Kraj

Sztandary na listach

Platforma idzie na wybory jako antyPiS i rezygnuje z tożsamości ideowej

Ludwik Dorn to sztandar. Podobnie jak Grzegorz Napieralski. Ludwik Dorn to sztandar. Podobnie jak Grzegorz Napieralski. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Transfery Ludwika Dorna i Grzegorza Napieralskiego na listy Platformy można oceniać w kategoriach estetycznych jako dyskusyjne. Jeśli nawet założymy, że polityka jest grą tylko dla dorosłych, to wpuszczenie akurat tych polityków na listy wydaje się błędem.

Oczywiście, że Dorn intelektualnie, merytorycznie i retorycznie bije na głowę większość parlamentarzystów i osobiście życzę mu powodzenia, ale przecież PO nie ściągnęła go po to, by podnieść jakość klubu parlamentarnego. To sztandar – podobnie jak Napieralski, który bez wahania porzucił budowaną przez siebie partię i swych kolegów. PO idzie na wybory jako antyPiS i zbiera wszystkich, którzy są przeciw PiS. Tak ma to przynajmniej wyglądać.

Decyzja PO oznacza, jak bez skrępowania wyznał mi jeden z liderów tej partii, rezygnację z jakiejkolwiek tożsamości ideowej. Platforma ma być atrakcyjna dla wszystkich, którym nie po drodze z PiS. Przegrała zaś koncepcja ewolucji w stronę partii centrolewicowej, która byłaby odpowiednikiem amerykańskiej Partii Demokratycznej. Opowiadał się za tym m.in. Michał Kamiński, a stała za tym myśl, że na prawicy PO i tak nie ma czego szukać, lepiej więc zagospodarować centrum i wszystko na lewo od centrum. Sprzeciwiało się temu konserwatywne skrzydło PO z coraz aktywniejszą w krajowej polityce Hanną Gronkiewicz-Waltz.

Przede wszystkim zaś zwyciężyły stare nawyki i stare myślenie. Jeśli PO była rozciągnięta od lewej do prawej strony za Donalda Tuska i było OK, to czemu to zmieniać?

Sądzę, że w myśleniu tym tkwi błąd. PO kilka lat temu przyciągała ludzi z PiS i lewicy, ale miała wówczas poparcie powyżej 40 proc., a PiS tkwił w kryzysie. Tusk mógł budować centrolewicoprawicę, bo stało za nim rzeczywiste poparcie społeczne; PO mogła wygrywać wybory dzięki strachowi przed PiS, bo ten strach był rzeczywisty.

Dziś Platforma przegrywa w sondażach, Andrzej Duda pokonał Bronisława Komorowskiego, a PiS – w skali społeczeństwa – mało kto się obawia. Nieustanne przypominanie przez Ewę Kopacz Krystyny Pawłowicz i Antoniego Macierewicza niczego nie zmieni.

Decyzja Platformy wystawia ją również na ciosy z centrum i lewej strony. Ryszard Petru oraz Zjednoczona Lewica mogą bez końca przypominać, że Platforma wspiera dwóch wicepremierów IV RP – Dorna i Romana Giertycha oraz spindoktora PiS Michała Kamińskiego.

Wciągnięcie Napieralskiego do PO oznacza poza tym likwidację Biało-Czerwonych, formacji mikroskopijnej, ale nawet mikroskopijne poparcie dla B-C mogło odebrać szanse Zjednoczonej Lewicy Leszka Millera i Janusza Palikota. Obaj dostali więc od Platformy mały prezent. To może oczywiście być próba hodowania koalicjanta – przy kryzysie Pawła Kukiza PO może szukać większości z lewicą i PSL – ale nie brzmi to dziś bardzo prawdopodobnie.

Być może kiepskie wrażenie zatrze prezentacja programu wyborczego – jakiś wypadałoby w końcu pokazać. Jednak transfery do Platformy, które miały być demonstracją siły, wyglądają na oznakę słabości.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Nowa era w operze

Z żalem przerywam karierę śpiewaka – mówi światowej sławy baryton Mariusz Kwiecień, nowy dyrektor artystyczny Opery Wrocławskiej. W tej roli chce przywrócić śpiewakom podmiotowość.

Dorota Szwarcman
04.08.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną