Kraj

Przypadek Falenty kompromituje służby

Marek Falenta potrójnym agentem

Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Biznesmen od podsłuchów w warszawskich restauracjach, jak ujawniła „Gazeta Wyborcza”, był osobowym źródłem informacji zarówno ABW, jak i CBA oraz CBŚ. Można rzec agent obrotowy.

Żadna z wymienionych służb nie wiedziała, że jej człowiek pracuje też dla konkurencji. Prowadziły z nim dialog operacyjny, oczekiwały wiedzy i cennych informacji, ale to co dostawały, nie dawało się przetworzyć procesowo. Taki agent jest bezużyteczny. Nie wiemy natomiast, na ile użyteczne były służby z punktu widzenia Marka Falenty. Można jedynie domniemywać, że dzięki współpracy z trzema służbami naraz, coś sobie załatwiał. Na przykład ochronę własnych interesów i bezkarność.

Oficer ABW z Wrocławia po odejściu ze służby znalazł pracę u Marka Falenty. Podobnie jak oficer CBŚ z Lublina – został zatrudniony w charakterze prywatnego detektywa. Od takich speców człowiek z pasją podsłuchiwania, może się wiele nauczyć. W pewnym sensie rację mają więc ci, którzy wietrzą w aferze taśmowej udział tajnych służb. Przynajmniej pośrednio odgrywały w tym procederze rolę.

Służby w III RP zachowują się jak pies ogrodnika. Strzegą własnych tajemnic same przed sobą. Z tego powodu werbują współpracowników nawet nie sprawdzając, czy nie są informatorami kogoś innego.

Przypadek Falenty kompromituje służby. Nie tylko dlatego, że pozwoliły, aby pracował na trzy fronty. Także z powodu prowadzenia dialogu operacyjnego z osobą niewiarygodną. Warto sprawdzić, ile ten dialog kosztował podatnika, czyli na co, w związku z kontaktami z informatorem Falentą, wydawano pieniądze z funduszu operacyjnego. Na kolacje w lokalach, a może na pendrive do nagrywania?

Z tej historii płynie ważna nauczka. Służby działając niezależnie od siebie powinny jednak koordynować poczynania. Jeżeli ABW zwerbuje tajnego współpracownika (dzisiaj zwanego „ozi”), to musi go zastrzec w centralnej bazie danych, aby CBA już nie mogło takiej osoby zarejestrować jako własnego agenta. Nad bazą pieczę powinien dzierżyć minister-koordynator służb.

W końcu ktoś odpowiedzialny musi zapanować nad tym bałaganem. Inaczej wszystko ogarnie anarchia. No, chyba, że o takim Hulajpolu nasze dzielne służby specjalne marzą. Bo tylko wtedy mogą prowadzić dialog operacyjny z człowiekiem, który bardziej lubi słuchać niż mówić. Wiele wskazuje na to, że nie Falenta obalił ministrów z rządu Ewy Kopacz, ale zrobiły to służby. Z głupoty, albo w sposób całkowicie przemyślany.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Nauki mistrza Kongfuzi

Chiński komunizm chciał odesłać nauki mistrza Kongfuzi na śmietnik historii, ale sam schodzi ze sceny. Za to autorzy azjatyckiego cudu gospodarczego chętnie kłaniają się duchowi Konfucjusza.

Adam Szostkiewicz
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną