Andrzej Duda w sprawach obietnic niezłomnie do tyłu
Pan prezydent kluczy. Czego to nie wygaduje, by to, co przedtem było jasne i jednoznaczne, stało się mętne i wieloznaczne. Niestety, ale jest to dość żałosne.
Andrzej Duda w Krakowie
Michał Łepecki/Agencja Gazeta

Andrzej Duda w Krakowie

Andrzej Duda w swoim orędziu prezydenckim zapewniał o swojej niezłomności – w tym sensie, że jak coś powiedział i obiecał, to na pewno tak będzie. On słów na wiatr nie rzuca.

A naobiecywał w czasie kampanii wyborczej co niemiara. Gdy już został prezydentem, zaczął ekwilibrystykę podtrzymywania obietnic, prężenia muskułów, ale przy zmienionych sensach, przy piętrzeniu trudności, zwalaniu spraw na rząd. Dotyczy to w pierwszej kolejności ustawy emerytalnej oraz obietnicy 500 złotych na dziecko. W obu przypadkach już w kampanii zwracano uwagę z różnych stron, niekoniecznie z Platformy Obywatelskiej, że oba projekty, obydwa niby-prezenty, są niezwykle kosztowne i po prawdzie polskiego państwa na nie nie stać.

Tę prawdę odkrywa powoli prezydent Duda, bo choć dzięki takim między innymi obietnicom zdobył władzę, ta władza właśnie zmienia punkt widzenia i liczenia. Kluczy zatem pan prezydent. Czego to nie wygaduje, by to, co przedtem było jasne i jednoznaczne, stało się mętne i wieloznaczne. Niestety, ale jest to dość żałosne i radzić można, by swoją ekskursję po kraju trochę powstrzymał, bo za chwilę te sympatyczne wiece mogą zmienić się w wiece mniej sympatyczne, a pomidorów wokół w bród.

Zresztą to jest także kłopot Beaty Szydło czy w ogóle całej partii, czyli Prawa i Sprawiedliwości. Od dawna, a w czasie kampanii prezydenckiej z niezwykłą zaciekłością, Andrzej Duda i jego sztab – a w tle aktyw PiS – głosili hasła i prawdy, że Polska jest w ruinie, a dookoła nędza, złodziejstwo, marnotrawienie, głód. Wyłaniała się z tego gruzowiska wspaniała ekipa z nowym prezydentem i nową panią premier, która raz dwa zamieni upadłą Polskę w jakiś raj, wszystko zakwitnie, będzie sprawiedliwie, a miliony Polaków natychmiast wrócą z emigracji.

Nagle, gdy przejęcie władzy przez PiS staje się dość realne, nastąpiło wstrzymanie ognia, zarządzono złagodzenie ocen dzisiejszej Polski. Już nie jest ona w jakiejś ruinie, trzeba ją po prostu wyremontować. Tak jak, nasuwa się i ten przykład, w kampanii prezydenckiej mówiono o zasadniczej, fundamentalnej reorientacji polityki zagranicznej, to po jej zakończeniu prezydent Duda nagle zaczął mówić o jakichś jej korektach, w żadnej mierze o rewolucji.

Ta huśtawka, to cofanie się, może być oceniane na dwa sposoby, obydwa równouprawnione. Pierwszy, że nie po raz pierwszy PiS w swoim niepohamowaniu osiąga takie progi radykalizmu, że potem sam musi się z nich wyplątywać, gdy zmieniają się realia władzy (lub mogą się zmienić). Smutne tylko, że wyborcy to kupują.

I drugi – że może dobrze, że jakieś zmitygowanie, jakiś powrót do rzeczywistości tu następuje. Lepiej tak niż wcale.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną