Kraj

Władcy historii

Batalia o polską politykę historyczną trwa

Powstanie Warszawskie: triumf polskości czy niepotrzebna hekatomba Powstanie Warszawskie: triumf polskości czy niepotrzebna hekatomba Archiwum Stanisława Nałęcz Komornickiego / Fotonova
Prawica od dawna lansuje swoją wizję dziejów Polski, a sezon wyborczy tylko podgrzewa emocje inżynierów historii. Jednak na dobre wszystko może zacząć się po 25 października.
Jedwabne: Polacy sprawcami czy ofiaramiArtur Reszko/PAP Jedwabne: Polacy sprawcami czy ofiarami
Pułkownik Kukliński: zdrajca czy patriotaRadek Pietruszka/PAP Pułkownik Kukliński: zdrajca czy patriota
Lech Wałęsa: agent Bolek czy bohater narodowyGamma/BEW Lech Wałęsa: agent Bolek czy bohater narodowy
Okrągły Stół: początek wolności czy nowego zniewoleniaWojtek Łaski/EAST NEWS Okrągły Stół: początek wolności czy nowego zniewolenia
Marzec 1968: zryw wolności czy rozgrywki w obozie władzyStanisław Gawliński/PAP Marzec 1968: zryw wolności czy rozgrywki w obozie władzy
Smoleńsk: wypadek czy zamachGrzegorz Rogiński/CIR/Reuters Smoleńsk: wypadek czy zamach
Stan wojenny: mniejsze zło czy zbrodnia na narodzieChris Niedenthal/Forum Stan wojenny: mniejsze zło czy zbrodnia na narodzie

Artykuł w wersji audio

Historia jest obecna w polskiej polityce nieustannie, ostatnio choćby w związku z uchodźcami, kiedy ktoś z prawicy przypomniał polskie zasługi w powstrzymywaniu muzułmanów pod Wiedniem przez wojska Sobieskiego. A także dzieje naszej emigracji w różnych epokach. Każda z wielu rocznic, jak choćby Marca 1968 r., pierwsze dni maja, 4 czerwca, 1 i 31 sierpnia, 1 i 17 września, 11 listopada, 13 grudnia i wiele innych to okazje do rozważań czysto współczesnych z silnymi politycznymi i ideologicznymi wątkami. To polskie zanurzenie w historii czyni z niej ważny w życiu publicznym front.

Jeśli Prawo i Sprawiedliwość będzie rządzić, na publicznych obchodach i wyższych uczelniach, w szkołach i publicznych mediach zapanuje jedynie słuszna historia kraju, zwłaszcza najnowsza. A nawet jeśli nie będzie, to do prowadzenia własnej polityki historycznej będzie dążył prezydent Andrzej Duda. W swojej kampanii wyborczej oraz orędziu zarysował jej program i nakazy. Ma powstać przy prezydencie komórka prawna „mająca wytaczać procesy na całym świecie autorom kłamliwych określeń” (m.in. „polskie obozy koncentracyjne”). Dalej, zwiększenie liczby godzin w programach szkolnych poświęconych historii PRL, w szczególności latom 80. Duda zapowiedział, że będzie się upominał zwłaszcza o wiedzę na temat „żołnierzy wyklętych”, jak też zamierza zabiegać o wybudowanie mauzoleum ich pamięci (wg programu PiS w Ostrołęce). Także inne muzea będą cieszyć się wsparciem prezydenta: Muzeum Historii Polski, Muzeum Kresów Wschodnich oraz Muzeum Ziem Zachodnich.

Niszczenie pamięci

Poza PRL prezydenta szczególnie interesuje II wojna światowa, chce aktywnej polityki historycznej na tym polu („o tym, kto był sprawcą, kto wojnę rozpoczął i kto w tym czasie dopuścił się aktów ludobójstwa”), dlatego też dopomina się o dotowanie sztuki filmowej pokazującej prawdę o tej wojnie, cieszy się, że niebawem pojawi się fabularyzowany film o Witoldzie Pileckim. Kładł nacisk na projekty, które „mają charakter państwotwórczy, budujące postawy patriotyczne i które będą pokazywały rzeczywistość taką, jaka ona jest”.

Na tym tle warto pamiętać wyrzut Andrzeja Dudy do Bronisława Komorowskiego w trakcie debaty telewizyjnej, że w 2011 r. na uroczystość upamiętniającą ofiary w Jedwabnem wysłał list, który odczytał Tadeusz Mazowiecki. A w tym liście zawarł stwierdzenie: „naród ofiar był także sprawcą”. I Andrzej Duda oskarżycielsko spytał: „Jak wygląda pana polityka obrony dobrego imienia Polski, jeżeli pan w swoich wystąpieniach używa określenia, które niszczy rzeczywistą pamięć historyczną?”.

Ostatnio prezydent Duda znowu dał obraz swojej polityki historycznej, gdy podczas obchodów 35-lecia Solidarności dał się wpisać w proces wykluczenia z historii wielkich liderów Sierpnia z Lechem Wałęsą na czele, o którym w swoim przemówieniu nawet nie wspomniał. Prezydent Duda nie jest w tym dziele sam, bo jest wspierany przez Piotra Dudę i innych związkowców spod znaku Solidarności, którzy widzą się jedynymi sukcesorami tamtej Solidarności i nadają sobie prawo wymierzania historycznych ocen. Na zasadzie – kto ma władzę albo się jej spodziewa, ten ma w garści historię.

Treści o skandalicznym charakterze

Oczywiście także samo PiS ma plany „odkłamania historii”, sformułowane w programie ugrupowania. Można tam przeczytać: „Niechęć rządzącej dziś grupy do państwa łączy się ze zdystansowanym stosunkiem do narodu. Jest to przypadłość wielkiej części elit III RP; w wielu środowiskach (…) samo posługiwanie się słowem naród jest źle widziane. (…) Z tych powodów dwie kolejne minister oświaty zredukowały nauczanie historii i literatury polskiej (…). Brak jakiejkolwiek spójnej polityki »podręcznikowej« uniemożliwia kształtowanie wspólnej świadomości uczniów, jednocześnie prowadzi do przekazywania treści o skandalicznym charakterze, np. relatywizuje się zbrodnie komunistyczne oraz skalę zbrodni niemieckich w II wojnie światowej”.

Są też w tym dokumencie bardziej konkretne zarzuty: „Z pieniędzy podatników są finansowane różnego rodzaju pseudoartystyczne ekscesy, często obsceniczne albo mające charakter profanacji (…). Najbardziej bulwersujące jest wsparcie z państwowej kasy filmu »Pokłosie«, inspirowanego przeinaczeniami tragicznej historii XX wieku”. PiS zamierza uporać się z tego typu problemami długofalowo: „Ważną instytucją pozwalającą sprawnie sterować polską oświatą stanie się Narodowy Instytut Wychowania, Programów Szkolnych i Podręczników”.

Jak wszystko na to wskazuje, ma to pozwolić prawicy na konsekwentne wprowadzenie, jak to jest nazywane, „polityki historyczno-tożsamościowej”. Program PiS głosi ponadto, że rozszerzone zostaną kompetencje IPN, który ma wchłonąć Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. To zgodne z centralistyczną tendencją PiS. Ma nastąpić także „wsparcie dla Reduty Dobrego Imienia oraz Instytutu Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków”. Jest to zatem konsekwentny program wychowywania społeczeństwa w duchu prawicowej wizji, poczynając już od szkolnej edukacji. Zresztą już teraz, jak pokazuje stan umysłów młodego pokolenia, szkoła uczy historii w duchu narodowo-konserwatywno-katolickim. I ten trend ma się nasilić.

Politycy wybierają bohaterów

Spór o historię i jej używanie w życiu publicznym rozpoczął się dawno. Antoni Dudek, historyk, który swoimi pracami i poglądami zawsze lokował się bliżej krytyków III RP, dzisiaj mówi: „Antagonizm między Lechem Wałęsą a środowiskiem PiS i braćmi Kaczyńskimi jest bardzo stary: sięga początku lat 90. Te relacje się nie zmienią. Tradycja solidarnościowa nadal będzie uważana za ważną, ale jedne postacie będą marginalizowane, a inne eksponowane. I na to nie ma rady, bo to historycy mogą, na podstawie faktów i źródeł, w miarę precyzyjnie mierzyć zasługi postaci historycznych, a politycy już tego robić nie muszą. Politycy wybierają swoich bohaterów i antybohaterów historycznych – do jednych się odwołują, a drugich potępiają w czambuł”.

Innymi słowy, polityka historyczna to próba narzucenia innym swojej wersji historii, bez niuansów i bez skrępowania wiedzą stricte historyczną. Ten rodzaj polityki prowadzonej w imię państwa i w imię wspólnoty narodowej czy społecznej jest konieczny – mówią jej admiratorzy – ponieważ inne państwa i inne wspólnoty to robią. A kto nie zadba o swoje interesy i swoje prawdy, ten przegrywa. Ma być taka zagraniczna polityka historyczna. A poza tym, co może najważniejsze, chodzi o zbudowanie świadomości historycznej Polaków, precyzyjne zaplanowanie edukacji opartej na tradycji, która powinna służyć teraźniejszości i przyszłości. Ale jak zbudować jeden niekwestionowany, niejako oficjalny kanon historii kraju?

Szukający tu równowagi i jakiegoś złotego środka profesor Paweł Machcewicz, dzisiaj dyrektor Muzeum II Wojny Światowej, a w latach 2000–05 dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN, powszechnie wysoko wówczas ocenianego, do takiego kanonu przykładowo zalicza „na pewno” polskie państwo podziemne i Armię Krajową oraz tradycje ruchów wolnościowych i buntów robotniczych w PRL, z Solidarnością na czele. Ale już nie z jednej strony Narodowe Siły Zbrojne, a z drugiej Gwardię Ludową i Armię Ludową. Oczywiście prawica, apologetyczna wobec „żołnierzy wyklętych”, taki złoty środek zdecydowanie odrzuca. Sam Machcewicz ma świadomość, że trudno jest osiągnąć pełną jednoznaczność sądów i osądów. Mówi: „Narracja konserwatywna jest zawsze bardziej wyrazista, a liberalna dopuszcza w większym stopniu wielogłos i światłocień”.

Prawica była pierwsza

Gdyby dyskusja toczyła się na takim poziomie i według podobnego widzenia polityki historycznej nie byłoby źle. Zresztą podobne w zarysie założenia leżały u podstaw polityki historycznej środowiska, które około 2000 r. zaczęło nad tym pracować, a potem skupiało się wokół prezydenta Lecha Kaczyńskiego i przy Muzeum Powstania Warszawskiego. Prezydent Kaczyński miał zresztą swoją własną i często chwalebną wrażliwość historyczną. On przecież – to trzeba pamiętać – był jednym z duchowych patronów Muzeum Historii Żydów Polskich. Na pewno jego też zasługą było rewitalizowanie legendy powstania warszawskiego, wytworzenie wielkiego współczesnego mitu, wbrew zresztą oporom i krytykom, które płynęły z wielu stron. Od historyków, publicystów, a nawet uczestników powstania – co też należy pamiętać. Rzeczywiście, to głównie prawica wprowadziła historię do współczesnej świadomości i publicznego dyskursu. Problem w tym, że ta debata przybiera coraz bardziej zwulgaryzowaną, ideologiczną formę, stając się podpórką dla osiągania bieżących celów. Niemal wszystkie publikacje historyczne firmowane przez to środowisko mają motywację stricte polityczną.

Jak mówił Dariusz Gawin, wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, w aktywności prawicy na polu historycznym chodziło o przełamanie swoistego marazmu pierwszej dekady III RP, podczas której świadomie unikano rozliczeń po to, by nie delegitymizować udziału sił postkomunistycznych w mechanizmach demokratycznego państwa. Drugą przyczyną ówczesnego braku polityki historycznej miał być fakt, że intelektualnie i politycznie dominująca w tamtej dekadzie polska inteligencja liberalno-lewicowa miała szczególną, można powiedzieć, nadwrażliwość wobec tożsamości wspólnotowej. To przeczulenie miało się wywodzić, mówiąc skrótem, z doświadczeń „narodowego” Marca ’68. Wspólnotowa tożsamość była kojarzona z: „oskarżeniami o faszyzm, nacjonalizm, o zagrożenie dla ładu demokratycznego. Zostało to wyniesione do rangi oficjalnej polityki. W tym sensie klimat lat 90. był specyficzny” – pisze Gawin.

Liberałowie oddali pole

Zapewne tak było również dlatego, że kolejne rządy skupiały uwagę na walce o teraźniejszość, silna była świadomość musu transformacyjnego, gdzie kwestie historyczne wydawały się tylko źródłem potencjalnego i niepożądanego konfliktu. Po prostu liberałowie nie mieli do tego głowy. Jednak ta wstrzemięźliwość strony liberalnej w zajmowaniu się historią wywołała próżnię. Nie wytworzył się nowoczesny kod mówienia o historii Polski, jako o dziejach poszerzania wolności i sfer swobodnego wyboru w rozmaitych dziedzinach życia, odporny na narodowe fantazmaty. W tę próżnię wkroczyła później bez trudu prawica. A dzisiaj odrobienie zaległości jest już bardzo trudne.

Oczywiście, w tych latach 90. jakaś polityczna i społeczna aktywność w odnoszeniu się do przeszłości występowała, inaczej nie mogło być po przejściu od jednego ustroju do drugiego. Nie brakowało dyskusji – na wysokim poziomie – na temat oceny PRL (w tym szczególnie głośna sprawa płk. Kuklińskiego), trwało odkrywanie kolejnych białych plam czy przywracanie pamięci zbiorowej wielu postaci czy faktów wcześniej wykluczonych czy zafałszowanych. Literatura historyczna zalewała półki księgarń. Zmieniano nazwy ulic i szkół, wywracano pomniki, choć nie na skalę masową. Otwarto w 2000 r. cmentarze w Katyniu, Charkowie i Miednoje.

Powołano też Instytut Pamięci Narodowej (1999 r.), którego pierwszym szefem został szanowany i dobrze oceniany Leon Kieres (do 2005 r.), przyjęto pierwszą ustawę lustracyjną (1997 r.), która próbowała cywilizować dziką lustrację, wywołaną osławioną uchwałą Sejmu z 1992 r. Ale nie wytworzył się liberalny antymit wobec silnego już wtedy prawicowego mitu nieskalanego, krzywdzonego narodu, wobec którego każda krytyka jest traktowana jak zdrada i bez mała zbrodnia.

Ten niedoczas się pogłębiał. Jeszcze Bronisław Komorowski próbował zbudować jakąś nową, wolnościową tradycję, łączyć Piłsudskiego z Dmowskim, honorować znaczące postaci ponad podziałami. Ale czas był już inny, zaczęły się liczyć właśnie podziały, nasi i wasi. Strona liberalno-demokratyczna chciała pojednawczo łączyć różne nurty, stworzyć łagodną wersję „fajnego państwa” z uzgodnioną historią, ale napotkała ścianę w postaci wyłączania i wykluczania, z osobnymi bohaterami, oddzielnymi obchodami, zupełnie inną mitologią. Historia właśnie nie miała być uzgodniona, bo jako taka była politycznie bezużyteczna. Przeciwnie, powinna być konfrontacyjna, moralizatorska, emocjonalna, wpisana w manichejską walkę dobra ze złem.

Legitymacja do rządzenia

Rozwijana, zwłaszcza po 2000 r., idea polityki historycznej miała zrazu wersję dość łagodną, bo w sporze z postkomunistami racje środowisk postsolidarnościowych były zbyt oczywiste, aby wzbudzać większe dyskusje. A po klęsce lewicy w 2005 r. ten konflikt stał się zupełnie anachroniczny. Dojrzewała znacznie gorętsza konfrontacja, w ramach obozu dawnej opozycji z czasów PRL. SLD wypadło z gry, zatem historia musiała obsłużyć nową, znacznie bardziej zaciętą, bo bratobójczą walkę. Trwającą do dziś.

W początkowej fazie współpracy PO i PiS, pod wspólnym hasłem wprowadzania IV RP, obydwie partie w wielu kwestiach ze sobą współgrały. Były dość zgodne chociażby co do przeprowadzenia, według nowych zasad, lustracji. Jednak wraz z podnoszeniem gorączki PO zaczęła się zwolna dystansować wobec idei i praktyk PiS na polu lustracyjnym. Zwłaszcza po wprowadzeniu w początkach 2007 r. nowej i awanturniczej ustawy i dostosowaniu do niej tak struktur, jak i ludzi IPN, na którego czele stanął Janusz Kurtyka. Platforma trochę za późno zorientowała się, że polityka historyczna PiS była od początku pomyślana jako instrument walki politycznej, więcej, jako podstawa ideologiczna całej historiozofii partii i legitymacja do rządzenia. Integralnie współwystępuje ona od zawsze z innymi składowymi koncepcji gruntownej przebudowy państwa, ale też wychowania narodu i społeczeństwa.

By uzasadnić swoje prawo do rządzenia, PiS zbudowało własną opowieść o dziejach kraju, gdzie samych siebie przedstawia jako bohaterów tej historii, którzy zawsze mieli rację. Przeciwników politycznych ukazuje natomiast jako tych, którzy popełniali czyny niecne, tchórzliwe czy po prostu głupie. Jeśli tak było wtedy, to tak jest i dzisiaj, i będzie jutro, jasne zatem, kto powinien rządzić. Stąd stwierdzenia o „genetycznym patriotyzmie” i takiejż skłonności do zdrady („Resortowe dzieci”), o tym, że dzisiejszy PiS to kontynuatorzy AK, a pokonanie Platformy jest prawie jak nowe powstanie warszawskie. Historia ma dodawać wielkości i pogrążać wrogów.

Od Piłsudskiego do Kaczyńskiego

Ta opowieść ma dłuższą, średnią i krótszą perspektywę. W dłuższej jest to próba odnalezienia łączności PiS z wielkimi postaciami polskiej historii, z Piłsudskim i Dmowskim chociażby, a też z bohaterskimi czynami i walkami Polaków, rozumianymi jako zwieńczenie gloryfikowanej II RP. Tu pierwsze miejsce zachowuje powstanie warszawskie.

W średniej perspektywie jest to układanie po swojemu historii PRL, a już zwłaszcza dziejów opozycji demokratycznej i Solidarności, z próbami kompromitacji Lecha Wałęsy, a wynoszeniem zasług Lecha Kaczyńskiego i osób dzisiaj bliskich PiS.

W krótszej perspektywie jest to historia III RP, od jej początków, poprzez kolejne odsłony. A więc 1989 r. to zdrada uzurpatorskich elit solidarnościowych i zmowa z komunistami oraz – już z udziałem Wałęsy i Mazowieckiego – odejście od idei rewolucji i zasadniczej zmiany państwa, od idei rozliczeń i kar za winy przeszłości, od usiłowań i zabiegów obu braci Kaczyńskich, którzy na rzecz tej koncepcji działali (mimo że wcześniej politykę Okrągłego Stołu popierali). Do kluczowych momentów należy choćby dzień 4 czerwca 1992 r., czyli upadek rządu Jana Olszewskiego, jedynego premiera III RP godnego pochwały. Punktem zasadniczym scalającym wszystkie oskarżenia i teorie historyczne PiS stał się jednak dramat smoleński, którego objaśnienia i analizy zbudowały wielki mit oskarżycielski wobec III RP oraz jej polityków, elit i autorytetów.

Ta opowieść ma też swoje wyposażenie duchowe i estetyczne. Jarosław Kaczyński, główny jej autor, odwołał się do przedwojennych endeckich koncepcji, częściowo piłsudczykowskich i stworzył pożądany obraz Polski i Polaka. Polski silnej państwem i jego instytucjami, rządzonej silną ręką. Polaka katolika, konserwatywnego i ludowego zarazem, a przede wszystkim patrioty. Na tej drodze spotkał się i stowarzyszył z Kościołem, który ma podobnie bezkrytyczną wizję polityki historycznej. Można odnieść wrażenie, że prawica uważa, parafrazując klasyka, że historia to zbyt poważna sprawa, aby oddać ją w ręce historyków.

Patrioci i szydercy

Już od kilkunastu lat zaznacza się w publicystyce, ale też w naukach historycznych, ten właśnie afirmatywny ton wobec polskiej historii, a bardzo agresywny wobec tzw. krytykanctwa, czarnowidztwa i szyderstwa (np. w latach 60. w PRL toczyła się na podobny temat wielka dyskusja między tzw. patriotami i szydercami). Zapoczątkowała go publikacja pierwszej rozrachunkowej książki Jana Grossa „Sąsiedzi” (2000 r.), opisującej wydarzenia z lipca 1941 r. w Jedwabnem, gdzie tytułowi sąsiedzi Polacy wymordowali miejscowych Żydów. Gross bywał potem autorem kontrowersyjnych wypowiedzi (także ostatnio, kiedy stwierdził, że podczas wojny Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców), ale tamta książka dała początek najgorętszej w III RP dyskusji na temat stosunków polsko-żydowskich czasów II wojny, i nie tylko. Była też punktem wyjścia do stawiania dramatycznych pytań o winy, ale też do wzajemnych oskarżeń. Echo odezwało się w przywołanej na wstępie wypowiedzi Andrzeja Dudy adresowanej do Bronisława Komorowskiego.

Ta wypowiedź odzwierciedla w sposób czysty politykę historyczną PiS i poglądy wielu jego intelektualistów, którzy uważają, że nie ma za co przepraszać, że wręcz nie wolno się kajać, że Polacy powinni z przeszłości brać wyłącznie czyny chwalebne i bohaterskie. I na nich się wzorować.

A drugiej stronie zarzucają uprawianie „pedagogiki wstydu”. Ta postawa nasilała się wraz z kolejnymi publikacjami Jana Grossa („Strach” – 2006 r., „Złote żniwa” – 2011 r.), które zresztą spotykały się również z rzeczową krytyką badaczy daleko odległych politycznie od PiS. Czy wreszcie wraz z filmami „Pokłosie” czy „Ida”. Bywało tak, że histeryczne reakcje prawicy na wzmianki o polskich winach zaostrzały stanowisko drugiej strony, której czasami zbyt daleko idące uogólnienia budziły z kolei następną falę katolicko-narodowego wzmożenia.

My i oni

Nie sposób nie zauważyć, że zwolennicy jedynie heroicznego podejścia do przeszłości „narodu bez winy”, nieraz z wysokimi tytułami naukowymi i z dużym dorobkiem (z profesorem Andrzejem Nowakiem na czele), zaprzeczają podstawowym wymogom zawodu, który uprawiają, czyli nakazowi krytycyzmu. Tak jak gdyby uważali, że czym innym jest prawda akademicka, ona jest dla wybranych, a czym innym ta dla ludu, operująca użytecznym przeciwstawieniem „my–oni”. W tym miejscu kończy się nauka, a zaczyna partyjna polityka. Niestety, już w samym pojęciu „polityka historyczna” jest zawarta groźba takiego potraktowania historii, bo zakłada służebność tej nauki wobec innych, wyższych celów.

Schlebianie „ludowi”, wspieranie wszelakich wsobnych i ksenofobicznych zachowań, nieufności wobec innych, wobec państw bliższych i dalszych, nasyca patriotyzm tyleż gorący, co nazbyt prosty. Na pewno nie ułatwia poznawania przeszłości, jak i teraźniejszości w całym ich skomplikowaniu, nie daje szans, by wzmacniać postawy otwarte, tolerancyjne, racjonalne. Widać to choćby dzisiaj, gdy uchodźcy pojawili się w Europie, a zaraz staną u bram Rzeczpospolitej.

Naszym zdaniem

Już samo pojęcie „polityka historyczna” jest w swoim najgłębszym sensie szkodliwe i konfliktogenne. Jeśli jednak z dobrą wolą uznamy, że do polityki historycznej należy obrona dobrego imienia Polski przed bezmyślnością i zwykłą niewiedzą oraz pilnowanie, by wzory z przeszłości budowały demokratyczną i wolnościową świadomość Polaków – zgoda.

Ale nie oznacza to, że państwo i jego władze mają prawo do narzucania swoich prawd historycznych, jedynie prawdziwych interpretacji, do tuszowania gorszych momentów historii kraju, do widzenia wszelkiego zła w innych nacjach i żadnych win, indywidualnych i zbiorowych, po naszej stronie. Tu obowiązki państwa sprowadzają się do zapewnienia pełnej, wolnej od politycznych manipulacji swobody badań, publikacji i wypowiedzi. Do chronienia pluralizmu i prawa do poznawczego krytycyzmu. Tylko z takiego, demokratycznego ucierania racji, argumentów i z poznawczej pokory może powstać uczciwa wizja przeszłości. Zresztą nigdy nie jedna jedyna i nie na zawsze. Prawda władzy przestaje być historią, a staje się tylko politycznym narzędziem.

***
 
W cyklu Raport Polska Przed Wyborem dotychczas ukazały się publikacje nt. JOW (POLITYKA 29), finansowania partii (POLITYKA 30), wymiaru sprawiedliwości (POLITYKA 31), systemu emerytalnego (POLITYKA 32), relacji państwo-Kościół (POLITYKA 33), służby zdrowia (POLITYKA 34) i demografii (POLITYKA 35), szkół (POLITYKA 36), wojska (POLITYKA 37) i emigracji (POLITYKA 38).
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak Jarosław Kaczyński zbudował sobie sektę?

Dlaczego tak wiele osób tak bardzo wierzy w talenty, umiejętności, wiedzę, siłę moralną i osobiste przymioty, słowem – w nadzwyczajność Jarosława Kaczyńskiego?

Ewa Wilk
05.04.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną