Kraj

Ruchomy cel

Czy Ewa Kopacz zmobilizuje Platformę?

Trudno było oczekiwać od Kopacz, by z równą łatwością kierowała partią i umiejętnie lawirowała między frakcjami i konfliktami. Jakoś jednak, jak na razie, daje radę, choć widać w tym wszystkim pewną desperację. Trudno było oczekiwać od Kopacz, by z równą łatwością kierowała partią i umiejętnie lawirowała między frakcjami i konfliktami. Jakoś jednak, jak na razie, daje radę, choć widać w tym wszystkim pewną desperację. Krystian Maj / Forum
Ewa Kopacz znalazła się w przełomowym punkcie. Ale jeśli nawet dostrzegła cień szansy na dogonienie PiS, musi jeszcze zmobilizować Platformę, która już zaczęła się układać do opozycyjnego snu.
Premier Ewa Kopacz podczas wizyty w 33. Bazie Lotnictwa Transportowego w Powidzu.Radek Pietruszka/PAP Premier Ewa Kopacz podczas wizyty w 33. Bazie Lotnictwa Transportowego w Powidzu.
Kampania Kopacz, choć może i tandetna, zaczyna być skuteczna.Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta Kampania Kopacz, choć może i tandetna, zaczyna być skuteczna.

Artykuł w wersji audio

Polska polityka, kiedy się patrzy na nią przez sondaże, wygląda absurdalnie. Od wielu tygodni PiS wyprzedza Platformę o około 10 punktów procentowych, wcześniej wyraźnie ponad, teraz czasami nawet mniej, ale przewaga – mimo zmniejszenia dystansu – jest duża i niebudząca wątpliwości, także bukmacherów, którzy obstawiają zwycięstwo partii Kaczyńskiego w nadchodzących wyborach parlamentarnych. A jednocześnie już drugi miesiąc z rzędu respondenci badań na pytanie, kto byłby lepszym premierem, ponad Beatę Szydło stawiają Ewę Kopacz i ta przewaga wzrasta. Jeszcze w lipcu było to 39 proc. do 36 wskazań na korzyść Kopacz, a w sierpniu już 42 proc. do 36. Ktoś może powiedzieć, że pani premier jest po prostu bardziej znana, ale w czerwcu w tym samym rankingu wyraźnie wygrywała Beata Szydło.

Paradoksy politycznej sceny

Gdyby spojrzeć na te wyniki literalnie, znaczyłoby to, że wyborcy życzą sobie rządu PiS, ale z Ewą Kopacz jako premierem. Jak wytłumaczyć te niedorzeczności? Szydło ma wciąż ten sam procentowy wynik, niezależnie od tego, czy była bardziej czy mniej aktywna medialnie i kampanijnie. Oznacza to, że ma pewny, stały elektorat PiS, zbliżony do wyniku Andrzeja Dudy w pierwszej turze wyborów prezydenckich i do obecnych notowań PiS. Tu się nic nowego nie dzieje, PiS ma swoich zdyscyplinowanych wyborców, jak pokazały ostatnie badania CBOS, najbardziej wiernych spośród wszystkich ugrupowań (najwięcej wskazań, że „na pewno zagłosuję”). Bardziej dynamiczne i ciekawsze procesy zachodzą po drugiej stronie, i to z nich wynikają paradoksy i niekonsekwencje politycznej sceny. Widać, że PiS się wyborczo nasyca i ma już niewielkie rezerwy. Wciąż jest to mniejszość, która nigdy by nie doszła do władzy, gdyby nie podziały i frustracje po stronie nie-PiS. Lepsze dzisiaj notowania premier Kopacz niż jej rywalki z PiS pokazują, że niepisowski elektorat jest rozchwiany i niezdecydowany. Właściwie nie pragnie PiS, ale też nie chce za bardzo Platformy, ledwie zauważa lewicę, zniechęca się do Kukiza, a partię Ryszarda Petru raz chce, a raz nie. Ta decyzyjna degrengolada jest źródłem sukcesu PiS, który może się dzięki temu powoływać na poparcie narodu.

Wydaje się, jakby u niepisowskiego elektoratu występowały dwa spojrzenia na obecną władzę: pierwsze, niejako regulaminowe i oficjalne – Platforma jest do niczego i musi być ukarana, nawet jeśli ma wrócić PiS i dać popalić. I drugie, mniej oficjalne: ta Kopacz może w sumie nie jest taka zła, przynajmniej stara się, jeździ, chce się jej mimo upału; może to jej tournée po kraju jest czasami śmieszne, czasami straszne, ale na tle reszty leserów z Platformy premier wygląda wyraźnie lepiej. Może jest tak, że w przypadku samej Kopacz wyborcy dają sobie więcej luzu, oceniają ją w kategoriach bardziej ludzkich niż stricte politycznych, trochę ją odpartyjniają, stąd jej niezłe notowania. Ale kiedy przychodzi pytanie o samą Platformę, to włącza się znowu ten surowszy, bardziej oficjalny tryb. Więcej, Kopacz może być nagradzana wręcz na kontrze do swojej partii, jako ta „dobra”, która ma wokół siebie tych „złych”, z którymi musi się użerać, ale i im czasami ulegać. Podobnie jak męczyć się z PSL, który rozpoczął swoją tradycyjną, trwającą ćwierć wieku, przedwyborczą grę dystansowania się od koalicjanta.

Ale jest to dla Ewy Kopacz i zarazem Platformy jakaś szansa, prawdopodobnie ostatnia. Takie „ludzkie” motywy mogą się (choć nie muszą) przekształcić w polityczne decyzje, jeśli będą dobrze stymulowane. Widać, że Polacy aż tak bardzo PiS nie chcą ani go nie kochają. Może prezydent Duda wyczerpuje w dużej mierze pulę „miłości” i chęć zmiany, a ten sam manewr z Beatą Szydło udaje się mniej, choć zrobiono wiele, aby kandydatkę Kaczyńskiego na szefa rządu przedstawić jako ciepłą, rodzinną kobietę. Rzadko dwa razy udaje się ten sam chwyt, chociaż niby wszystko temu sprzyja.

W środowisku PiS widać pierwsze objawy zaniepokojenia tą sytuacją. Prawicowa publicystka pod znaczącym tytułem „To działa (niestety)” napisała: „PO ma wciąż silną bazę wyborczą w wielkich miastach. Straciła zaś w Polsce B. Teraz to o te właśnie głosy walczy. Przebrano więc Ewę Kopacz w kolorowe, kraciasto-kwieciste bluzki, porzucono garsonki. (…) Dziś to ma być »nasza Ewa«, jedna z pań z sąsiedztwa, ot jak sprzedawczyni ze sklepu meblowego (…). Konsekwentnie i nie zważając na krytykę (…), spotyka się wciąż z ludźmi i, co najważniejsze, widać, że chce się jej walczyć. (…) Opozycja, niezależne środowiska i media powinny to dostrzec. Mamy do czynienia z racjonalną grą”. Widać z tego, że drużyna PiS zaczyna się obawiać, że kampania Kopacz, choć może i tandetna, a pewnie właśnie dlatego, zaczyna być skuteczna, w końcu Duda robił to samo.

Dlatego Beata Szydło ma znowu ruszyć w trasę, a na razie pisowską przestrzeń symboliczną wypełnia prezydent Duda. Tak to zresztą miało w planach wyglądać: Szydło ciągnęła po wyborach prezydenckich, kiedy Duda musiał odpocząć, potem odpoczywała Szydło, a zmienił ją Duda swoją inauguracją i dziękczynnym tourem po kraju. Kiedy wybrzmi prezydent, ruszy Szydło. Kopacz i Platforma mają niewiele czasu, by wpasować się w ten harmonogram, a margines błędu jest już zerowy.

Jest zatem teraz cichy, mało zauważalny moment przełomowy, ważenie sił przed ostatnim sprintem. Jeśli Platforma utrzyma trend wzrostowy, ma jeszcze szansę, jeśli wynik znowu się cofnie, to będzie koniec. Trwa wprawdzie święto Dudy, ale apogeum mija. Ponadto podgrzewany przez prawicę specyficzny kult nowego prezydenta, wręcz z elementami mesjanizmu, balansuje niebezpiecznie blisko granicy śmieszności, której przekroczenie może odmienić nastroje. Zwłaszcza nowe media bywają w swoich ocenach zmienne i bezlitosne; podobnie surowo mogą potraktować nieprawdopodobną i nieporównywalną z czymkolwiek wcześniej czołobitność wobec Dudy tzw. niepokornych mediów. Swoje znaczenie ma również coraz większa polityczna aktywność Kościoła, któremu Duda i PiS deklarują posłuszeństwo; wobec dramatycznie słabej lewicy Platforma staje się jedyną przeciwwagą dla katolicko-narodowej prawicy i ekspansywnych hierarchów.

Sam prezydent trochę się zaplątał w kwestii wyborczych obietnic, dając do zrozumienia, że to rząd Platformy ma opracować ustawy, które on zapowiedział. PiS na sierpień wyraźnie zaplanował partyjne wakacje. Ale już pod koniec miesiąca i na początku września ruszy ponownie, przedstawi listy wyborcze i program. W tej „teoretycznie merytorycznej”, ale przede wszystkim marketingowej rywalizacji będzie się liczył każdy dzień. W Platformie słychać, że w kampanii „nożnej” Kopacz dała radę, dostosowała się do poziomu polityki wyznaczonego strategią prezydencką Dudy: jeździć, spotykać się, obiecywać, współczuć, zręcznie się oburzać. Jeśli ktoś się rusza, to znaczy, że żyje, a dodatku trudniej go trafić. A Kopacz się rusza.

Balansowanie na linie

Ale kampania „nożna”, objazdowa, ten specyficzny dudyzm, wyczerpuje swoje możliwości po obu stronach. Ile razy można wysłuchiwać tych samych gadek, oglądać ludzi na rynku i w pociągu wraz z pozornie poruszoną czy zaabsorbowaną panią premier czy przyszłą panią premier? Pytanie, czy Kopacz potrafi wykorzystać ten ukryty moment przesilenia i drzemki PiS, czy we wrześniu będzie w stanie uderzyć mocniej niż przeciwnik. Wydaje się, że część zniechęconego wcześniej elektoratu Platformy czeka na jakąś zachętę, wiarygodny pretekst, aby zmienić zdanie i ponownie wesprzeć tę partię. Ale jednocześnie drugie oko wyborcy szuka potwierdzenia, że wcześniejsza decyzja o skreśleniu drużyny Tuska była słuszna. To prawdziwe balansowanie na linie. Jest w tym psychospołecznym procesie sam prezydent Duda – to atut prawicy, ale nie tylko. Wyborcy mogą uznać, że PiS już dostał swoje, że już poszaleli, ukarali władzę, zhejtowali wystarczająco Komorowskiego, zredukowali swoją frustrację. A teraz koniec zabawy, czas na realizm, przecież tak naprawdę nie chcą dać pełni władzy jednej opcji, tej, z której niedawno się śmiali i bali. To subtelna gra, gdzie nagle może nastąpić przesilenie i odwrócenie znaków. Polska polityka, chyba jak nigdy dotąd, stała się nieprzewidywalna i irracjonalna.

Problem w tym, że o ile Ewa Kopacz, jak się zdaje, nie wyklucza jeszcze do końca wyborczego sukcesu, o tyle ma w tym myśleniu niewielkie wsparcie w swojej partii. Było to widać po składzie list do Sejmu, jakie otrzymała od kierownictw regionów ugrupowania. To były składy kapsuł ratunkowych na czas długiej opozycji z przygotowanymi wygodnymi kojami według organizacyjnej rangi, układu frakcyjnych sił, tej specyficznej kolejności dziobania, która jest niejasna dla kogoś, kto nie ma rozeznania w powiatowej i wojewódzkiej hierarchii formacji. Listy miały porządek bardziej wewnętrzny, organizacyjny niż wyborczy, marketingowy.

Ewa Kopacz dokonała wielu przesunięć, degradacji czy awansów i po prawdzie wszystkie te decyzje przeszły bez większego oporu – była propozycja, nie udało się, ale należało spróbować. Z wyjątkiem może najgłośniejszych zastrzeżeń Pawła Zalewskiego, który oprotestował obecność na liście pod Warszawą Michała Kamińskiego – z pozycji bez mała moralnych i wysoko ideologicznych, niemniej nie ulega wątpliwości, że widoczny był tu interes własny posła, który znalazł się na liście o oczko niżej od Kamińskiego.

Faktem jest jednak i to, że w składanych przez przewodniczącą Kopacz objaśnieniach do list były niekonsekwencje. Podobno uczestnicy czy raczej ofiary afery podsłuchowej mieli się dla dobra sprawy usunąć z pola widzenia, ale jak wychodzi w praniu, tylko niektórzy. Silna w Wielkopolsce Platforma, kierowana przez Rafała Grupińskiego, decyzją pani premier ma na pozycji lidera listy młociarza Szymona Ziółkowskiego, jeszcze niedawno w wyborach do wielkopolskiego sejmiku konkurującego z Platformą. Grupiński, szef Klubu Parlamentarnego PO, polityk formatu krajowego, został w niezrozumiały sposób upokorzony. Nagle jedynką na gdańskiej liście został inny sportowiec, Adam Korol, człowiek bez politycznego dorobku i bez własnej pozycji, choć zapewne sympatyczny. Ten marketing jest zbyt oczywisty, szwy widać z daleka, choć przyznać trzeba, że ułożone ostatecznie listy wyglądają w sumie lepiej niż te, które spłynęły z regionów – to jakiś kompromis między chęciami a możliwościami. Widać jednak, że Ewa Kopacz, która szefową Platformy została z nadania odchodzącego Donalda Tuska, a nie poprzez wybory wewnątrzpartyjne, szuka dla siebie oparcia, grupy, która obroniłaby jej pozycję na wypadek przegranych wyborów parlamentarnych.

Awans na listach wyborczych wielu osób da się wytłumaczyć tym właśnie rozumowaniem. Ci ludzie, zapewne przyszli posłowie, bo zajmują na listach tzw. gwarantowane miejsca, całą swoją karierę polityczną zawdzięczać będą Ewie Kopacz, ze świadomością, że nie są i nie będą uwielbiani przez tych, których miejsca zajęli. Tym należy tłumaczyć wspomniane zastąpienie przez Ziółkowskiego na jedynce Grupińskiego, blisko związanego ze Schetyną, obniżenie pozycji Andrzeja Halickiego, także zaliczanego do tej samej frakcji, dramatyczne załamanie się tzw. spółdzielców, których jeden z liderów, Andrzej Biernat, w ogóle wyleciał z listy, a być może nawet z polityki. I to w tempie błyskawicznym, choć jeszcze niedawno był prominentnym politykiem Platformy, jej sekretarzem generalnym, a też rządził platformerską Łodzią. Sam Schetyna, niby jedynka w Kielcach, został jednak rzucony na okręg tzw. trudny (więc, proszę bardzo, będzie mógł się wykazać dla dobra PO). Bardzo wysoko na jedynkach, z tych samych powodów, znaleźli się nowo upieczeni ministrowie: Marian Zembala (Katowice), Borys Budka (Bytom), wspomniany Adam Korol, Rafał Trzaskowski (Kraków). Dalej – szef gabinetu pani premier Marcin Kierwiński (okręg podwarszawski), rzecznik rządu Cezary Tomczyk (Sieradz). Na wysokich miejscach są także inni wskazani przez Ewę Kopacz, blisko z nią współpracujący lub wręcz zaprzyjaźnieni kandydaci, jak Krystyna Skowrońska czy Sławomir Nitras. Zresztą nieprzypadkowo Kopacz jeździ po kraju wraz z rządem – stał się on jej minipartią.

To jest ta grupa, na której lojalność Ewa Kopacz będzie mogła liczyć. To próba zbudowania na szybko nowej stratyfikacji partyjnej i osłabienia tych środowisk, które do tej pory były dominujące. Donald Tusk dość bezceremonialnie dawał sobie radę z wszelakimi grami i interesami frakcyjnymi, choć przecież się z nimi liczył i musiał je jakoś równoważyć, wykorzystywać napięcia z korzyścią polityczną dla siebie. Trudno było oczekiwać od Kopacz, by z równą łatwością kierowała partią i umiejętnie lawirowała między frakcjami i konfliktami. Jakoś jednak, jak na razie, daje radę, choć widać w tym wszystkim pewną desperację.

Stary manewr

W sumie to dość zaskakujące, że potwierdzanie swojego liderowania w Platformie przychodzi Ewie Kopacz dość łatwo, bez większego oporu. Można to chyba wytłumaczyć stanem owych frakcji. Okazuje się, że są one wygniecione i wymęczone, jakoś zużyte, także dlatego, iż nie ma żadnego dowodu, by dały Platformie istotną jakość, jakieś pomysły, stworzyły szkoły czy style, choćby na użytek wewnętrzny partii. Bilans jest nędzny. Jeśli coś pamiętamy, to personalne przepychanki, kotłowaninę interesików, podchodów i wzajemnych złośliwości. W realnej krajowej polityce nie mają najmniejszego znaczenia. Nie wiadomo, co dziś oznacza schetynowiec czy spółdzielca, poza tym, z kim się koleguje. To wszystko znika wobec aktywności Kopacz. Nikt w PO nie może położyć na stole porównywalnych argumentów i walorów. To jej zasługą jest wstrzymanie tendencji spadkowej w sondażach przedwyborczych. W Platformie pojawiają się jednak opinie, że jej dzisiejsza nadzwyczajna aktywność ma być moralną zaliczką na czas po wyborach – aby mimo (prawdopodobnej) przegranej nie kwestionowano jej partyjnego przywództwa, skoro tak się poświęcała. Tak ma jej podobno doradzać Donald Tusk, który już rzekomo pogodził się z przejściem PO do opozycji. Niemniej na razie widać niezwykłą determinację pani premier.

Ale są i słabości tej strategii. Ewa Kopacz umiała wejść na pole, które zajął PiS – działa reaktywnie, zbija argumenty i licytuje wyżej – jednak na razie nie stworzyła własnego pola. Wciąż politykom PiS udaje się zejść z zasadniczej linii starcia, unikać najbardziej kłopotliwych pytań i rozmów, o co zresztą starają się z niejakim powodzeniem od początku kampanii prezydenckiej. Jest to powtórzenie starego manewru, stosowanego wcześniej, ale jak zawsze skutecznego. Czyli udawanej ucieczki od IV RP, od charakterystycznej retoryki Jarosława Kaczyńskiego, od projektowanych wielkich zmian w państwie i społeczeństwie.

Mówi się o tym po cichu, zmiany ustrojowe są oczywiste dla każdego wyborcy PiS, tym bardziej Platforma, jeśli chce nawiązać prawdziwą walkę, powinna wszystko wydobywać na wierzch, przeć do konfrontacji na polu wartości, demokratycznych pryncypiów, wizji państwa i jego ustroju. Bez tego nie ma prawdziwej szansy, by elektorat poczuł, że staje przed rzeczywistym zasadniczym wyborem. Od tego, jak nazwie ten wybór, jak go opisze Ewa Kopacz – i czy ktoś jej w tym pomoże – oraz jak go rozegra, będzie zależeć przyszłość politycznej sceny. Polska polityka stała się marna i tandetna, ale nie aż tak, żeby ten zasadniczy, cywilizacyjny konflikt stracił na znaczeniu.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną