Kraj

Ciemna strona

Dlaczego zająłem się artykułami z „Wprost”?

Andrey Bortnikov / PantherMedia
Zacznę jak oni. Nie interesuje mnie, kto z kim ma romans i kto z kim sypia. To prywatne sprawy. Jeżeli jednak w grę wchodzi najście na prywatne mieszkanie, zaczyna się inna rozmowa.

Dziennikarze proponują taki ton tej rozmowy. Dokonują rewizji w cudzym apartamencie. Istnieje forma, nazwijmy to, interwencji społecznej – w postaci tzw. obywatelskiego zatrzymania. Złodziej czy napastnik zostaje zatrzymany przez świadków na gorącym uczynku. Jak jednak nazwać zachowanie kolegów z tygodnika „Wprost”? Rewizja obywatelska czy dziennikarskie przeszukanie?

W tej historii, delikatnie mówiąc, nic nie trzyma się kupy. Do „Wprost” zgłasza się z donosem pewien biznesmen, właściciel 130-metrowego apartamentu na warszawskim Mokotowie. Wynajmuje go pewnej bizneswoman, która jednak nie płaci czynszu. Ale to nie dłużniczka mieszka w lokalu, lecz jej pracownica. To do niej dobijają się właściciel apartamentu i jego żona, bo postanowili „pozbyć się niesfornej lokatorki”. Ale to nie lokatorka zalega z opłatami, lecz – jako się rzekło – jej szefowa, której nikt nie niepokoi.

Z mieszkania wybiega mężczyzna w kapturze. Okazuje się, że to szef redakcji „Faktów” w telewizji TVN, który był tam z wizytą u znajomej. Właściciele wymieniają zamki w drzwiach i ryglują lokal dokładnie na 28 dni. Nikt poza nimi nie ma tam dostępu. W środku pozostają „aresztowane” rzeczy osobiste lokatorki. 13 lutego, w piątek, do mieszkania wkraczają wraz z właścicielami dziennikarze. Odkrywają biały proszek przypominający narkotyk, ogólny bałagan i osobiste notatki prezentera. Przeglądają je i uwieczniają ten fakt na fotografiach. Pismo z urzędu skarbowego, szkice tematów do „Faktów” – to bez wątpienia wrażliwe dane osobiste dziennikarza telewizyjnego, ale reporterów tygodnika takie niuanse nie interesują. Wpadli na trop czegoś niewyobrażalnie złego i już nie popuszczą. Afera jest tak ewidentna, że – jak ogłaszają światu – wymaga dziennikarskiego śledztwa. Bo – tu znów cytat – „wszystko składa się na dość przerażający obraz”. Ale co tak przeraża doświadczonych tropicieli w bałaganie zastanym w mieszkaniu. Biały proszek? Pisma pornograficzne? Krawaty znalezione w walizce?

Z prawnego punktu widzenia nie wiadomo, kiedy w mieszkaniu pojawił się proszek przypominający narkotyk. Mógł zostać podrzucony między 16 stycznia a 13 lutego, a w tym czasie tylko właściciele mieszkania mieli do niego dostęp. Dlaczego wcześniej nie wezwali policji, aby sprawdziła, czy w ich lokalu ktoś przechowywał zakazane substancje – nie wiadomo. Jedno jest pewne – to nie szef „Faktów” tam mieszkał, to nie on wynajmował apartament i nie on był stroną konfliktu właścicieli z osobą wynajmującą mieszkanie. Ale te drobiazgi kolegów dziennikarzy w ogóle nie zainteresowały.

Każdego można w podobny sposób dopaść i skompromitować. Można wejść do łazienki w pokoju hotelowym opuszczonym przez reporterów śledczych „Wprost”, dostrzec brudny ręcznik, pustą flaszkę po markowej whisky i coś jeszcze, aby grzmieć, że ktoś taki nie ma prawa mówić nam, jak żyć.

„Nasze środowisko, środowisko mediów, obowiązują pewne reguły. To może niektórych boleć, bo najwyraźniej poczuli się nietykalni” – czytamy we wstępniaku redaktora naczelnego „Wprost”. I właśnie o to chodzi. O reguły. Nie można budować tzw. materiału śledczego na podstawie insynuacji. Dziennikarz nie ma prawa szperać w prywatnych rzeczach innej osoby bez jej zgody i wiedzy. Nie ma prawa chwalić się tym na łamach. To hucpa, a nie dziennikarstwo!

Nie wiem, czy prezenter, którego opisał tygodnik, molestował seksualnie podwładne w swojej redakcji, co sugerują autorzy tekstów we „Wprost”. Na razie nie przedstawili żadnych dowodów na potwierdzenie tej tezy. Skupili się na przeszukaniu apartamentu i białym proszku. I grzmią, że to skandal. Ale co jest skandalem? Przecież nie wiedzieli nawet, czy proszek był narkotykiem, czy na przykład mąką, nie wiedzieli też, do kogo należał. Jeżeli to był narkotyk, to nie wiedzą, kto go zażywał i czy nie jest osobą uzależnioną, której może trzeba pomóc, a nie wdeptywać w ziemię.

Według mnie to grzebanie w prawdziwych czy zmyślonych brudach z czyjegoś prywatnego życia jest skandaliczne. Tak samo oburzało mnie grzebanie w przeszłości redaktora naczelnego tygodnika „Wprost”. Uważam za równie niegodziwe, kiedy ktoś na siłę szuka haka na niego i kiedy on sam szuka haka na inną osobę. Strojenie się w szaty jedynego sprawiedliwego w tej sytuacji nie przystoi.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Marian Turski: Przeżyłem dwa marsze śmierci. Po wojnie nic nie pamiętałem

Najpierw miałem trwającą 20 lat amnezję. A potem nie chciałem. Dopiero kiedy w 2001 r. otwarto dla zwiedzających saunę (łaźnię), zgodziłem się coś powiedzieć publicznie.

Jacek Żakowski
27.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną