Pies czyli kot

Koniec kampanii
Sytuacja jest klarowna – właśnie zakończyła się kampania prezydencka, której rozpoczęcie zostanie ogłoszone za kilka dni. Zapowiada nam się katastrofa tak piękna jak nieotwarcie II linii warszawskiego metra w rocznicę nieukończenia budowy gazoportu.

Konstatacja, że kampania prezydencka już się zakończyła, jest dla mnie cierpką prawdą. Do wyborów zostały wprawdzie jeszcze trzy długie miesiące z haczykiem, ale ja już dziś jestem pewien, że przezroczyści kandydaci nie powiedzą nam nic. Będą w kółko powtarzać wciąż te same ogólniki i banały oraz zapewniać nas, że są lepsi od pozostałych. A od prezydenta Komorowskiego to już najbardziej.

Zaimponował mi na przykład świeżo mianowany na kandydata PSL Adam Jarubas, marszałek województwa świętokrzyskiego od 10 lat. „Bardzo szanuję Bronisława Komorowskiego, ale chcę być bardziej aktywny. Nie mówię jednak, że prezydent nie jest; ale zawsze można być bardziej aktywnym” – powiedział, wzbudzając moją zazdrość i podziw tak precyzyjną definicją zadań, które stoją przed nim, Jarubasem, jako głową państwa.

Głową partyjną, rzecz jasna, bo będzie musiał „wyważyć interes PSL i interes Polski”. Czy to znaczy, że są to interesy różne? Nie mam wątpliwości, że tak. Janusz Piechociński i jego akolici cały czas robią, co mogą, by mnie w tym upewnić. Kandydat Jarubas dorzucił jeszcze piąty listek do zielonej koniczynki: nie jestem entuzjastą związków partnerskich, chociaż chcę bardzo podkreślić, że jestem tolerancyjny. Fiu, fiu – cóż za wysublimowana życzliwość.

Nawiasem mówiąc, nie znoszę słowa tolerancja. Uważam, że jest ono załgane, bo podszyte poczuciem własnej wyższości nad kimś innym.

Najbardziej niehonorowe wydaje mi się to, że wszyscy partyjni wodzowie pochowali się po kątach, by – jak to się mówi – nie dać ciała w starciu z Komorowskim. To nieuczciwe wobec wyborców wystawiać kandydatów, o których z góry wiadomo, że przegrają. Zresztą oni sami też o tym wiedzą. Część polityków z wyborów prezydenckich zrobiła sobie po prostu grę planszową dla dzieci.

Zaczęło się od Andrzeja Dudy. Jacek Kurski, wyraźnie zaskoczony pytaniem o zalety kandydata PiS (a kandydaci PiS mają tylko zalety), wydusił: jest młody, przystojny, „mowny” i – co najważniejsze – stoi za nim Jarosław Kaczyński. Równie dobrze mógł powiedzieć, że sowa fruwa, a koń ma cztery nogi, w tym dwie z tyłu. Magdalena Ogórek startująca z SLD jest według Leszka Millera symbolem zgody narodowej, a nie szefem walczących w Polsce plemion. Ostatni czerwonoskóry wódz Siuksów ma rację – ona nie jest żadnym przywódcą. Natomiast sama kandydatka błysnęła pomysłem wciągnięcia myśliwych i członków kółek strzeleckich do polskiej armii, po czym zupełnie zamilkła. Być może zastanawia się nad możliwością włączenia do naszych sił zbrojnych narodowej kadry łuczników. Mam nadzieję, że po wyborach Ogórek znów się odezwie.

Złotousty Ryszard Kalisz na małej dinghy Dom Wszystkich Polska wciąż pruje fale w pojedynkę. Jeszcze się nie zdecydował, czy wystartuje w wyborach. Nie wiadomo więc, pod czyimi politycznymi sztandarami przegra prezydenturę.

Wszyscy czekamy też w skupieniu, kiedy radośnie zadźwięczy kryształowy żyrandol w Pałacu Namiestnikowskim, ogłaszając, że prezydent Komorowski rusza z wiatrówką na wyżej wymienione towarzystwo. Na razie wiadomo jedynie, że na złość PiS ustali wraz z marszałkiem Sikorskim najgorszą z możliwych datę wyborów. Nie wiem, jaka to będzie data, ale bardzo się cieszę.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną