„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Kraj

Dziwne kroki z ministerstwami

Czy polska gospodarka wytrzyma rządową rewolucję

Beata Szydło będzie musiała walczyć o kompetencje, jest bowiem pierwszym od wielu lat premierem, który miał tak mały wpływ na obsadę własnego gabinetu. Beata Szydło będzie musiała walczyć o kompetencje, jest bowiem pierwszym od wielu lat premierem, który miał tak mały wpływ na obsadę własnego gabinetu. Kacper Pempel / Forum
Nowy rząd PiS przygotowuje się do rewolucji. Czy polska gospodarka to wytrzyma?
Mateusz Morawiecki reprezentuje nielubiany przez PiS sektor bankowy, a na dodatek pracował dla zagranicznej korporacji finansowej.Marek Wiśniewski/Forum Mateusz Morawiecki reprezentuje nielubiany przez PiS sektor bankowy, a na dodatek pracował dla zagranicznej korporacji finansowej.
John Cleese z grupy Monty Python w skeczu „Ministerstwo głupich kroków”.Mary Evans Picture Library/EAST NEWS John Cleese z grupy Monty Python w skeczu „Ministerstwo głupich kroków”.

Kiedy prezes Jarosław Kaczyński i Beata Szydło ogłaszali skład nowego rządu, wielu ekspertów gospodarczych odetchnęło z ulgą. Chociaż Antoni Macierewicz w MON nie wróży najlepiej, podobnie jak Zbigniew Ziobro w resorcie sprawiedliwości czy Mariusz Kamiński jako szef służb, to jednak ich wpływ na gospodarkę będzie pośredni i dość ograniczony. W ministerstwach gospodarczych pojawią się za to ludzie raczej umiarkowani (zwłaszcza na tle wspomnianej trójki) i na ogół doświadczeni. Są ekspertami, wielu pracowało już w administracji państwowej, część na stanowiskach ministrów lub wiceministrów.

Najbardziej uspokajająco działa osoba Mateusza Morawieckiego, wicepremiera i ministra rozwoju. Młody, zdolny bankowiec był prezesem Banku Zachodniego WBK, należącego do Grupy Santander. Reprezentuje więc nielubiany przez PiS sektor bankowy, a na dodatek pracował dla zagranicznej korporacji finansowej. Służył też pomocą rządowi Donalda Tuska jako członek Rady Gospodarczej przy premierze. No i proszę! Teraz jako wicepremier będzie nadzorował wykorzystanie funduszy unijnych i koordynował realizację szybkiego rozwoju gospodarki obiecanego w programie PiS. To, zdaniem wielu, obala katastroficzne wizje przyszłej polityki ekonomicznej.

Zmiany, zmiany, zmiany

To jednak tylko pozory. W rzeczywistości nie sposób dziś przewidzieć, jaki wpływ premier Morawiecki będzie miał nie tylko na gospodarkę, ale i na kolegów z rządu. Mało tego: nie bardzo wiadomo, czym konkretnie będzie się zajmował. Wiadomo na razie, że Ministerstwo Rozwoju ma być czymś innym niż dawne Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, na czele którego stała Elżbieta Bieńkowska. To będzie resort sklejony z fragmentów dotychczasowego Ministerstwa Gospodarki oraz Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju. Być może coś odda Ministerstwo Finansów, które też zostanie przekonstruowane. Zajmie się tym Paweł Szałamacha, z wykształcenia prawnik, główny autor programu gospodarczego PiS i jeden z niewielu zaufanych Beaty Szydło, których udało jej się przepchnąć do swojego rządu.

Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju przekształci się w Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa z Andrzejem Adamczykiem jako ministrem. Zostanie okrojone nie tylko z części zajmującej się rozwojem regionalnym, ale także pozbawione transportu morskiego.

Zniknie Ministerstwo Gospodarki. Nie bez przyczyny, bo powstaje Ministerstwo Energetyki. To będzie prawdziwy superresort: trafi tu cała administracja gospodarcza energetyki (konwencjonalnej, odnawialnej, ropy, gazu itd.) plus przeniesione ze skarbu górnictwo węgla kamiennego. Z Ministerstwa Środowiska przewędruje cały wrażliwy obszar polityki klimatycznej, a kto wie, może nawet dział Głównego Geologa Kraju (PiS nie traci nadziei co do gazu łupkowego).

Wszystko to ma posklejać Krzysztof Tchórzewski, doświadczony polityk starszego pokolenia, cieszący się zaufaniem prezesa Kaczyńskiego. Choć z wykształcenia jest inżynierem elektrykiem, to wcześniej zajmował się infrastrukturą. Docelowo minister energetyki ma przejąć też nadzór nad wszystkimi spółkami sektora paliwowo-energetycznego znajdującymi się dziś pod władzą ministrów skarbu i gospodarki. Oznacza to, że Tchórzewski będzie rozdawał karty w dużej części państwowego biznesu.

W tej sytuacji resort skarbu straci rację bytu i zostanie zlikwidowany. Ma się tym zająć europoseł i samorządowiec Dawid Jackiewicz. Na razie jednak, jako ostatni szef tego resortu, musi przeprowadzić wielką wymianę kadrową w spółkach Skarbu Państwa. Na kadrowej giełdzie aż kipi od spekulacji. Kto dostanie Orlen? Kto KGHM, PGE, PGNiG itd. Padają nazwiska pierwszoligowych polityków, bo zarobki liczone w setkach tysięcy złotych działają na wyobraźnię, często bardziej niż teka ministra. Jackiewicz będzie zarządzać tymi konfiturami, choć trudno sobie wyobrazić, aby nie konsultował swoich decyzji na najwyższym partyjnym szczeblu.

Prywatyzować czegokolwiek rząd PiS nie zamierza, pozostanie tylko nadzór nad nieenergetycznym państwowym majątkiem (m.in. KGHM, Lot, PZU, Azoty). Pierwotne plany PiS przewidywały po likwidacji MSP przejęcie tej funkcji przez Prokuratorię Generalną (dziś urząd reprezentujący Skarb Państwa w postępowaniach prawnych), ale pojawiła się nowa koncepcja, by zajęła się tym Agencja Rozwoju Przemysłu podporządkowana ministrowi rozwoju. Będzie rodzajem państwowego holdingu, bo PiS ma koncepcję łączenia wszystkiego w gospodarce w rodzaj czeboli.

Morze, nasze morze

Na tym lista zmian się nie kończy, bo pojawi się kolejne – Ministerstwo Cyfryzacji. Zostanie wydzielone z dotychczasowego Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji (administracja wraca do MSW). To, według naszych informacji, ma być ministerstwo zadaniowe. Najważniejszym zadaniem będzie koordynowanie informatyzacji państwa, co oznacza, że resort będzie musiał wyjąć odpowiednie komórki m.in. z Ministerstw Zdrowia, Sprawiedliwości, Spraw Wewnętrznych. Takie w każdym razie plany ma nowa minister Anna Streżyńska. Dobrze znana w branży, cieszy się opinią osoby pracowitej i kompetentnej, czego dowiodła jako twórczyni i wieloletnia prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Założenie jest takie, że po realizacji tych zadań ministerstwo może ulec likwidacji.

Powraca też istniejące w pierwszym rządzie PiS Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, zresztą z tym samym ministrem Markiem Gróbarczykiem. To resort łączący w sobie elementy polityki gospodarczej z polityką historyczną. Rodzaj nawiązania do przedwojennych klimatów Eugeniusza Kwiatkowskiego, otwarcia na morze, budowy Gdyni itd. To także próba kokietowania mieszkańców Pomorza, choć bez szczególnego znaczenia gospodarczego. Padają wprawdzie obietnice odbudowy przemysłu stoczniowego (który ma się całkiem dobrze), przekopania Mierzei Wiślanej, a także ożywienia żeglugi śródlądowej (która w Polsce praktycznie nie istnieje), ale mało kto w to wierzy.

Rewolucja resortowa

W ciągu minionego ćwierćwiecza nie było tak radykalnej zmiany struktury resortowej rządu. Wprawdzie ustawa o działach pozwala na elastyczne kształtowanie ministerstw, ale nie wszystkie pomysły dadzą się zrealizować w obecnym stanie prawnym. Dotyczy to zwłaszcza Ministerstwa Energetyki. O konieczności powołania takiego resortu mówił już premier Donald Tusk, a za autora pomysłu uważany jest Jan Krzysztof Bielecki. Pełnił on funkcję nieformalnego ministra energetyki, pomagając Tuskowi rozwiązywać problemy tej branży. Stworzenie nowego resortu rozbiło się jednak o brak zgody w koalicji PO-PSL, a także kompetencyjne spory pomiędzy ministrami gospodarki, skarbu, środowiska i finansów.

Dziś Beata Szydło będzie miała ten problem w nieporównanie większej skali. Musi zarządzać chaosem poplątanych kompetencji pomiędzy wieloma ministrami i ministerstwami. Jedne będą przekształcane, inne tworzone, jeszcze inne likwidowane. Pomijając koszty takiej operacji, połapanie się, kto teraz odpowiada i za co, nie będzie łatwe.

Zapewne wielu ministrów będzie chciało wyrwać kolegom jakąś część kompetencji, zwłaszcza ci z większym doświadczeniem i mocniejszą pozycją polityczną. Także Beata Szydło będzie musiała walczyć o kompetencje, jest bowiem pierwszym od wielu lat premierem, który miał tak mały wpływ na obsadę własnego gabinetu. Będzie też miała ograniczone możliwości rozliczania swoich współpracowników.

Prezes rekrutuje

Proces rekrutacji ministrów odbywał się w osobliwych warunkach. Przez centralę PiS przy Nowogrodzkiej przewijał się długi sznur polityków, doradców, ekspertów. Dziennikarze próbowali się od nich czegoś dowiedzieć. Nie było to łatwe, dominowało wrażenie chaosu. Pojawiały się sprzeczne informacje dotyczące nie tylko kandydatów, ale nawet samych ministerstw. Informacje pewne rano, w południe robiły się wątpliwe, a następnego dnia już nieaktualne. Niektórzy kandydaci szybko wchodzili w role i składali deklaracje, nie wiedząc, że już nie są kandydatami albo że już nie ma ministerstwa, które im oferowano. Fakt, że ktoś był partyjnym ekspertem od określonej dziedziny gospodarki, zasiadał w sejmowych komisjach, pilotował projekty ustaw, nie oznaczał, że nie może zostać ministrem zupełnie innego resortu.

Mateusz Morawiecki, jako finansista, długo uchodził za pewnego kandydata na stanowisko ministra finansów, a Paweł Szałamacha, ekspert gospodarczy, miał kierować Ministerstwem Gospodarki. Ostatecznie okazało się, że Ministerstwa Gospodarki nie będzie, Morawiecki pokieruje resortem rozwoju, Szałamacha zaś trafi do Ministerstwa Finansów. Dlaczego? O wszystkim zadecydował ponoć wywiad, którego Szałamacha udzielił „Rzeczpospolitej”, w którym wyłożył założenia polityki gospodarczej rządu PiS. Wywiad zrobił na prezesie fatalne wrażenie – tłumaczą ludzie z Nowogrodzkiej. Kaczyński nie lubi, kiedy ktoś się czuje zbyt pewnie. Gdyby nie Beata Szydło, Szałamacha mógłby stracić szansę na ministerialną nominację.

Podobnym zaskoczeniem była decyzja o powierzeniu teki ministra energetyki Krzysztofowi Tchórzewskiemu, a nie Piotrowi Naimskiemu, twórcy polityki energetycznej PiS. Naimski był pewniakiem: ekspert, były wiceminister gospodarki i pełnomocnik rządu ds. bezpieczeństwa energetycznego, potrafił skutecznie wpływać nawet na politykę PO. Ma grupę oddanych ludzi rozmieszczonych w wielu newralgicznych punktach gospodarki i administracji. Nikt w PiS nie ma takiego potencjału. Nie znalazło się jednak dla niego miejsce w rządzie Beaty Szydło. Jedna z teorii mówi, że Naimski nie chciał brać na siebie trudów tworzenia ministerstwa, a przede wszystkim, że obawia się problemów z górnictwem.

Tymczasem Tchórzewski będzie musiał z marszu ruszyć w najgorszy bój. Musi przekonać górników, że likwidacja najbardziej nierentownych kopalń jest konieczna, i znaleźć sposób rozwiązania problemów nierozwiązywalnych. Choćby podstawowego: skąd wziąć pieniądze na utrzymanie państwowego górnictwa, będącego w stanie bankructwa? Platforma sobie z tym nie poradziła, a PiS zdobył głosy górników obietnicami, których teraz zrealizować nie jest w stanie.

Rozżaleni związkowi liderzy nie dadzą rządowi Szydło 100 dni spokoju, pieniądze na Barbórkę muszą się znaleźć. To będą pierwsze problemy, z którymi zderzą się Tchórzewski oraz Grzegorz Tobiszowski, który uchodzi za pewnego kandydata na wiceministra energetyki ds. górnictwa. To Tobiszowski wprowadził do obiegu pojęcie „wyciszania” niektórych kopalń, zamiast „wygaszania”, o którym mówił rząd PO. Problem tylko jak wyciszyć górników?

Tymczasem prezes Kaczyński ostrzegł, że gotów jest tolerować najwyżej jeden błąd ministra. Za drugi straci posadę – mówią nominaci. Tchórzewski ma więc misję kamikadze i przy Nowogrodzkiej twierdzą, że tak to zostało świadomie zaprojektowane. Minister ma poważne problemy ze zdrowiem, które wyłączały go już z pracy na długie okresy. Weźmie więc na siebie najgorszą robotę, a potem odejdzie ze względu na zły stan zdrowia. Być może wtedy pojawi się Piotr Naimski. Dziś mówi się o nim jako o przyszłym prezesie Polskiej Grupy Zbrojeniowej (PGZ), państwowego koncernu, w skład którego wchodzi 60 zakładów branży zbrojeniowej i stoczniowej. PGZ ma trafić pod nadzór Ministerstwa Obrony, którym kieruje bliski przyjaciel Naimskiego Antoni Macierewicz. Drugim potencjalnym kandydatem na prezesa PGZ jest przedstawiciel młodego pokolenia Krzysztof Szatkowski, szef Narodowego Centrum Studiów Strategicznych. Tak więc Antoni Macierewicz, który wywalczył przeniesienie PGZ do MON, będzie po trosze ministrem gospodarczym.

I to nie byle jakim, bo do wydania będzie miał 100 mld zł. Chodzi o to, by jak najwięcej z tej kwoty trafiło do PGZ, która zatrudnia 17,5 tys. osób i ma 5 mld zł rocznych obrotów. To koncern już dziś skrojony według pomysłów gospodarczych PiS. Rozmaite spółki, na ogół z problemami, w bardzo różnej kondycji, skonsolidowano w jednej strukturze w nadziei, że w ten sposób uda się utrzymać je na powierzchni.

Czas czempionów

PiS chce podobną receptę stosować w innych branżach – w górnictwie, bankowości, energetyce, na kolei, w branży paliwowej. Nawet w branży rolno-spożywczej. Jest pomysł powołania Polskiego Holdingu Żywnościowego na bazie Krajowej Spółki Cukrowej. Nie wiadomo, co jeszcze mogłoby wejść do takiego holdingu, bo w branży rolno-spożywczej państwo nie ma już wielu aktywów. Być może Azoty, producent nawozów, bo to gwarant, że rolnicy będą mieli czym nawozić pola. Filozofia polityki gospodarczej PiS jest zbudowana na poczuciu zagrożenia. Musimy się bronić, rozbudowując trzy filary bezpieczeństwa: militarnego, energetycznego i żywnościowego.

Idea tworzenia gospodarczych konglomeratów zwanych narodowymi czempionami, którym państwowa protekcja i monopolistyczna pozycja pozwala funkcjonować w oderwaniu od rynkowych realiów, kusiła już wiele rządów. PiS chce to zastosować na szerszą skalę. Dlatego partię irytują bezpieczniki w systemie prawnym, które mają zapewniać zachowanie konkurencji rynkowej. Stąd pomysł na ograniczanie funkcji regulatorów rynkowych.

Dotyczy to w pierwszej kolejności prezesa Urzędu Regulacji Energetyki, który dziś cieszy się dużą autonomią i podlega premierowi. Jest pomysł, by obniżyć rangę URE, a prezesa podporządkować ministrowi energetyki. Na celowniku znalazła się też prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Ma podlegać ministrowi cyfryzacji. Przy okazji rozważane jest połączenie UKE z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, bo to dobry sposób na dokonanie zmian kadrowych bez zwracania uwagi na kadencyjność stanowisk. PiS już to ćwiczył w 2005 r. Odzyskanie mediów publicznych jest zadaniem pierwszoplanowym.

Będzie tylko problem z Komisją Europejską, która już wytykała nam ograniczanie roli regulatorów. Z rynkiem nie należy jednak przesadzać – twierdzą politycy PiS – są rzeczy ważniejsze. Zwłaszcza w energetyce. Krzysztof Tchórzewski przekonuje, że trzeba skończyć z rynkowymi eksperymentami. Ceny energii powinny być regulowane przez państwo i tak kalkulowane, by pokrywały koszty funkcjonowania elektrowni, zapewniały budowę nowych bloków, a także dawały utrzymanie górnictwu. Tyle że taki pomysł wymagałby zapewne wystąpienia Polski z UE.

Na razie Unia ma radykalnie inne spojrzenie na energetykę: forsuje odnawialne źródła, efektywność energetyczną, transgraniczny handel energią i wolnorynkowe ceny. Nie akceptuje też ukrytych subsydiów transferowanych z jednej branży do drugiej. Komisja Europejska nie godzi się na pomoc publiczną na utrzymanie kopalń. Zresztą nawet gdyby się zgodziła, powstanie pytanie: jak duży wzrost cen energii wytrzyma polska gospodarka? Przemysł stalowy już sygnalizuje, że jego elastyczność cenowa się kończy.

Wygląda na to, że w dziedzinie energetyki pójdziemy na totalną wojnę z Komisją Europejską, nie tylko w sprawach rynku energii, ale także ograniczania emisji CO2 i innych szkodliwych spalin, stosowania węgla, odnawialnych źródeł energii (zwłaszcza nielubianych przez PiS wiatraków) itd. Weto prezydenta Dudy w sprawie ratyfikacji poprawki do protokołu z Kioto (chodzi o redukcję gazów cieplarnianych) jest zapowiedzią twardego stanowiska na zbliżającym się szczycie klimatycznym w Paryżu.

Rząd PiS zamierza bronić naszego prawa do węgla jak niepodległości. Tyle że kij ma dwa końce. Wojna z Brukselą może oznaczać kłopoty z pozyskiwaniem środków z budżetu UE. Mamy do wykorzystania 82,5 mld euro, z którymi nowy rząd wiąże duże nadzieje na rozkręcanie gospodarki. A lista obietnic wyborczych jest długa.

Polityka 47.2015 (3036) z dnia 17.11.2015; Polityka; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "Dziwne kroki z ministerstwami"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Agnieszka Graff i Elżbieta Korolczuk dla „Polityki”: Prawica nauczyła się grać w gender

Rozmowa z Agnieszką Graff i Elżbietą Korolczuk o kobietach, które na ulicach pokazują nowy feminizm, i mężczyznach zakażonych ultrakonserwatyzmem.

Katarzyna Czarnecka
01.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną