem sprzątaczek i kucharek zorganizowanym w szpitalu w Bełchatowie. Strajk był „dziki” dlatego, że kobiety formalnie nie są od pewnego czasu pracownicami szpitala, a ich usługi zostały outsourcowane do firmy zewnętrznej mieszczącej się w Warszawie (to coraz częstsza praktyka w zmuszonych do działania na warunkach rynkowych instytucjach publicznych). Innym „celem” ZSP są agencje pracy tymczasowej zawiadujące dziś liczącą ok. 1,6 mln ludzi „rezerwową armią bezrobotnych”. A więc potencjalnie najbardziej bezbronnej grupy polskich pracowników. Z powodu pozakodeksowej specyfiki ich działalności organizacje takie jak ZSP sięgają czasem po środki dość niecodzienne. W 2013 r. opublikowali na przykład w internecie listę „Złych pracodawców” (zgłoszenia przysyłali internauci). Znaleźli się na niej np. działająca w Wielkopolsce sieć marketów Dino (wyrzucanie z pracy związkowców), dyrektor ŻIH Paweł Śpiewak (nadużywanie umów czasowych) i firma ochroniarska Impuls (zalegała pracownikom z wypłatami). Takie sprawy rzadko skupiają na sobie uwagę opinii publicznej. Bo ona mocno przyzwyczaiła się do usadowionej w naszej historii – ale już chyba anachronicznej – opowieści o konflikcie pracowniczym jako wielkim zwarciu gigantów.

Oczywiście związki mają swoje wady. Bywają narwane, lubią się nad sobą użalać i szwankuje u nich sfera wizerunkowa. A i racja nie za każdym razem leży po ich stronie. Ale nie bądźmy zbyt surowi. Za uszami ma przecież każda z istniejących w Polsce instytucji życia publicznego. Nie ma powodu, by akurat związki traktować jako pariasa. Fakt, że przez pierwsze 25 lat polskiej wolności nie umieliśmy znaleźć dla nich rozsądnego miejsca w polskiej debacie publicznej i porządku instytucjonalnym, jest jedną z największych porażek III RP. Za ten stracony czas jako społeczeństwo już słono płacimy. Nie ma sensu, by ten rachunek dalej powiększać.

Autor jest publicystą „Dziennika Gazety Prawnej”. W 2014 r. wydał książkę „Dziecięca choroba liberalizmu”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Mniej znane fakty z życia Leonarda da Vinci

Grażyna Bastek
21.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną