Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Bigos z Budyniem

Prof. Tomasz Szlendak o pokoleniu wkurzonych wyborców

„Młodzi w Polsce są silnie rozdrobnieni, upakowani w swoich małych subświatach, z odrębnymi kanonami kulturowymi, regułami zachowań, językiem, wartościami, upodobaniami”. „Młodzi w Polsce są silnie rozdrobnieni, upakowani w swoich małych subświatach, z odrębnymi kanonami kulturowymi, regułami zachowań, językiem, wartościami, upodobaniami”. Wojciech Kardas / Agencja Gazeta
Z socjologiem prof. Tomaszem Szlendakiem o wyborach, które rozstrzygnęły się w internecie, i o młodych wyborcach – mieszkańcach subświatów, w których nic niczego nie wyklucza.
„Młodym brakuje momentów wspólnoty, które pojawiają się tylko w takich zdarzeniach, jak na przykład marsze protestacyjne w reakcji na brutalne zabójstwo”.Leszek Zych/Polityka „Młodym brakuje momentów wspólnoty, które pojawiają się tylko w takich zdarzeniach, jak na przykład marsze protestacyjne w reakcji na brutalne zabójstwo”.

Joanna Podgórska: – W pierwszej turze wyborów prezydenckich najmłodsi wyborcy poparli Pawła Kukiza, w drugiej Andrzeja Dudę. Jak odczytać ten komunikat?
Prof. Tomasz Szlendak: – Przede wszystkim obawiam się, że nie jest to poparcie dla jakiegokolwiek polityka czy politycznej opcji. Liczne subświaty, w jakich żyją młodzi ludzie i dzisiejsze młodzieżowe nanokulturki, nie mają swoich politycznych reprezentacji. Albo inaczej: na potrzeby młodych niespecjalnie odpowiada jakakolwiek z dużych partii. Paweł Kukiz swoją hybrydyczną tożsamością – zbudowaną po trochu z gwiazdy rocka, trybuna ludowego, celebryty, swojaka w T-shircie i rozemocjonowanego działacza – jest do tych młodych ludzi nieco podobny. Jest im najbliższy, a zatem najbardziej strawny. A przede wszystkim był przeciwko temu wszystkiemu, co im się nie podoba, głównie z powodów kulturowo-estetycznych.

Słyszę tezy, że głosy oddane przez młodych to rodzaj buntu przeciwko ich kiepskiej sytuacji ekonomicznej, głównie przeciwko temu, że zderzają się ze śmieciowymi umowami i kiepskimi płacami. A de facto większość młodych głosujących, zwłaszcza tych mieszkających w miastach, ma dzięki pomocy rodziców z czego żyć do trzydziestki. To w dużej części tzw. gniazdownicy będący na utrzymaniu albo półutrzymaniu rodziców, a nie osoby przymierające głodem. Owszem, to kategoria społeczna dysponująca najniższym dochodem rozporządzalnym, ale nie o pieniądze tu chodzi. Jeśli już to o zamykające ich ściany, które ich zdaniem wybudowała Platforma.

Do tego doszła kombinacja estetycznej odrazy ze znudzeniem. Oni po prostu mają dosyć ekipy rządzącej od ośmiu lat, czyli w zasadzie, od kiedy pamiętają. Mają dość widocznej jak na dłoni tendencji do zajmowania się sobą, postawy identyfikowanej jako lenistwo i kompletnego oderwania od życia na dole.

Prezydent Bronisław Komorowski był dla nich reprezentacją establishmentu, który jest tak nieprawdopodobnie daleki od ich stylów życia, tak kompletnie archaiczny w swoich wypowiedziach i działaniach, że warto było pokazać mu środkowy palec. To wcale nie było poparcie dla Andrzeja Dudy czy wcześniej jednomandatowych okręgów wyborczych, o których istocie czy efektach większość młodych ludzi nie ma żadnej wiedzy.

Jeden z memów komentujących wynik wyborów brzmiał: 5 proc. lewica, 5 proc. prawica, 90 proc. – za przeproszeniem – kurwica.
Tak, ale to była specyficzna wściekłość, taka przygaszona, która nie wyładowuje się w aktach agresji. Kukiz mnie w tym wszystkim trochę bawił, bo on jako istota emocjonalnie rozedrgana, jakoś gorączkowo funkcjonująca w świecie, myślał, że głosujący na niego młodzi ludzie mają podobny stan ducha, a to nie tak.

A skąd poparcie dla Andrzeja Dudy?
No właśnie. Neokonserwatywny liberał zastępuje neoliberalnego konserwatystę. Jeden i drugi powołuje się na Kościół, może tylko w różnym stopniu. Nie mam specjalnych wątpliwości, że z perspektywy znaczącej części młodych wyborców to dwie bardzo podobne postaci. Bardzo mi się podobały określenia kandydatów do prezydentury, którymi w czasie ciszy wyborczej przerzucano się na Twitterze. Walczył tam wtedy Budyń z Bigosem. I ta spożywcza metaforyka nieźle moim zdaniem opisuje, co myślą o wyborze między kandydatami w drugiej turze młodzi ludzie. Przytrzymajmy się jej, dobrze?

Młodzi w Polsce są silnie rozdrobnieni, upakowani w swoich małych subświatach, z odrębnymi kanonami kulturowymi, regułami zachowań, językiem, wartościami, upodobaniami. Powiedzmy, że jedni usilnie szukają restauracji z kuchnią włoską, inni z francuską, a jeszcze inni z sushi czy wegańskimi burgerami. Ale nikt nie szuka restauracji serwującej budyń albo bigos. Polska scena polityczna to restauracja, w której podaje się dania, na jakie żaden z tych młodych ludzi nie ma najmniejszej ochoty. A musi coś zjeść. Taki przymus demokracji. Z dwojga złego lepszy był twitterowy Budyń. Głos na Andrzeja Dudę to był głos protestu przeciwko całej politycznej restauracji z przedwczorajszą, a do tego kompletnie niedostosowaną do klienta, kartą dań. A do tego jeszcze Bigos był ostatnio nieco za długo serwowany.

Czyli to komunikat: niech się zmieni cokolwiek i jakkolwiek?
Można tak powiedzieć, choć głównie jest to błaganie o wymianę personalną na politycznej scence.

Nie zniechęcała ich konserwatywna, obyczajowo prokościelna postawa kandydata?
Kiedy przyjrzymy się trendom, widzimy, że młodzi w kwestiach obyczajowych są naprawdę w większości bardzo dalecy od wpływów religii. Wybór Andrzeja Dudy nie był ideową deklaracją. To czy ktoś mówi, że Bóg jest ważny albo nie, nie ma dla nich specjalnego znaczenia. Dlatego, że taka deklaracja nie dotyka bezpośrednio ich prywatnego życia, ich grupy rówieśniczej, ich fejsbukowo-instagramowej struktury codzienności. Nawet jeśli nastąpi silniejsza reorientacja sceny politycznej na „religijność”, kiedy zacznie się przekaz polityczny oparty na religijnej symbolice, to oni tego mogą nawet nie zauważyć. Chyba że ktoś kazałby im się meldować co niedziela w kościele. Sprawy obyczajowe są w ich życiu istotne, ale władza przecież nie ma żadnych skutecznych instrumentów kontrolnych czy narzędzi wymuszania jakichś zachowań w tym obszarze. Państwo oczywiście próbuje na różne sposoby – że tak to ujmę – przyglądać się macicom i temu, co pod kołdrą, ale młodzi ludzie, odraczający reprodukcję, tutaj w ogóle się z państwową opresją nie stykają.

To nie jest w prawo zwrot?
Moim zdaniem nie. Młodzi ludzie mogli sobie spokojnie pozwolić na taki wybór, bo w ich tożsamościach spokojnie może się pomieścić na przykład homofobiczność z anarchizmem. Mogę być niemyślącą w kategoriach religijnych młodą Polką o lewicowych poglądach i głosować na Janusza Korwin-Mikkego albo Andrzeja Dudę, bo mam taki kaprys, żeby dać kopa temu, co jest; okazać swoje wkurzenie.

Oczywiście edukacja jest tak skonstruowana, by bez przerwy naciskać narodowy, patriotyczny klawisz, ale bez specjalnej refleksji. Mamy szkolną katechezę, ale do kościoła większość młodych nie chodzi. Te wątki łączą im się gdzieś i odkładają w jakiejś fruwającej nad głowami chmurze symbolicznej, ale to wszystko jest bardzo powierzchowne i naskórkowe. A do tego wydarzeniowo-festynowe. Duma z polskości jest wywoływana przez wielozmysłową atmosferę Muzeum Powstania Warszawskiego albo przez mistrzostwa w piłce nożnej. Wybór konserwatysty nie równa się zatem konserwatywnym poglądom. Wcale a wcale. Te poglądy są – jak mówimy – hybrydalne.

A więc jest to elektorat nieprzewidywalny. Miota się od Sasa do Lasa, od Palikota do Korwina czy Kukiza. Z deklarowanymi wartościami nie ma to chyba nic wspólnego?
Coś ma. Otóż młodzi ludzie, co jest arcyciekawe, cenią sobie niemal na równi wszystkie wartości: rodzinę, miłość, przyjaźń, pieniądze, pracę i tak dalej. Nie ma tu hierarchii, wszystko niemal jest równie dla nich ważne. Skoro wszystko równie ważne, to i wybrać można kogokolwiek, prawda? Ważne, żeby był wyrazisty, zaangażowany, żeby twardo marketingowo naciskał na jedną sprawę, cokolwiek by to było. Na przykład JOW.

Czyli nie chodzi o to, co to są JOW, tylko, że temu facetowi naprawdę na nich zależy.
I wpada w gorączkę w walce o nie. Jest przekonujący, bo jest emocjonalny. Nie jest bigosem ani budyniem. Myślę, że Andrzej Duda nie był dla nich tak przekonujący jak Kukiz. Zagłosowali przeciwko Komorowskiemu. Wystarczyło prześledzić memy, coraz bardziej okrutne, w których ustępujący prezydent wtłaczany był w formę takiego starego polskiego misia, człapiącego od jednego faux pas do drugiego faux pas. Misia siedzącego sobie w jakimś pradawnym lesie, odklejonego od dzisiejszego polskiego miasta, od polskiej codzienności. Ostatnie dwa tygodnie kampanii w internecie prezydenta Komorowskiego zupełnie wykończyły. Nie trafiał w ogóle w kanały komunikacyjne, które są rozpoznawane przez ludzi do trzydziestki. Był dla nich widoczny jedynie poprzez memy, których sami byli twórcami.

Kolejne wybory pokazują, że to już dwa równoległe światy. Młodzi, których polityczną bronią jest internetowa drwina, i komisja wyborcza, która liczy głosy na liczydłach.
Wybory to stary świat ustabilizowanych instytucji, który jest dla młodych ludzi egzotyczną wyspą. Oni w tym świecie nie funkcjonują. Zderzają się z nim właśnie w takich momentach, gdy mówi się, że trzeba na kogoś zagłosować. Idą do przedszkola, w którym zaaranżowano komisję, z drewnianą skrzynką pośrodku, gdzie trzeba coś długopisem odhaczyć i wrzucić. Coś jak Ministerstwo Dziwnych Kroków z Monty Pythona. W ich świecie głosuje się na cokolwiek i za kimkolwiek za pomocą interfejsów, bezpośredniego, codziennego udzielania się w sieciach. To jest ich demokracja. Tradycyjna polityka to dla nich medialny cyrk z pajacami, których można za pomocą memów wykpić.

Głosują dla żartu?
Moim zdaniem duża część tak. Dla jaj zagłosuję na tego czy na tę. Ci faktycznie wnerwieni na niedobór sushi w politycznej restauracji oddają głosy nieważne. Jak wiadomo, socjologom od dłuższego czasu chodzi po głowach eksperyment, żeby dać możliwość ujścia tym żartom i emocjom, na przykład przez umieszczenie na karcie wyborczej rubryki: „żaden z powyższych” czy „mam was wszystkich dosyć”. Ale nikt na to nie pójdzie, boby się okazało, że takich wskazań będą dwa miliony. Osobiście stawiam na trzy. Zresztą połowa młodych ludzi, podobnie jak połowa Polaków w ogóle, naprawdę ma to gdzieś, bo wcale nie głosuje. Wystarczy im festyn z piwem i komóra z netem.

ACTA pokazały, że młodzi umieją się jednak zaangażować i zorganizować.
Owszem, ale tylko wtedy, jeśli coś ich bezpośrednio dotyka, kiedy mają wrażenie, że im się coś odbiera. Wybory prezydenckie to nie był ten przypadek. To był głos kulturowego i estetycznego sprzeciwu. Jeśli młodzi ludzie organizują dziś bunt, to przebiega on w innych miejscach, takich właśnie jak protest przeciwko ACTA. To, że łatwo się uruchamiają w takich sytuacjach, dowodzi, że jest w nich potencjał buntu. On się jeszcze nie ujawnił na płaszczyźnie politycznej, ale oni w końcu wybuchną.

Powiedziałem oczywiście, że mają co jeść, ale zderzają się z barierą niemożności realizacji własnych pragnień, ze ścianą kulturową i instytucjonalną. Całe życie, w szkole, w rodzinie, przez media byli przyuczani do własnej wyjątkowości. Ich telefony i tablety cały czas na nich patrzą. Są nastawieni na siebie, autoobsesyjni, a rynek pracy oferuje im kiepskie pieniądze i służebne funkcje. Nagle przestają być wyjątkowi. Takie zderzenie z polskim dorosłym światem, który nie potrafi wchłonąć i korzystać z ich specyficznych cech i kompetencji, na razie znajduje ujście w zachowaniach deindywiduacyjnych.

Co to znaczy?
Mamy do czynienia z wyścigiem szczurów, społeczeństwem jednostek. Poczynając od szkoły, która jest nastawiona na konkretne jednostki i jej osiągnięcia porównywane z osiągnięciami innych jednostek. Młodym brakuje momentów wspólnoty, które pojawiają się tylko w takich zdarzeniach, jak na przykład marsze protestacyjne w reakcji na brutalne zabójstwo. Idziemy razem, niosą nas emocje. To rodzaj społecznego transu, wspólnotowego, chwilowego opętania, wprawiania się w społeczne drganie: przestajemy być sobą, stajemy się w końcu grupą. Protest przeciw ACTA był właśnie czymś takim. Bardziej karnawałem wspólnotowego transu niż akcją polityczną. Inne przykłady to marsze niepodległości czy protest palikotowców przeciwko obrońcom krzyża na Krakowskim Przedmieściu. W młodych ludziach widać tę tęsknotę za wspólnotą, a ona nigdzie nie jest w Polsce budowana. Mogą się realizować tylko w takich deindywiduacyjnych odruchach. Nie dziwi mnie, że ci, którzy mają tzw. niski kapitał kulturowy, wyżywają się w ruchu kibicowskim. Bo jest to gwałtowne, jest byciem przeciw, ale też daje poczucie bycia razem. Nie trzeba rozmyślać, jaka idea za tym stoi, jaka jest moja tożsamość. Roztapiam się w grupie.

Kiedyś ten potencjał buntu kanalizowały subkultury, które dawały poczucie tożsamości i były czymś w miarę trwałym. Dziś bardziej przypomina to flash moby. Energia zbiera się, wybucha i natychmiast rozprasza.
Tak i ta energia gromadzi się nie wokół idei, ale raczej jakichś zdarzeń. Uważam, że wybuchami społecznej złości młodych ludzi będą sterować nie rytmiczne rytuały polityczne takie jak wybory, tylko skandale: gwałtowne wydarzenia, które uznają za skierowane przeciwko nim.

Co to może być?
Całkowite przypadki. Nie przewidzimy tego. Pytam studentów, dlaczego w badaniach socjologicznych niemal połowa ich odpowiedzi dotyczących wartości brzmi: nie wiem. Nie potrafią powiedzieć, czy są prawicowi czy lewicowi, czy jest Bóg czy go nie ma. Nie chcą przyznawać się do żadnych wartości.

Wstydzą się?
Nie. Boją się zaszufladkowania po którejś ze stron. De facto jest to postawa konformistyczna. Ale do czasu – do czasu gdy im się spróbuje coś istotnego dla nich zabrać, tak jak było z grzebaniem w dostępie do sieci. Myślę, że podobne do ACTA transowe wybuchy złości mogłyby wywołać na przykład radykalne akcje policji ścigającej za posiadanie marihuany. Ale też odmawianie im podmiotowości czy kwestionowanie ich kompetencji; opisywanie ich w kategoriach dzieciarni, głupizny, która nic tylko klepie w te swoje smartfonowe klawiatury. Jeśli takie ich postrzeganie przełoży się na przykład na to, jak będą traktowani w pracy, to może to uruchomić rozproszone tu i ówdzie wybuchy.

Zastanawiam się, czy w tej kampanii słowem kluczem nie była arogancja. Arogancja elit, przejawiająca się choćby w słowach Adama Michnika: „Nie oddawajmy Polski gówniarzom”. Może tego mieli dość?
Nie wiem, czy akurat te słowa do nich dotarły, ale wypowiedź Adama Michnika to tylko wierzchołek góry lodowej; postawienie kropki nad i. Gdy przyjrzeć się wynikom wyborów, widać wyraźnie, że mamy Polskę etatową, która głosuje na Komorowskiego, czyli za stabilizacją, i Polskę nieetatową, czyli najstarszych, głosujących za Dudą, i najmłodszych głosujących za zmianą. Problem polega na tym, że te środkowe pokolenia utrzymują jednych i drugich. To pokolenie sandwiczowe, obłożone od góry i od dołu powinnościami ekonomicznymi i czasowymi. Pracują, płacąc ciężkie w swoim mniemaniu podatki na renty i emerytury. Do tego młodym szuflują bezpośrednio kieszonkowe przez długie lata.

Myślę, że emocje Adama Michnika podziela szereg reprezentantów pokolenia pracującego z dużych miast, którzy też chętnie pokazaliby środkowy palec tym młodym i tym starym. Ale nie mogą, bo boją się konsekwencji takiej emocjonalnej postawy. Michnik po prostu to zwerbalizował.

Może jednak wynik wyborów to jest przejaw frustracji młodych, którzy wiedzą, że szanse na etat mają marne?
Wiedzą to przecież od dawna. Wiedzą także, że jakikolwiek wybór polityczny tego nie zmieni. Głosując na Kukiza, byli całkowicie świadomi, że nawet gdyby został prezydentem, nie miałby żadnych narzędzi, by zmienić ich sytuację. Chcieli dać sygnał, że coś jest nie tak.

Głosowanie na Bronisława Komorowskiego czy Platformę wiele osób określa jako wybór mniejszego zła; byle nie PiS. Młodość to nie jest czas na zgniłe kompromisy.
Ten czynnik faktycznie mógł zadziałać. Przesypanie głosów młodych ludzi na Andrzeja Dudę mogło z tego wynikać. Był też lepiej opakowany. Z elegancką żoną i sympatyczną córką. On sam też jest w pewnym sensie postacią hybrydalną.

Jak to rozumieć?
Młodzi ludzie oczekują od kultury takich dóbr i zdarzeń, które są wielobodźcowe, wielozmysłowe, wieloczynnikowe, gdzie wszystko pomieszane jest ze wszystkim. Można powiedzieć, że to festynowy sposób uczestniczenia w kulturze. I to się moim zdaniem przełożyło na wybory polityczne. Od kandydatów w polityce oczekuje się dzisiaj takiej wielozmysłowości, wielobodźcowości, hybrydalności. W tym sensie Kukiz był idealny: watażka, rockman i celebryta. Jest trochę na poważnie i trochę do śmiechu.

A Andrzej Duda?
Proszę zwrócić uwagę, że on w tej kampanii nie prezentował wizji świata i linii politycznej PiS. Tam też wszystkiego było po trochu: trochę eleganckiego garnituru, trochę fajnej rodziny, trochę kawy, trochę wątków ważnych dla ludzi, takich jak praca czy mieszkania, nawet nad in vitro obiecał się zastanowić.

Ale powtórzę, to nie Andrzej Duda wygrał, tylko Bronisław Komorowski przegrał te wybory. Scena polityczna w Polsce odtwarza stary, obcy już młodym ludziom świat, w którym oni muszą się jakoś zmieścić. To nie był głos na Dudę, tylko głos pod tytułem: „walcie się!”. Jedyna możliwość zaprotestowania; nawet nie buntu, który uwalnia się dzisiaj we wspólnotowym, okazjonalnym transie, ale raczej wyrażenia braku zachwytu nad przedpotopowym interfejsem i awatarami polityki. Bo instytucjonalna polityka nie jest dla nich przestrzenią do buntu. To po prostu nie ich bajka. Dla nich politycy są trochę jak rottweiler sąsiada: nie mój pies, lata gdzieś wypuszczony po obcym polu, a przybiega, szczeka na mnie i może ugryźć. Muszę się wobec tego rottweilera jakoś zachować, chociaż za cholerę nie chcę.

Polityka 23.2015 (3012) z dnia 31.05.2015; Temat tygodnia; s. 13
Oryginalny tytuł tekstu: "Bigos z Budyniem"
Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną