Sejm głosuje nad kontrowersyjną ustawą o Trybunale Konstytucyjnym
Posłowie mają ostatnią szansę, żeby ustawę naprawić.
Wikipedia

Poniżej krótka historia ustawy. Projekt został napisany przez sędziów Trybunału, ale do Sejmu formalnie wniósł go w 2013 r. prezydent. Autorzy nie ukrywali, że jednym głównych celów ustawy jest „odpolitycznienie” procesu wyboru sędziów do TK. Kandydatów do Trybunału miały wysuwać środowiska prawnicze i akademickie (np. zgromadzenie sędziów Sądu Najwyższego, samorząd adwokatów i senaty wyższych uczelni).

Sejm zmienił niektóre zapisy projektu: wykreślił m.in. możliwość wysuwania kandydatów na sędziów przez „ekspertów” oraz dodał przepis o tym, że sędzią może zostać osoba z 10-letnim doświadczeniem w instytucjach „związanych z tworzeniem lub stosowaniem prawa” (zgodnie z pierwotnym projektem Sejm mógł wybrać tylko dr. hab. prawa, sędziego lub członka korporacji prawniczej z 10-letnim doświadczeniem).

Poprawki Sejmu zostały skrytykowane przez „środowiska obywatelskie”. Pod ich wpływem Senat przywrócił część pierwotnych przepisów, m.in. tych ograniczających katalog osób uprawnionych do zostania sędzią Trybunału (sejmowa podkomisja pracująca nad projektem zarekomendowała Sejmowi przyjęcie tej poprawki). „Społeczeństwo bardziej upodmiotowione” – stwierdziła Ewa Siedlecka w swoim weekendowym komentarzu dla „Gazety Wyborczej”.

Senat poddał się specyficznej narracji wynikającej z powierzchownego, a nawet oligarchicznego rozumienia demokracji liberalnej. Zgodnie z tą narracją „polityczne” (związane z parlamentem?) jest zawsze „antyobywatelskie”; „obywatelskie” jest natomiast ograniczanie „polityczności” na rzecz „eksperckości”.

Z tradycyjnego liberalizmu zostały w tej narracji jedynie płytkie hasła (np. o „jakości życia publicznego”), a nie namysł nad istotą demokracji liberalnej będącej wyrazem kontroli ludu nad elitami. W dyskusji nad nową ustawą o Trybunale „antyobywatelskie” jest rzekomo utrzymanie wiodącej roli Sejmu w procesie wyboru sędziów do TK. Powinni ich przecież wskazywać „eksperci” (najlepiej spośród siebie samych), a nie głupi Sejm wybrany przez głupich ludzi.

Nie mówiąc już, że powyższa narracja budzi dysonans poznawczy, to w kontekście nowej ustawy o Trybunale wydaje się sprzeczna z polską konstytucją. O ile na postulat wysuwania kandydatów do Trybunału przez „ekspertów” można jeszcze przymknąć oko, bo sędziów i tak wybiera ostatecznie Sejm, to okrojenie prawa kandydowania do środowisk prawniczych i akademickich wydaje się naruszać art. 194 konstytucji.

Gdyby autorzy konstytucji chcieli ograniczenia biernego prawa wyborczego, zapewne by to uczynili, tak np. w wyborach na prezydenta. Trybunał nie jest zwykłym sądem, ale ważnym organem ustrojowym, którego skład powinien odzwierciedlać wolę wyborców. Wyrazicielem tej woli są pochodzące z wyborów organy państwa – w Polsce przede wszystkim parlament. W ojczyźnie demokracji Stanach Zjednoczonych nikomu nie przyszłoby do głowy ograniczenie katalogu osób, które prezydent wraz z Senatem mogą wybrać do Sądu Najwyższego. Rozwiązanie takie nie tylko byłoby antydemokratyczne, ale naruszałoby też amerykańską konstytucję.

Do polskiego Trybunału być może nie zawsze trafiają właściwe osoby, jednak ocena tego, kto jest najlepszym kandydatem, zawsze będzie arbitralna, nawet w państwach o zasłużonej tradycji demokratycznej. Sposobem na polepszenie procesu selekcji do Trybunału jest wmontowanie w proces wyboru sędziów procedur, które umożliwią jego demokratyczną kontrolę (np. obowiązkowe i kilkukrotne przesłuchanie kandydatów w sejmowych komisjach z dopuszczeniem organizacji pozarządowych w celu weryfikacji ich kompetencji i poglądów). Lekarstwem nie jest za to na pewno ustawowe ograniczanie puli dostępnych kandydatów do sędziów, członków korporacji prawniczych i profesorów.

Stawianie znaku równości między kompetencją do zasiadania w Trybunale a przynależnością do tych dwóch środowisk jest aroganckie i uniemożliwia wybór wielu świetnych kandydatów. Tak jak znaleźć można bez problemu miernego adwokata z 10-letnim stażem, tak nietrudno o kompetentnych posłów, senatorów lub pracowników administracji.

Ich wykluczenie z puli kandydatów daje ponadto jasny sygnał młodym zdolnym prawnikom chcącym rozpocząć karierę w administracji lub polityce, że są „prawnikami” drugiej kategorii, co dodatkowo osłabia jakość instytucji publicznych, tak bronioną przez „środowiska obywatelskie”.

Negatywnym skutkiem poddania się przez Senat terrorowi oligarchicznego liberalizmu jest potencjalna kandydatura Stanisława Trociuka. Ten wieloletni zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich wymieniany jest jako idealny kandydat na sędziego TK: to on przez ostatnie kilkanaście lat wygrał w Trybunale więcej spraw w imieniu obywateli niż jakikolwiek inny prawnik.

Trociuk ma jednak to nieszczęście, że, choć ukończył aplikację radcowską, nie wykonywał zawodu radcy prawnego przez wymagany 10-letni okres – nie może więc zostać sędzią TK zgodnie z wersją ustawy o Trybunale, która wyszła z Senatu. Nie miałby z tym problemu np. w Niemczech, gdzie możliwy jest wybór pracowników administracji. Żeby było jeszcze bardziej kuriozalnie, niektórzy rozmówcy Polityki Insight, pytani o idealnych kandydatów na sędziego TK, zaraz po wyrażeniu zachwytu nad „obywatelskimi” poprawkami Senatu podają właśnie Trociuka.

Na uwagę, że przed sekundą chwalili zmiany w prawie, które wykluczają ich idealnego kandydata, wpadają w zakłopotanie. Stali się właśnie ofiarami narracji oligarchicznego liberalizmu.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną