Batalia o polską politykę historyczną trwa

Władcy historii
Prawica od dawna lansuje swoją wizję dziejów Polski, a sezon wyborczy tylko podgrzewa emocje inżynierów historii. Jednak na dobre wszystko może zacząć się po 25 października.
Powstanie Warszawskie: triumf polskości czy niepotrzebna hekatomba
Archiwum Stanisława Nałęcz Komornickiego/Fotonova

Powstanie Warszawskie: triumf polskości czy niepotrzebna hekatomba

Jedwabne: Polacy sprawcami czy ofiarami
Artur Reszko/PAP

Jedwabne: Polacy sprawcami czy ofiarami

Pułkownik Kukliński: zdrajca czy patriota
Radek Pietruszka/PAP

Pułkownik Kukliński: zdrajca czy patriota

Lech Wałęsa: agent Bolek czy bohater narodowy
Gamma/BEW

Lech Wałęsa: agent Bolek czy bohater narodowy

Okrągły Stół: początek wolności czy nowego zniewolenia
Wojtek Łaski/EAST NEWS

Okrągły Stół: początek wolności czy nowego zniewolenia

Marzec 1968: zryw wolności czy rozgrywki w obozie władzy
Stanisław Gawliński/PAP

Marzec 1968: zryw wolności czy rozgrywki w obozie władzy

Smoleńsk: wypadek czy zamach
Grzegorz Rogiński/CIR/Reuters

Smoleńsk: wypadek czy zamach

Stan wojenny: mniejsze zło czy zbrodnia na narodzie
Chris Niedenthal/Forum

Stan wojenny: mniejsze zło czy zbrodnia na narodzie

audio

AudioPolityka Mariusz Janicki Wiesław Władyka - Władcy historii

Historia jest obecna w polskiej polityce nieustannie, ostatnio choćby w związku z uchodźcami, kiedy ktoś z prawicy przypomniał polskie zasługi w powstrzymywaniu muzułmanów pod Wiedniem przez wojska Sobieskiego. A także dzieje naszej emigracji w różnych epokach. Każda z wielu rocznic, jak choćby Marca 1968 r., pierwsze dni maja, 4 czerwca, 1 i 31 sierpnia, 1 i 17 września, 11 listopada, 13 grudnia i wiele innych to okazje do rozważań czysto współczesnych z silnymi politycznymi i ideologicznymi wątkami. To polskie zanurzenie w historii czyni z niej ważny w życiu publicznym front.

Jeśli Prawo i Sprawiedliwość będzie rządzić, na publicznych obchodach i wyższych uczelniach, w szkołach i publicznych mediach zapanuje jedynie słuszna historia kraju, zwłaszcza najnowsza. A nawet jeśli nie będzie, to do prowadzenia własnej polityki historycznej będzie dążył prezydent Andrzej Duda. W swojej kampanii wyborczej oraz orędziu zarysował jej program i nakazy. Ma powstać przy prezydencie komórka prawna „mająca wytaczać procesy na całym świecie autorom kłamliwych określeń” (m.in. „polskie obozy koncentracyjne”). Dalej, zwiększenie liczby godzin w programach szkolnych poświęconych historii PRL, w szczególności latom 80. Duda zapowiedział, że będzie się upominał zwłaszcza o wiedzę na temat „żołnierzy wyklętych”, jak też zamierza zabiegać o wybudowanie mauzoleum ich pamięci (wg programu PiS w Ostrołęce). Także inne muzea będą cieszyć się wsparciem prezydenta: Muzeum Historii Polski, Muzeum Kresów Wschodnich oraz Muzeum Ziem Zachodnich.

Niszczenie pamięci

Poza PRL prezydenta szczególnie interesuje II wojna światowa, chce aktywnej polityki historycznej na tym polu („o tym, kto był sprawcą, kto wojnę rozpoczął i kto w tym czasie dopuścił się aktów ludobójstwa”), dlatego też dopomina się o dotowanie sztuki filmowej pokazującej prawdę o tej wojnie, cieszy się, że niebawem pojawi się fabularyzowany film o Witoldzie Pileckim. Kładł nacisk na projekty, które „mają charakter państwotwórczy, budujące postawy patriotyczne i które będą pokazywały rzeczywistość taką, jaka ona jest”.

Na tym tle warto pamiętać wyrzut Andrzeja Dudy do Bronisława Komorowskiego w trakcie debaty telewizyjnej, że w 2011 r. na uroczystość upamiętniającą ofiary w Jedwabnem wysłał list, który odczytał Tadeusz Mazowiecki. A w tym liście zawarł stwierdzenie: „naród ofiar był także sprawcą”. I Andrzej Duda oskarżycielsko spytał: „Jak wygląda pana polityka obrony dobrego imienia Polski, jeżeli pan w swoich wystąpieniach używa określenia, które niszczy rzeczywistą pamięć historyczną?”.

Ostatnio prezydent Duda znowu dał obraz swojej polityki historycznej, gdy podczas obchodów 35-lecia Solidarności dał się wpisać w proces wykluczenia z historii wielkich liderów Sierpnia z Lechem Wałęsą na czele, o którym w swoim przemówieniu nawet nie wspomniał. Prezydent Duda nie jest w tym dziele sam, bo jest wspierany przez Piotra Dudę i innych związkowców spod znaku Solidarności, którzy widzą się jedynymi sukcesorami tamtej Solidarności i nadają sobie prawo wymierzania historycznych ocen. Na zasadzie – kto ma władzę albo się jej spodziewa, ten ma w garści historię.

Treści o skandalicznym charakterze

Oczywiście także samo PiS ma plany „odkłamania historii”, sformułowane w programie ugrupowania. Można tam przeczytać: „Niechęć rządzącej dziś grupy do państwa łączy się ze zdystansowanym stosunkiem do narodu. Jest to przypadłość wielkiej części elit III RP; w wielu środowiskach (…) samo posługiwanie się słowem naród jest źle widziane. (…) Z tych powodów dwie kolejne minister oświaty zredukowały nauczanie historii i literatury polskiej (…). Brak jakiejkolwiek spójnej polityki »podręcznikowej« uniemożliwia kształtowanie wspólnej świadomości uczniów, jednocześnie prowadzi do przekazywania treści o skandalicznym charakterze, np. relatywizuje się zbrodnie komunistyczne oraz skalę zbrodni niemieckich w II wojnie światowej”.

Są też w tym dokumencie bardziej konkretne zarzuty: „Z pieniędzy podatników są finansowane różnego rodzaju pseudoartystyczne ekscesy, często obsceniczne albo mające charakter profanacji (…). Najbardziej bulwersujące jest wsparcie z państwowej kasy filmu »Pokłosie«, inspirowanego przeinaczeniami tragicznej historii XX wieku”. PiS zamierza uporać się z tego typu problemami długofalowo: „Ważną instytucją pozwalającą sprawnie sterować polską oświatą stanie się Narodowy Instytut Wychowania, Programów Szkolnych i Podręczników”.

Jak wszystko na to wskazuje, ma to pozwolić prawicy na konsekwentne wprowadzenie, jak to jest nazywane, „polityki historyczno-tożsamościowej”. Program PiS głosi ponadto, że rozszerzone zostaną kompetencje IPN, który ma wchłonąć Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. To zgodne z centralistyczną tendencją PiS. Ma nastąpić także „wsparcie dla Reduty Dobrego Imienia oraz Instytutu Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków”. Jest to zatem konsekwentny program wychowywania społeczeństwa w duchu prawicowej wizji, poczynając już od szkolnej edukacji. Zresztą już teraz, jak pokazuje stan umysłów młodego pokolenia, szkoła uczy historii w duchu narodowo-konserwatywno-katolickim. I ten trend ma się nasilić.

Politycy wybierają bohaterów

Spór o historię i jej używanie w życiu publicznym rozpoczął się dawno. Antoni Dudek, historyk, który swoimi pracami i poglądami zawsze lokował się bliżej krytyków III RP, dzisiaj mówi: „Antagonizm między Lechem Wałęsą a środowiskiem PiS i braćmi Kaczyńskimi jest bardzo stary: sięga początku lat 90. Te relacje się nie zmienią. Tradycja solidarnościowa nadal będzie uważana za ważną, ale jedne postacie będą marginalizowane, a inne eksponowane. I na to nie ma rady, bo to historycy mogą, na podstawie faktów i źródeł, w miarę precyzyjnie mierzyć zasługi postaci historycznych, a politycy już tego robić nie muszą. Politycy wybierają swoich bohaterów i antybohaterów historycznych – do jednych się odwołują, a drugich potępiają w czambuł”.

Innymi słowy, polityka historyczna to próba narzucenia innym swojej wersji historii, bez niuansów i bez skrępowania wiedzą stricte historyczną. Ten rodzaj polityki prowadzonej w imię państwa i w imię wspólnoty narodowej czy społecznej jest konieczny – mówią jej admiratorzy – ponieważ inne państwa i inne wspólnoty to robią. A kto nie zadba o swoje interesy i swoje prawdy, ten przegrywa. Ma być taka zagraniczna polityka historyczna. A poza tym, co może najważniejsze, chodzi o zbudowanie świadomości historycznej Polaków, precyzyjne zaplanowanie edukacji opartej na tradycji, która powinna służyć teraźniejszości i przyszłości. Ale jak zbudować jeden niekwestionowany, niejako oficjalny kanon historii kraju?

Szukający tu równowagi i jakiegoś złotego środka profesor Paweł Machcewicz, dzisiaj dyrektor Muzeum II Wojny Światowej, a w latach 2000–05 dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN, powszechnie wysoko wówczas ocenianego, do takiego kanonu przykładowo zalicza „na pewno” polskie państwo podziemne i Armię Krajową oraz tradycje ruchów wolnościowych i buntów robotniczych w PRL, z Solidarnością na czele. Ale już nie z jednej strony Narodowe Siły Zbrojne, a z drugiej Gwardię Ludową i Armię Ludową. Oczywiście prawica, apologetyczna wobec „żołnierzy wyklętych”, taki złoty środek zdecydowanie odrzuca. Sam Machcewicz ma świadomość, że trudno jest osiągnąć pełną jednoznaczność sądów i osądów. Mówi: „Narracja konserwatywna jest zawsze bardziej wyrazista, a liberalna dopuszcza w większym stopniu wielogłos i światłocień”.

Prawica była pierwsza

Gdyby dyskusja toczyła się na takim poziomie i według podobnego widzenia polityki historycznej nie byłoby źle. Zresztą podobne w zarysie założenia leżały u podstaw polityki historycznej środowiska, które około 2000 r. zaczęło nad tym pracować, a potem skupiało się wokół prezydenta Lecha Kaczyńskiego i przy Muzeum Powstania Warszawskiego. Prezydent Kaczyński miał zresztą swoją własną i często chwalebną wrażliwość historyczną. On przecież – to trzeba pamiętać – był jednym z duchowych patronów Muzeum Historii Żydów Polskich. Na pewno jego też zasługą było rewitalizowanie legendy powstania warszawskiego, wytworzenie wielkiego współczesnego mitu, wbrew zresztą oporom i krytykom, które płynęły z wielu stron. Od historyków, publicystów, a nawet uczestników powstania – co też należy pamiętać. Rzeczywiście, to głównie prawica wprowadziła historię do współczesnej świadomości i publicznego dyskursu. Problem w tym, że ta debata przybiera coraz bardziej zwulgaryzowaną, ideologiczną formę, stając się podpórką dla osiągania bieżących celów. Niemal wszystkie publikacje historyczne firmowane przez to środowisko mają motywację stricte polityczną.

Jak mówił Dariusz Gawin, wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, w aktywności prawicy na polu historycznym chodziło o przełamanie swoistego marazmu pierwszej dekady III RP, podczas której świadomie unikano rozliczeń po to, by nie delegitymizować udziału sił postkomunistycznych w mechanizmach demokratycznego państwa. Drugą przyczyną ówczesnego braku polityki historycznej miał być fakt, że intelektualnie i politycznie dominująca w tamtej dekadzie polska inteligencja liberalno-lewicowa miała szczególną, można powiedzieć, nadwrażliwość wobec tożsamości wspólnotowej. To przeczulenie miało się wywodzić, mówiąc skrótem, z doświadczeń „narodowego” Marca ’68. Wspólnotowa tożsamość była kojarzona z: „oskarżeniami o faszyzm, nacjonalizm, o zagrożenie dla ładu demokratycznego. Zostało to wyniesione do rangi oficjalnej polityki. W tym sensie klimat lat 90. był specyficzny” – pisze Gawin.

Liberałowie oddali pole

Zapewne tak było również dlatego, że kolejne rządy skupiały uwagę na walce o teraźniejszość, silna była świadomość musu transformacyjnego, gdzie kwestie historyczne wydawały się tylko źródłem potencjalnego i niepożądanego konfliktu. Po prostu liberałowie nie mieli do tego głowy. Jednak ta wstrzemięźliwość strony liberalnej w zajmowaniu się historią wywołała próżnię. Nie wytworzył się nowoczesny kod mówienia o historii Polski, jako o dziejach poszerzania wolności i sfer swobodnego wyboru w rozmaitych dziedzinach życia, odporny na narodowe fantazmaty. W tę próżnię wkroczyła później bez trudu prawica. A dzisiaj odrobienie zaległości jest już bardzo trudne.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną