Kraj

Siedem lat to dużo czy mało?

Wyrok dla księdza G. nie zamyka sprawy

Magdalena Sikorska / PantherMedia
Wyrok nie zamyka sprawy przede wszystkim dlatego, że rzecz dotyczy nie pierwszego i raczej nie ostatniego duchownego polskiego Kościoła katolickiego.

Dwa lata potrzebował nasz wymiar sprawiedliwości na doprowadzenie do skazania byłego już księdza Wojciecha G. za molestowanie, jakiego dopuścił się wobec co najmniej ośmiu ofiar (dwóch z Polski i sześciu z Dominikany). Wyrok – siedem lat więzienia i zadośćuczynienie finansowe dla ofiar – zapadł, gdy oskarżony zaproponował, że dobrowolnie podda się takiej karze, wiedząc, że „z paragrafu” grozi mu lat 15.

Sąd, wobec braku sprzeciwu prokuratury i dysponując niebudzącymi wątpliwości dowodami przestępstw, uznał, że siedem lat będzie karą wystarczająco dolegliwą. Zważywszy na bardzo negatywny stosunek więźniów do pedofilów, te siedem lat może się okazać bardzo długim i nieprzyjemnym fragmentem życia Wojciecha G.

Czy Wojciech G. otrzymałby łagodniejszy wyrok, gdyby – zamiast wypierać się i kłamać – już w 2013 r. przyznał się do winy (czego zresztą nadal nie zrobił)? Widocznie w to nie wierzył, może liczył, że jakoś się wykręci, ale z całą pewnością nie dbał w najmniejszym stopniu o samopoczucie ofiar. I nadal ma je gdzieś.

Jest coś poruszającego w tym zapieraniu się samego siebie, jakże niegodnym księdza szafującego rozgrzeszaniem i udzielającego komunii. Jak to możliwe, że ludzie Kościoła, dysponujący jakoby duchowymi mocami rozpoznawania dobra i zła, nie potrafili dostrzec tego – jak mówią – wielkiego nieuporządkowania osobowości u jednego ze swoich braci w wierze? A może jednak rozpoznawali, tylko nie widzieli w tym aż takiego problemu?

Trudno uwierzyć, że „zesłanie na dominikańską placówkę” było przypadkiem. To raczej stała metoda oddalania problemu, wielokrotnie już przez Kościół zastosowana wobec różnych „kłopotliwych” księży (nie sprawdził się tu, może sprawdzi się gdzieś indziej). Trudno też nie dostrzegać w tym podskórnej pogardy dla odległych od nas, Europejczyków, narodów. Ważniejsze staje się usunięcie czarnej owcy ze swego stada niż to, ile zła wyrządzi ta owca w obcym stadzie. (Metaforyczny język Kościoła mówiącego o pasterzach i owieczkach nabiera w takim kontekście bardzo nieprzyjemnej wymowy).

Ten wyrok nie zamyka sprawy. Przede wszystkim dlatego, że rzecz dotyczy nie pierwszego i raczej nie ostatniego duchownego polskiego Kościoła katolickiego. Wojciech G. wprawdzie został na własne życzenie przeniesiony do stanu świeckiego, ale przecież nie jest ekskomunikowany, wciąż należy do Kościoła. To, że Zgromadzenie Świętego Michała Archanioła wykreśliło go ze swego spisu (i dziwnym trafem gdzieś zapodziało jego dokumentację z okresu, gdy molestował polskie dzieci), nie znaczy przecież, że Kościół ma go już z głowy. Choć zapewne tak chciałby uważać.

Wprawdzie episkopat, ustami swego odchodzącego rzecznika ks. Józefa Klocha, zapewnia, że Kościół będzie się teraz ściśle trzymał instrukcji i wytycznych, jakie zostały opracowane na okoliczność oskarżeń duchownych o pedofilię, ale zarazem zapytany w Radiu TOK FM, czy poinformowany o podejrzeniach hierarcha zawiadomi prokuraturę, odpowiada: „Nie ma takiego obowiązku”. I deklaruje: „Mówi się takiej ofierze, że ona ma prawo zgłosić to prokuraturze, jeśli chce. To jest droga właściwa”. Właściwa?

Obowiązku może i nie ma, ale jest art. 304 Kodeksu postępowania karnego: „Każdy dowiedziawszy się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu ma społeczny obowiązek zawiadomić o tym prokuratora lub Policję”. Kościół, który tyle mówi o bronieniu uciśnionych i ochronie maluczkich, nie poczuwa się do społecznego obowiązku zawiadamiania o przestępstwie?

Pewnie, że się nie poczuwa. Podobnie jak za wszelką cenę usiłuje uniknąć jakiejkolwiek odpowiedzialności, w tym finansowej, za postępowanie swoich duszpasterzy, popełniających także przestępstwa mniejszego kalibru podczas służby Kościołowi. Służby, z której nie można się przecież zwolnić ani na chwilę.

Zbyt wielu księży okazuje się niezdolnych do takiego poświęcenia samych siebie. Może zresztą jest to w ogóle niemożliwe?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Miliard ludzi na świecie głoduje. Dlaczego? Bo jest okradanych przez nas – silniejszych i bogatszych

Rozmowa z Martínem Caparrósem, argentyńskim pisarzem, autorem zbioru reportaży „Głód”, o tym, dlaczego prawie miliard ludzi nie ma co jeść – mimo że żywności mamy aż za dużo.

Paulina Wilk
29.03.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną